Piszemy na łamach „Rzeczpospolitej" od lat do znudzenia, że bogactwo bierze się z pracy, nie z rozdawnictwa. Piszemy od lat, że awans cywilizacyjny kraju i zamożność Polaków może zapewnić tylko dobrze zorganizowana prywatna gospodarka, motywacyjne formy zatrudnienia, przełamanie deficytu rąk do pracy, a najlepiej – także demograficznego.
Mimo oczywistości tych haseł rządzący działają dokładnie w przeciwny sposób. Efekty? Rozwijamy się dużo wolniej, niż byśmy mogli. Polacy szukają pracy na zamożniejszym Zachodzie. A w kraju? Mimo formalnie niewielkiego bezrobocia rzesza ludzi nieaktywnych zawodowo ciągle jest wyjątkowo duża. 1 kwietnia 2016 roku na fali politycznego populizmu wprowadzono katastrofalnie skonstruowany program 500+. Miał godzić dwie funkcje: przełamać niepokojące zjawisko spadku dzietności i wesprzeć rodziny najuboższe. Z drugim celem nie będę tu dyskutował. Możliwe, że było to Polsce potrzebne. Możliwe, że rzeczywiście na krótką metę 500+ zmniejszyło sferę ubóstwa. Niemniej najważniejszy (oficjalnie!) cel świadczenia nie został zrealizowany. Demografia ruszyła tylko przez chwilę. Dziś problem z dzietnością jest jeszcze większy.