fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Barbara Hollender wspomina Janusza Kondratiuka: Prawda, ciepło i ironia

Fotorzepa, Piotr Wittman
Po długiej chorobie zmarł w Warszawie Janusz Kondratiuk, reżyser, twórca m.in. kultowych „Dziewczyn do wzięcia” i pięknego filmu „Jak pies z kotem”.

Wielka strata. Wielki żal. Odszedł artysta, zostawiając nam - jak testament – ostatni film „Jak pies z kotem”. Odszedł człowiek – skromny, nie znoszący pompy, uwodzący swoim niewymuszonym humorem, nieprzeciętną inteligencją.

Jako reżyser nigdy nie podporządkowywał się trendom i modom obowiązującym w polskim kinie. Jego styl  recenzenci porównywali do szkoły czeskiej. Miał temperament błyskotliwego dokumentalisty, który uważnie przygląda się rzeczywistości. Ale jednocześnie zero chłodu. Jego spojrzenie na świat było pełne ciepła i humoru. „Lepiej śmiać się niż płakać” — mówił. Może właśnie dzięki temu filmy Janusza Kondratiuka niosły prawdę, a jednocześnie były pobawione nachalnego moralizatorstwa.

Urodził się 19 września 1943 roku w Ak-Bułag w Kazachstanie. Tam, po tułaczce, trafiła jego rodzina, wywieziona w czasie wojny przez Rosjan na Wschód. Pierwsze, dziecięce wspomnienia jego i jego brata Andrzeja to gułag, step i jamy, w których żyli Polacy, Niemcy, Ukraińcy, Tatarzy krymscy, Niemcy nadwołżańscy, Rosjanie.

W 1946 roku ojciec Kondratiuka, który wcześniej opuścił Rosję z II Armią, wrócił po rodzinę. Więc potem była Łódź i dom ciotki na Bałutach. Szkoły, których nie znosił. Liceum Plastyczne. A wreszcie Filmówka, do której zdał zaraz po maturze. Janusz wiedział, że to oaza. Studiował tam już jego brat, do domu Kondratiuków przychodzili Polański, Skolimowski, Cybulski, Kobiela. Barwne ptaki. Ludzie, którzy mieli za sobą wywózki, getto, więc teraz czerpali życie całymi garściami.

Podczas studiów Janusz Kondratiuk często pracował przy filmach brata. Robił mu rekwizyty, pomagał na planie etiud. Sam nakręcił niewiele. Ważne okazały się „Gwiazdy w oczach”, dzięki którym wygrał konkurs telewizji hamburskiej.

W 1969 roku zadebiutował telewizyjnym filmem „Jak zdobyć pieniądze, kobietę i sławę”. To były trzy nowele. O cwaniaczku-fryzjerze zamieniającym kundelki w rasowe psy. O nieśmiałym uwodzicielu. O wynalazcy-mitomanie marzącym o sławie. Krytycy porównywali jego debiut do prozy Hrabala i obrazów Menzla. Ktoś napisał: „kino Munkowskie”. Następnymi filmami Kondratiuk udowodnił, że bliski był mu realizm, choć rzeczywistość naprawdę obserwował  z „czeskim” dystansem i odrobiną ironii. Jego „Niedziela Barabasza” (1971), z potem „Dziewczyny do wzięcia” (1972) i nieco później „Czy jest tu panna na wydaniu” (1976), a jeszcze  „Wniebowzięci”, których zrealizował razem z bratem – to była rewelacja. Fabuły kręcone jak dokumenty, chropowate, inne niż gładkie kino socjalizmu lat 70. Portrety siermiężnej Polski, rzekomego awansu społecznego. A prawdę wnosili na ekran naturszczycy. Kondratiuk lubił z nimi pracować:

- Jeżeli znajdzie się człowieka, który ma talent aktorski, to tak, jakby się znalazło grudkę złota. Nic nie trzeba robić. Wystarczy go wyczuć i nie przeszkadzać - tłumaczył mi.

Dzisiaj filmy Kodratiuka z tamtego czasu to dzieła kultowe, świadectwo obyczajowości PRL-u. Ale na początku lat 70., mimo że zaczęła się już epoka gierkowskiej odwilży, były tępione. „Dziewczyny do wzięcia” miały problemy polityczne. Cenzor zakwestionował najsłynniejszy dialog filmu, który potem wszedł od potocznego języka: „Gdzie idziemy? No, nie wiem, możliwości jest wiele. Możemy iść na lewo, możemy iść na prawo”. A zastępca przewodniczącego Radiokomitetu Loranc na ekranie przepraszał widzów za ten film, pytając gdzie – gdy kierowano go do produkcji – był Związek Młodzieży Wiejskiej.

Potem też nie bywało łatwo. Jego „Mała sprawa” o „niezapowiedzianej wizycie” polityka w zakładzie pracy leżała sześć lat na półce, gdy w Ursusie, gdzie ekipa kręciła wybuchł w 1976 roku strajk. Zdjęcia do „Klakiera” zostały przerwane przez stan wojenny, a gdy reżyser je skończył nikogo w sparaliżowanej, zduszonej Polsce nie interesowała opowieść o meandrach sławy i dramacie starej artystki

To był dla niego trudny okres. „I śmieszno i straszno” - mówił z dystansem. Gdy byli studenci ze szkoły filmowej zaprosili go na wykłady go Berlina, pojechał. Najpierw do Niemiec, potem do Austrii, gdzie w Linzu zaproponowano mu pracę w państwowej uczelni i stworzenie wydziału Audiovisuelle Mediegestaltung. Był jego dziekanem przez dwadzieścia lat. Polubił Austrię. Tam rosły jego dzieci. Ich matka, trzecia żona Kondratiuka, jest Niemką.

W tym okresie Kondratiuk wpadał czasem do Polski. Zrobił tu kilka filmów i spektakli telewizyjnych. Z dystansu starał się śledzić polskie przemiany obyczajowe czasu transformacji. W komedii „Prywatne niebo” opowiadał o nowobogackim biznesmenie. Wrócił do tego tematu w „Złotym runie” pokazując polską „drogę do Europy”. Historia rodzimego „biznesmena” i małego menela, który w brzuchu przemyca za granicę diamenty - była ironiczną, ale zarazem ciepłą opowieścią o naszej „kartoflaności”, której nie przykryje biała marynarka. Wracał też do Gzowa, gdzie żył jego brat Andrzej i gdzie w 1995 roku cała rodzina filmem „Cztery pory roku”pożegnała  umierającego ojca Kondratiuków. Pięć lat później powstała „Noc świętego Mikołaja”, zrealizowana w telewizyjnej serii „Święta polskie”, gdzie w bajce ze współczesną, wczesnokapitalistyczną  Polską w tle, udało mu się zadać pytanie o to, co w życiu naprawdę ważne.

W 2005 roku Janusz Kondratiuk wrócił do Polski. Wybudował dom na wsi, w Łosiu, 40 kilometrów od Warszawy. I polubił nowe życie. Mówi, że przyjechał do Polski jeszcze bez autostrad, bez wieżowców i stał się świadkiem jej gwałtownego rozwoju.

Po powrocie reżyserował odcinki telewizyjnych seriali, w 2010 roku nakręcił „1 000 000 $”,  pokazując społeczeństwo ogarnięte żądzą pieniądza, konsumpcjonizmem, chciwością. Ale ten swój najbardziej niezwykły film - „Jak pies z kotem” – pokazał w ubiegłym roku. Zapisał ostatnie miesiące, tygodnie, dni życia swojego brata, unieruchomionego po ciężkim wylewie. Pokazał cierpienie: degradację człowieka, nie mogącego znieść uzależnienia od innych. Przebłyski świadomości, gdy z pamięci można wyciągnąć wspomnienia, ale i momenty, gdy chory zagłębia się we własną, chorą psychikę, cierpi, boi się, przeżywa potworne wizje. Gdy zaczyna przypominać rozkapryszone dziecko, niewdzięcznego skurczybyka, wreszcie człowieka udręczonego, bezbronnego, obezwładnionego strachem.

A jednak „Jak pies z kotem” nie był filmem o umieraniu. To opowieść o straconych bezpowrotnie rozmowach, których kiedyś się nie odbyło, a teraz jest na nie za późno. Ale też o odzyskanej bliskości i więzach nie do zerwania. O braterskiej miłości. O lojalności, gdy nie pyta się o cenę, jeśli ktoś cię potrzebuje.  O człowieczeństwie.

W dniu, w którym skończył się montaż filmu, Janusz Kondratiuk sam trafił do szpitala. Rozpoznanie: rak. Walczył do końca, starał się żyć normalnie, wspierany przez żonę.

Irytowało go to, co wokół. W jego okolicy - „partia wiejskich proboszczów”. W świecie - niemożność przeciwstawienia się złu, które nadciąga ze wszystkich stron. W kinie - powrót, po krótkim okresie wolności, do aluzji – języka niewolników. Denerwowała go kumulacja pieniędzy w rękach bardzo małej grupy ludzi. I – jak mówił - „złowroga, pasożytnicza grupa polityków”.

Mimo to, jak zawsze, z humorem szukał nadziei. Pisał scenariusz kolejnego filmu, jeździł z „Jak pies z kotem” na festiwale, spotykał się z publicznością. Ale był zmęczony. Kiedy spytałam go kilka miesięcy temu o marzenia, odpowiedział: „Odpocząć po tych wszystkich szpitalach, które są skrzyżowaniem więzienia z koszarami. Na plaży. Pięknej, piaszczystej”.

Jeśli coś tam w górze jest, to pewnie teraz Janusz Kondratiuk na piaszczystej plaży kończy swoje niedokończone za życia rozmowy. Spoglądając czasem w dół, bo przecież gdziekolwiek był, zawsze uważnie przyglądał się Polsce i ludziom.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA