Reklama

Michael Hirst: Bohaterów seriali lubimy lub nienawidzimy. Ale rzadko się utożsamiamy

Przy okazji premiery drugiego sezonu serialu „Billy the Kid” na Viaplay jego twórca, odpowiedzialny także za „Wikingów”, opowiada o słynnym banicie z Dzikiego Zachodu, a także zmianach, jakie zachodzą w branży - mówi Michael Hirst, scenarzysta i producent.

Publikacja: 06.02.2026 15:40

„Dziki Zachód był przestrzenią, w której ludzie zabijali się z błahych powodów, a w Nowym Meksyku ni

„Dziki Zachód był przestrzenią, w której ludzie zabijali się z błahych powodów, a w Nowym Meksyku nie istniał realny porządek prawny”. Na zdjęciu kadr z serialu „Billy the Kid”

Foto: David Brown/MGM+

Pisał pan o monarchach („Elizabeth”), dynastiach („Dynastia Tudorów”), kulturach wojowników („Vikingowie”), a teraz o banicie. Czy „Billy the Kid” to dla pana domknięcie długiego projektu opowiadania o tym, jak rodzi się władza – nie w instytucjach, lecz w historiach, które ludzie opowiadają sami o sobie?

Muszę przyznać, że w tym wypadku motywacja była całkowicie osobista, a nie ideologiczna czy wynikająca z jakiegoś świadomie zaplanowanego projektu. Prawda jest taka, że po sukcesie „Wikingów” zgłaszali się do mnie różni producenci z pytaniem, co chciałbym zrobić dalej. Odpowiedziałem wtedy bez wahania: napisać western. Jako dziecko uwielbiałem westerny oglądane w telewizji. Michael Wright z MGM+ powiedział: „Dobrze, możesz napisać western. Ale o czym?”. Odpowiedź była natychmiastowa: jedyną postacią, o której chcę pisać, jest Billy the Kid. Byłem nim obsesyjnie zafascynowany jako dziecko. Dorastałem na północy Anglii – możliwie najdalej od Nowego Meksyku – a mimo to w jakiś trudny do wyjaśnienia sposób utożsamiałem się z Billym. Gdy miałem 6 czy 7 lat, codziennie biegłem do szkoły ponad półtora kilometra. Żeby nie myśleć o zmęczeniu, wyobrażałem sobie, że nie biegnę, tylko galopuję na białym koniu, ścigany przez Pata Garretta i jego ludzi. W mojej głowie byłem Billym Kidem. Ta fascynacja nigdy mnie do końca nie opuściła. Dlatego pomyślałem, że warto wreszcie sprawdzić, czy była uzasadniona– czy Billy rzeczywiście był postacią, którą warto było idealizować, czy raczej, jak twierdzi wielu, był po prostu patologicznym zabójcą, jednym z wielu banitów zabijających dla przyjemności. Tak najczęściej się go przedstawia: jako psychopatę, bezrefleksyjnego mordercę. Kiedy dostałem zgodę na napisanie scenariusza, przeczytałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Szczególnie ważna okazała się książka „Frontier Fighter”, napisana przez George'a Coe – człowieka, który jeździł z Billym i był jego przyjacielem. Jemu ufałem najbardziej. Ta książka stała się moją Biblią. Od tego momentu zacząłem badać Billy’ego jako postać– dokładnie tak, jak wcześniej badałem Ragnara Lothbroka czy Elżbietę I – opierając się wyłącznie na tym, co uznawałem za możliwie najbliższe historycznemu zapisowi.

Pozostało jeszcze 87% artykułu

4 zł tygodniowo przez rok !

Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.

Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.

Kliknij i poznaj szczegóły oferty

Reklama
Plus Minus
„Sny o pociągach”: Życie i cała reszta
Plus Minus
„Code Vein II”: Uważaj na zjawy
Plus Minus
„Zabójcza przyjaźń”: Nieogarnięty detektyw
Plus Minus
Gość „Plusa Minusa” poleca. Prof. Krystian Jażdżewski: Jak żyć, kiedyś i teraz
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama