fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Adam Roguski: Dom z ogródkiem i ukrytymi kosztami

Adobe Stock
Mieszkania w blokach kosztują już małą fortunę. Skok ich cen zaczął napędzać zainteresowanie domami. Na masową migrację na przedmieścia nie należy się jednak nastawiać.

Według najświeższych danych GUS w styczniu deweloperzy zanotowali mocny, prawie 18-proc. rok do roku, spadek pozwoleń na budowę mieszkań. W przypadku inwestorów indywidualnych był to wzrost o 13 proc. Przyczyn jest wiele – jeden z analityków stwierdził, że kiedy ceny mieszkań w aglomeracjach stają się coraz wyższe (zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym), ludzie szukają alternatywy i stawiają lub kupują domy na peryferiach. Szczególnie jeśli widać, że domy drożeją wolniej niż mieszkania. Duże mieszkanie w bloku kosztuje już małą fortunę, dlatego wizja zakupu domu – choćby i segmentu – w dodatku z ogródkiem, wydaje się alternatywą kuszącą. Jednak na masową migrację na przedmieścia czy pod miasto chyba nie należy się nastawiać.

Trzy główne kwestie na rynku nieruchomości to lokalizacja, lokalizacja i lokalizacja. Zakup domu czy segmentu powinien być poprzedzony gruntowną analizą. Pozornie atrakcyjna cena za metr kwadratowy nie może być jedynym kryterium.

Podaż domów na rynku pierwotnym jest ograniczona, duże firmy wolą stawiać masową zabudowę wielorodzinną. Mniejsi gracze nastawiają się na jak największy zysk – najczęściej budują segmenty, a „ogródki" potrafią mieć rozmiar balkonu. To nie wszystko. Słabo rozwinięta komunikacja miejska, zakorkowane drogi dojazdowe, państwowych przedszkoli i szkół jak na lekarstwo, często brak kanalizacji i nieutwardzone drogi – takie potrafią być nieprzeliczalne na metr kwadratowy koszty zakupu „taniego" domu na obrzeżach Warszawy. Nawet jeśli lokalizacja wydaje się obecnie odpowiednia, w zaledwie kilka lat może się to diametralnie zmienić. Widać to m.in. na warszawskiej Zielonej Białołęce, gdzie głodni gruntów wielkoformatowi deweloperzy kupują działki między zabudową jednorodzinną i bezceremonialnie wciskają tam dwu-, trzypiętrowe bloki.

Firma doradcza JLL policzyła, że w sześciu największych aglomeracjach sprzedaż mieszkań w 2019 r. lekko wzrosła rok do roku, ale w samym Poznaniu eksplodowała o 30 proc. Skąd ten fenomen? Analitycy uważają, że o ile kiedyś ludzie chętnie osiedlali się poza miastem, o tyle dziś dojazdy zabierają już zbyt wiele czasu i wygodniej jest kupić mieszkanie bliżej centrum.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA