fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wygrał „Moonlight" Barry'ego Jenkinsa

Producenci „Moonlight” Jeremy Kleiner i Adele Romanski i scenarzysta Barry Jenkins. Statuetkę reżyserowi Damienowi Chazelle’emu wręczyła Halle Berry
AFP
Wygrał „Moonlight" Barry'ego Jenkinsa. Twórca „La La Landu" Damien Chazelle najlepszym reżyserem.

Takiej wpadki jeszcze w historii Oscarów nie było. Wręczający statuetkę dla najlepszego filmu Warren Beatty dostał niewłaściwą kopertę i po słowach „And the winner is..." padł tytuł „La La Land". Dopiero po pierwszych podziękowaniach producent filmu Chazella pokazał inną kopertę: „Oscara dostaje »Moonlight«. Nie, to nie jest żart". Błąd niezręczny, przykry dla obu ekip.

Poza tym gala nie zaskoczyła. Wiadomo było, że tegoroczna edycja Oscarów będzie naszpikowana polityką. Hollywood walczy z Trumpem. Podczas rozdania Złotych Globów Meryl Streep wystąpiła ze słynnym przemówieniem antytrumpowym. Miesiąc później ta sama aktorka, którą prezydent w odpowiedzi nazwał „najbardziej przecenianą" w Hollywood, na uroczystości Human Rights Awards dorzuciła: „Jeśli przetrwamy ten straszny czas, będziemy musieli być mu wdzięczni. Bo pokazał nam, jak krucha jest wolność". W oscarową noc, gdy prowadzący Jimmy Kimmel powiedział: „To przereklamowana aktorka, która słabiutko zagrała w ponad 50 żenujących filmach", Streep dostała brawa na stojąco.

Przeciw Trumpowi

Uszczypliwości wobec Trumpa i jego polityki było wiele. Nawiązując do wydarzeń w Białym Domu sprzed kilku dni, Kimmel stwierdził: „Dziennikarze związani z mediami, w których nazwie jest »Times«, są proszeni o opuszczenie sali", zaś „The New York Times" po raz pierwszy w historii wykupił 30-sekundową reklamę nadawaną podczas uroczystości. Na ekranach telewizorów po jazgotliwym chaosie miliony Amerykanów mogły w ciszy przeczytać: „Prawda jest trudna do odkrycia. Do zrozumienia. Prawda jest dzisiaj bardziej potrzebna niż kiedykolwiek". A najmocniej zabrzmiał list nagrodzonego za najlepszy film nieanglojęzyczny Irańczyka Asghara Farhadiego. Autor „Klienta" nie przyjechał do Los Angeles, bo solidaryzował się z obywatelami własnego kraju i sześciu innych, którym dekret prezydenta zamknął wjazd do USA.

A kino? Tutaj też toczyła się walka. Głównie pomiędzy „La La Landem", reprezentującym uroczy i dość finezyjny, ale jednak tradycyjny Hollywood, a takimi jak „Moonlight" czy „Manchester by the Sea", reprezentującymi kino niezależne.

Oscary zawsze były bardzo konserwatywne, stąd też wzięła się lekka pogarda dla nich europejskich krytyków. W 1983 roku, gdy osiem statuetek dostał film Richarda Attenborougha „Gandhi", nawet w Hollywood żartowano o źródłach tego sukcesu: „Tytułowy bohater jest tu dokładnie taki, jakim chciałby się widzieć każdy członek Akademii Filmowej: szczupły, opalony i moralny". Ale ta wizja świata coraz częściej pękała. Zwłaszcza po roku 2001 i ataku na World Trade Center, gdy Amerykanie przestali czuć się bezpieczni. Akademicy zwrócili się ku filmom niekomercyjnym, ostro diagnozującym kondycję społeczeństwa. Kiedyś nie do pomyślenia: Oscary dostawały filmy obalające najważniejsze, amerykańskie mity: „To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coen, „Miasto gniewu" Paula Haggisa, „The Hurt Locker. W pułapce wojny" Kathryn Bigelow. Coraz częściej też akademicy dostrzegali kino niezależne, spoza wielkich hollywoodzkich studiów. Potwierdzały to nominacje dla „Do szpiku kości" Granik czy „Pokoju" Abrahamsona.

W tym roku wielki faworyt „La La Land" Damiena Chazelle'a, który miał 14 nominacji, zdobył sześć statuetek, w tym dla aktorki Emmy Stone i samego Chazelle'a, który jako 32-latek został w ten sposób najmłodszym reżyserem nagrodzonym Oscarem.

Akademicy docenili obrazy dotykające problemów sfrustrowanego społeczeństwa, portretujące ludzi kiepsko dających sobie radę z życiem. Filmy, których twórcy opuszczają centra miast i ustawiają kamerę na obrzeżach metropolii lub na prowincji. Nominację dostał m.in. interesujący film „Aż do piekła". David Mackenzie długo przed wyborami prezydenckimi zdiagnozował nastroje w Teksasie – te, które doprowadziły do wzrostu fali populizmu i zwycięstwa Donalda Trumpa.

Piękno i gorycz

O niszczącej traumie przeszłości i emocjonalnym zamknięciu opowiadał Kenneth Lonergan w „Manchester by the Sea", portretując w tle życie w małym, tytułowym miasteczku. A fantastyczny zwycięzca tegorocznych Oscarów „Moonlight" Barry'ego Jenkinsa to historia murzyńskiego chłopca z biednych przedmieść Miami. Opowieść o dojrzewaniu, drodze do zrozumienia swojej homoseksualnej natury, niepasującej do brutalnego otoczenia. Piękny film, pełen goryczy, ale też wielkiej delikatności. I trudna społeczna diagnoza. Bo Jenkins pokazuje, że uboga, „czarna" dzielnica Miami od tej części społeczeństwa amerykańskiego, która nie narzeka na prosperity – jest niemal całkowicie odcięta. Nie przypadkiem w filmie nie występuje ani jeden biały aktor.

Ten film – magiczny, wyrafinowany, nieprzynoszący jednoznacznych definicji i prostych recept na życie – to przejaw jeszcze jednej tendencji, która widoczna jest we współczesnym kinie amerykańskim. Od czasu gdy czarnoskóra Hattie McDaniel w 1940 roku dostała Oscara za rolę niani w „Przeminęło z wiatrem", nie zmieniło się aż tak wiele. Czarnoskórzy obywatele USA walczą o swoje miejsce w społeczeństwie, a czarnoskórzy aktorzy – o swoje miejsce w amerykańskim kinie, o to, żeby nie grać wyłącznie gangsterów, zabijaków i bezdomnych. I choć sytuacja się polepsza, choć za prezydentury Baracka Obamy pojawiły się rozliczenia z czasem niewolnictwa zrealizowane przez Steve'a McQueena i Quentina Tarantino – w głosowaniu akademików kolorowi artyści wciąż przegrywają. Kilka lat temu Halle Berry płakała ze szczęścia, odbierając statuetkę, ale już np. dwa lata temu – mimo nominacji dla świetnej „Selmy" – w ostatecznym głosowaniu wszyscy ciemnoskórzy twórcy przepadli. W ubiegłym roku było podobnie. Teraz akademicy ukłonili się afroamerykańskim artystom. „Moonlight", „Fences" Washingtona o czarnoskórej rodzinie w latach 50. i baseballiście, którego karierę złamał kolor skóry, i „Ukryte działania" miały łącznie 15 nominacji.

No i ten wielki triumf „Moonlight". A przecież również w innych kategoriach Oscary odbierali ciemnoskórzy artyści, m.in. aktorzy Mahershal Ali i Viola Davis, dokumentalista Ezra Edelman, autor „O.J.: Made in America".

Czy ten trend się utrzyma? Czy sztuka filmowa na dłużej wdrapała się na oscarowe podium, które dotąd było najczęściej zarezerwowane dla wielkich produkcji hollywoodzkich? Trudno wyrokować, bo nagrody Akademii to również gra o reklamę i wielkie pieniądze zostawiane w kasach kin. Ale ja mam nadzieję, że tak.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA