fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bogusław Chrabota: Władimir Putin, Donald Trump, Chiny i my

AFP
Mało kto zauważył, że równolegle ze spotkaniem w Helsinkach Trumpa z Putinem, przywódcy Unii Europejskiej spotykali się w Pekinie z liderami Chin. Koincydencja czasowa była zapewne przypadkowa, ale rozmowy na tych dwóch osiach pokazują możliwość odwrócenia się globalnych sojuszy.

Po co Trumpowi było spotkanie z Putinem? Tego do końca nie wiem. Za to doskonale wiadomo, co zyskał w Helsinkach Putin. Donald Trump demonstracyjnie zakończył izolację Rosji na scenie światowej polityki i pozwolił jej symbolicznie wrócić w świetle reflektorów na plan pierwszy. Piszę „symbolicznie”, bo przecież nikt poza elitami moskiewskimi się nie łudzi, że świat znów stanie się bipolarny na zasadach z czasów „żelaznej kurtyny”. Putinowska Rosja, opierająca swoją gospodarkę na surowcach i pompująca 14 proc. budżetu w zbrojenia, jest i pozostanie mocarstwem drugiej kategorii. Potencjał militarny nie zastąpi kwestii demograficznych i gospodarczych.

Czytaj także: Chiny nie zastąpią Stanów Zjednoczonych

Jeśliby silić się na udowodnianie, że układ bipolarny wciąż istnieje, to tylko na osi Waszyngton – Pekin. Tym drugim światowym graczem są Chiny, z dziesięciokrotnie większym potencjałem ludzkim i ośmiokrotnie większym gospodarczym od Rosji. I to właśnie Chiny są ukrytym bohaterem Helsinek i zapewne były głównym tematem dwugodzinnej, poufnej rozmowy Donalda Trumpa z prezydentem Rosji.

Jaka jest ta światowa układanka z Chinami w tle? Po pierwsze Trump, całkiem słusznie, uznaje Pekin za głównego konkurenta USA. Rozpoczął z Chińczykami wojnę celną, próbuje obudzić w Ameryce proces inwestycyjny i zmienić profil swojego rynku z proimportowego, na proeksportowy. Sprzeciwia się chińskiej ekspansji politycznej i podejmuje działania ochronne przeciwko chińskiemu szpiegostwu przemysłowemu w USA.

Czy ta polityka może się udać? Trudno o tym dziś rozstrzygać, ale w tym kontekście potrzebuje politycznych i ekonomicznych sojuszników. I nagle na takiego wyrasta Putin.

Rosja to potencjalny sprzymierzeniec, dzięki któremu można skuteczniej walczyć z terroryzmem, ochronić przed irańskim zagrożeniem głównego partnera na Bliskim Wschodzie, czyli Izrael, izolować Teheran, a nawet wzmocnić kontrolę nad procesami politycznymi na Półwyspie Koreańskim. We wszystkich tych sprawach niebanalne znaczenie ma wola i aktywność Putina.

Putin to również strategiczne zaplecze surowcowe dla Pekinu. Od jego decyzji zależy ile ropy, uranu i węgla popłynie do Chin, czyli jak szybko uda się zrealizować program „Made in China 2025”, zakładający przejście lokalnej gospodarki do sfery zaawansowanej technologii. Tego Trump zapewne obawia się najbardziej, również ze względów militarnych.

Jak w tej całej rozgrywce wygląda rola Warszawy? Po pierwsze nie przeceniałbym geopolitycznego znaczenia Polski. Liczymy się w niej wyłącznie jako uczestnik wspólnot (UE i NATO), do których Trump odnosi się ze sceptycyzmem, a Putin z wrogością. W gospodarce ważni jesteśmy wyłącznie jako przemysłowe zaplecze Niemiec, jesteśmy silni ich siłą. Zatem do fatalnych iluzji należy zaliczyć realność polskiego dylematu: UE, czy Stany Zjednoczone? Gra na osłabienie Unii, to wspieranie Putina i Trumpa, którym zależy na wywróceniu sprzyjającego nam ładu. I odwrotnie, czynne wsparcie procesów integracyjnych w Europie wzmocni nasze narodowe bezpieczeństwo.

Jest jeszcze kwestia polityki wobec Chin. Powinna być aktywna, wykorzystująca zainteresowanie inwestycyjne Pekinu, choć nie rozbieżna z linią Brukseli. To główne wnioski z Helsinek i szerszej obserwacji odwracanych powoli przez amerykańskiego prezydenta kart w rozgrywce o prymat we współczesnym świecie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA