fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Andrzej Stec: Masz pieniądze w banku? Płacz i płać

Adobe Stock
Stało się, a raczej – stanie. Za chwilę pierwszy z dużych banków w Polsce ma wprowadzić ujemne oprocentowanie dla lokat oferowanych klientom detalicznym, czyli zwykłemu obywatelowi.

Nie trzeba posiadać talentów prognostycznych, aby postawić tezę, że to będzie dopiero początek, a za prekursorem szybko podążą kolejni. Tak jak to miało miejsce w Niemczech, gdzie obecnie klienci muszą już płacić za depozyt czy lokatę w większości tamtejszych banków. U nas, na razie, ma to miejsce tylko w przypadku lokat dla przedsiębiorstw.

Taki scenariusz oznacza, że systemowe zmiany na rynku finansowym przyspieszą. Tylko w ostatnich 12 miesiącach Polacy wycofali z banków niemal jedną trzecią lokat (ich wartość dzisiaj to ok. 200 mld zł). Kolejnych ok. 170 mld wciąż trzymają na nieoprocentowanych rachunkach bieżących.

Skąd taka decyzja banku(ów)? Przede wszystkich panują ciężkie dla nich czasy. Globalnie przez sektor bankowy przewija się fala restrukturyzacji. Banki szukają oszczędności, a z drugiej strony możliwości zwiększenia przychodów. W dobie ultraniskich stóp procentowych i awersji do kredytów jedną z niewielu możliwości jest podwyższanie lub wprowadzanie różnego typu opłat i prowizji. Na naszym krajowym podwórku ciężar sektora jest jeszcze wyższy poprzez relatywnie wysoki podatek bankowy i problemy z kredytami frankowymi (tj. koniecznością za chwilę zawierania kosztownych ugód z klientami).

To wszystko oznacza jeszcze trudniejsze czasy dla wszystkich, którzy zgromadzą na „czarne" lub emerytalne czasy oszczędności. Im są wyższe, tym gorzej. Powód? Nie ma dobrej podpowiedzi, co z nimi teraz czynić. Mało tego. Hydra inflacji od lat zjada już realną wartość pieniądza, a prognozy nie wróżą nic dobrego. Chociażby NBP, który ma stać na straży siły nabywczej złotego, przewiduje trzy najbliższe lata z inflacją ok. 3 proc. rocznie.

Oszczędzający mają teoretycznie szerokie spektrum inwestycyjne, w praktyce – niewielkie. Są akcje, zarówno krajowych spółek, jak i za granicą (bezpośrednio lub pośrednio, poprzez fundusze inwestycyjne). W biurach maklerskich słychać głosy, że właśnie w tym kierunku, przy akceptacji wyższego ryzyka przez klientów, popłyną za chwilę wartkim strumieniem pieniądze. Problem w tym, że obserwujemy jedną z najdłuższych hoss na świecie w historii, a wyceny, zwłaszcza firm technologicznych, wydają się kosmiczne. Oby nie było tak jak zwykle, tj. że rzesza klientów, skuszona wyższymi zyskami na giełdzie, wywoła gwałtowną falę hossy, która niespodziewanie ją zakończy. Później pozostaje tylko rozgoryczenie.

Obecnie nad Wisłą hitem są obligacje, a zwłaszcza fundusze obligacyjne. Problem w tym, że w obawie przed inflacją ich ceny wyraźnie spadają. Tak jest w USA czy również w Polsce. Wydaje się, że to nie jest chwilowa reakcja, ale początek „inflacyjnego" trendu. Wkrótce może się okazać, że „bezpieczne" inwestycje również przynoszą straty.

Pozostaje sztuka, która zyskuje na popularności. To jednak inwestycje dla tych, którzy znają się branżę i trendy. Jest kryptowaluta bitcoin, która nazywa się „złotem dla młodych". Jej realna wartość szacowana jest jednak... od zera do miliona. No i nieruchomości. Ich ceny rosną, ale patrząc na ubiegły rok, wzrost cen metra kwadratowego (średnio 10 proc.) nie odbiegał od wzrostu kosztu jego budowy. Wydaje się zatem, wbrew powszechnym obawom, że tutaj do bańki jeszcze daleko.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA