fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Szułdrzyński: Przestrzeń dla nowych bytów

Premier Beata Szydło, marszałek Sejmu Marek Kuchciński i marszałek Senatu Stanisław Karczewski po spotkaniu z prezydentem Andrzejem Dudą w Belwederze
PAP, Radek Pietruszka
Po ciosie, jakim były dla Prawa i Sprawiedliwości dwa weta Andrzeja Dudy, partia rządząca na razie postawiła na wygaszanie emocji.

Nie będzie nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu, prawdopodobnie nie będzie na razie też spektakularnych akcji odwetowych na prezydencie. Ale nie ma wątpliwości, że coś między PiS a prezydentem pękło. Niepotrzebny atak na Dudę w telewizyjnym orędziu Beaty Szydło tylko pogłębił już i tak coraz wyraźniej rozwierającą się przepaść między Krakowskim Przedmieściem a Nowogrodzką. I mimo próby wyciszenia nastrojów ten rozbrat będzie się powiększać. Nie trzeba być politycznym wyjadaczem, by spodziewać się, że jak tylko prezydent złoży w Sejmie własne propozycje ustaw o KRS i SN, w PiS pojawi się pokusa dodania do nich poprawek, które będą dla niego nie do zaakceptowania. I cóż mu wówczas zostanie? Wetowanie własnej ustawy?

Dalszych konfliktów trudniej będzie uniknąć. Coraz wyraźniej widać, że nie jest to konflikt wyłącznie polityczny, ale ma on znacznie poważniejsze tło ideowe. Coraz wyraźniej widać, że w obrębie zjednoczonej prawicy do głosu dochodzą coraz trudniej dające się ze sobą pogodzić głosy. Współistniejące ze sobą dotąd w PiS sprzeczne tendencje zaczynają się emancypować. Z jednej strony mamy więc rewolucyjny radykalizm, połączony z niechęcią do Europy, ochoczym podchodzeniem do kolejnych konfliktów z Brukselą oraz nieufnością wobec Niemiec i szeroko rozumianego Zachodu. Opcja ta głucha jest na głosy krytyki z zewnątrz, ba, im mocniej jest krytykowana, tym bardziej jest przekonana do swoich racji. Zresztą wszelką krytykę uznaje ona za przejaw złych mocy, samoobrony układu, ciemnych sił, a przede wszystkim wszechobecnego postkomunizmu. Ta część prawicy jest zdecydowanie niekonserwatywna, nie wierząc w budowę sprawnego apolitycznego aparatu państwowego, koncentruje uwagę tylko na takich instytucjach, które uda się przejąć. Głównym narzędziem sprawowania władzy według tej opcji są służby specjalne, organa ścigania czy właśnie sądy, a także media. Stąd chęć, by po podporządkowaniu sobie sądów zabrać się do porządków w sferze mediów, które są obwiniane za wspieranie protestów przeciw ustawom o KRS, SN i usp.

Z drugiej strony mamy opcję, nazwijmy ją roboczo republikańską, wierzącą w to, że polityka to jednak troska o dobro wspólne, a nie totalna wojna domowa. Wierzącą w zasady konserwatyzmu, które uczą, że ten, kto robi rewolucje, sam pada później ich ofiarą. Rozumiejącą, że nowoczesna polityka, podobnie jak członkostwo w Unii Europejskiej, a szerzej – we wspólnocie państw Zachodu, to sieć współzależności, a nie gra o sumie zerowej, w której jedni tylko zyskują, a drudzy tylko tracą. I jako konserwatyści chcą budować i udoskonalać instytucje.

W wielu sprawach opcje te zgadzają się ze sobą, ale coraz głębsze stają się różnice dotyczące politycznej metody. Tyle tylko że to przestaje być wyłącznie spór o metody. Prezydent Duda, wetując ustawę o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, stanął po stronie umiarkowanej prawicy, uniemożliwiając budowanie jakichś teoretycznie tymczasowych rozwiązań, które mają 28 lat po upadku komunizmu prowadzić do opcji zerowej, uzależniając jednak sądownictwo od jednej partii, otwierając furtkę w kierunku ograniczenia jego niezależności.

Podział ten dziś jest znacznie silniejszy niż wcześniej. Siłą Jarosława Kaczyńskiego było przez ostatnie dwa lata to, że potrafił te dwa żywioły utrzymać razem. I to w dużej mierze od niego zależy dziś, czy dojdzie do rozłamu w łonie prawicy.

Od dawna jednak sytuacja nie była aż tak sprzyjająca powstaniu na prawicy jakiegoś nowego bytu. Podobnie jest po stronie przeciwnej. Protesty przeciw zmianom w sądownictwie miały zupełnie inny charakter niż dotychczas. Przez ostatnie dwa lata ani KOD, ani PO, Nowoczesna czy PSL nie potrafiły tak zmobilizować przeciwników „dobrej zmiany", jak stało się to nagle w środku wakacji z protestem 3 x weto. To pokazuje z jednej strony wielką słabość opozycji, z drugiej – potencjał polityczny tkwiący w tym proteście. Jeśli pojawiłaby się jakaś siła odwołująca się do tego doświadczenia pokoleniowego, również po stronie opozycyjnej mogłoby dojść do trzęsienia ziemi, a dotychczasowi liderzy – Władysław Frasyniuk, Ryszard Petru czy nawet najsilniejszy w tym gronie Grzegorz Schetyna – musieliby się pogodzić ze swoją przegraną.

Dość powiedzieć, że od co najmniej dwóch lat nie było na polskiej scenie politycznej tak silnych ruchów tektonicznych, które mogą prowadzić do powstania zupełnie nowych bytów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA