Komentarze

Szułdrzyński: Teoretyczna dobra zmiana

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Z punktu widzenia wizerunku Prawa i Sprawiedliwości sprawa Komisji Nadzoru Finansowego rozwija się w najgorszym z możliwych kierunków. Każdego dnia media znajdują nowe tropy i stawiają pytania, na które prędzej czy później partia rządząca będzie musiała odpowiedzieć.

We wtorek okazało się, że syn ministra koordynatora służb specjalnych dostał świetnie płatną pracę doradcy w Banku Światowym. Do pracy w BŚ rekomenduje Narodowy Bank Polski. I tu powstają dwa znaki zapytania. Mariusz Kamiński nadzoruje służby specjalne, które mają wyjaśnić aferę KNF. Sęk w tym, że jego syn zatrudniony został dzięki rekomendacji banku, na którego czele stoi Adam Glapiński, który z kolei wskazał Marka Chrzanowskiego do KNF. Mało tego, w NBP pracują również była żona Kamińskiego, a także obecna żona Chrzanowskiego. Choć potoczna mądrość polityczna mówi, że wierni wyborcy wybaczą PiS wszystko, co będzie autoryzował Jarosław Kaczyński, widać, że ich cierpliwość zostanie wystawiona na ciężką próbę. Bo jak ma wyglądać śledztwo w tej sprawie, skoro istnieje taki układ towarzyski? Inne pytanie dotyczy tego, czy rzeczywiście wyborcy PiS wybaczą partii sytuację, w której niespełna 30-latek dzięki przychylności instytucji państwowej dostaje pracę, która przyniesie mu pół miliona złotych zarobku rocznie.

Jak z kolei opisujemy dziś w „Rzeczpospolitej", istnieją poważne pytania prawne dotyczące powołania przez prezydenta innego bohatera ostatnich dni – Zdzisława Sokala – do KNF. Jak mówił w podsłuchanej rozmowie Chrzanowski, to właśnie „Zdzisław" miał plan przejęcia banków Leszka Czarneckiego za złotówkę. Okazuje się, że pod decyzją prezydenta Dudy o delegowaniu Sokala do KNF brakuje kontrasygnaty premiera, co zdaniem części prawników jest złamaniem prawa.

Rząd PiS nie upadnie nagle z powodu propozycji Chrzanowskiego złożonej Czarneckiemu (jeśli zatrudni pan poleconego prawnika z dobrym wynagrodzeniem, uda się świetnie zrestrukturyzować pański bank) ani z powodu pytań o jego proces habilitacyjny (o czym pisaliśmy w poniedziałek), ani z powodu informacji o zatrudnieniu na świetnej posadzie syna konstytucyjnego ministra, ani też z powodu wątpliwości wokół braku kontrasygnaty premiera pod decyzją o powołaniu „Zdzisława" do KNF.

Tyle tylko, że to PiS oskarżał swoich poprzedników o łamanie standardów etycznych oraz o to, że mamy przez nich państwo z dykty. Permanentne rozedrganie, w jakim znajduje się polskie państwo od trzech lat, wojna o Trybunał Konstytucyjny, sądy i dziesiątki innych wojen nie uczyniły państwa mniej teoretycznym.

Z kolei błyskotliwa kariera syna ministra (a zarazem członka władz PiS) uderzają w inną obietnicę PiS: będziemy bardziej moralni od naszych poprzedników. „Dobra zmiana" niosła ze sobą obietnicę nie tylko naprawy państwa, ale też podniesienia standardów. Rozwój afery KNF pokazuje, że ideał coraz częściej sięga bruku. I to jest największe polityczne ryzyko dla wizerunku PiS. Grając na przeczekanie, partia rządząca traci szansę na to, by przedstawić własną wiarygodną narrację dotyczącą tych wydarzeń. A jej sympatycy będą musieli podczas obiadu przy niedzielnym stole albo w windzie zmierzyć się z pytaniami o 40 mln zł dla prawnika – znajomego szefa KNF, czy pół miliona dla syna ministra.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL