Dziki Zachód to z pewnością kraina mojego dzieciństwa. Westerny oglądane w leniwe niedzielne popołudnia były tak niezbędnym elementem kończącego się tygodnia jak rosół i „Złotopolscy”. Praworządni szeryfowie, przebiegli bandyci, zagrożenie ze strony Indian, a potem też na odwrót – nie do końca prawi stróżowie prawa, przestępcy ze złotym sercem oraz nie tacy straszni Indianie. Poznawało się wtedy największych z wielkich – Johna Wayne’a, Clinta Eastwooda czy Gary’ego Coopera. Potem jeszcze dokładało się do tego kolejną książkę Karola Maya i już cały świat wypełniał się kowbojami, rączymi rumakami i strzałami z pistoletów.