fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Nie żyje Artur Brauner

Artur Brauner
AFP
7 lipca w Berlinie zmarł Artur Brauner, producent filmowy, który współpracował m.in. z Agnieszką Holland, Andrzejem Wajdą, Jerzym Hoffmanem, Januszem Kijowskim. Honorowy obywatel miasta Łodzi. Miał 100 lat.

Mawiał, że pasja do kina jest jak miłość, która czasem przynosi uniesienia, a czasem rozczarowania. Jak wielka namiętność, z którą nie da się walczyć.

Artur Brauner uchodził za jednego z najbardziej efektywnych producentów filmowych Europy. W jego założonej 70 lat temu firmie CCC (Central Cinema Company), powstało ponad 300 tytułów. Brauner odbierał w Los Angeles Oscary i Złote Globy, współpracował ze znakomitymi reżyserami. Był czas, gdy jego nazwisko wymieniano jednym tchem z nazwiskami Francuza Marina Karmitza czy Anglika Jeremy’ego Thomasa. Ale był najstarszy z nich. I był polskim Żydem: niósł w sobie bagaż doświadczeń i wspomnień, jakich oni nie mieli.

Niektórzy uważali, że Brauner był postacią tajemniczą, że w zależności od okoliczności miał na użytek prasy kilka życiorysów. Ale pewne fakty są bezsporne. Przyszedł na świat 1 sierpnia 1918 roku w Łodzi. Jego ojciec Moshe Brauner miał hurtownię drewna. Był człowiekiem zamożnym, zapewnił swojemu pierworodnemu synowi Abrahamowi (tak naprawdę miał na imię Artur Brauner) i jego rodzeństwu - Wolfowi, Feli, Dawidowi i Idzie - dobre, spokojne dzieciństwo. Dzieci były wychowywane w zgodzie z żydowską tradycją, ale nie ortodoksyjnie.

Kino? Brauner opowiadał o chłopcu, który przesiadywał w łódzkiej „Lunie” czy w „Splendidzie”, a nad łóżkiem wieszał zdjęcia aktorów. Ale zaraz potem jest biała plama. Czas, o którym nigdy nie chce mówić. Nie on jeden. Z Januszem Morgensternem można było rozmawiać o wszystkim, tylko nie o tamtych latach, Roman Polański odmówił Spielbergowi nakręcenia „Listy Schindlera”, a kiedy zdecydował się wyreżyserować „Pianistę” postawił warunek, że zdjęcia będą się odbywały w Krakowie, bo warszawskie getto za bardzo mu  przypominało łódzkie. Artur Brauner też milczał. Więc można się tylko domyślać: strach, nędza, śmierć, o którą trzeba się było codziennie ocierać, gwiazda Dawida na rękawie. I pewnie majątek rodzinny oddany za życie, bo Braunerom udało się ze stworzonego na Bałutach  łódzkiego getta uciec. Wszystkim. Pojechali nie na Zachód, lecz do Rosji. Przeżyli.

Po wojnie nie wrócili do Łodzi. Rodzice z trójką dzieci wyjechali do Izraela. Artur z bratem Wolfem postanowili zacząć nowe życie w Ameryce. Po drodze jednak był Berlin. Tam na jakiś czas osiedli, czekając na wizę do Stanów. A że nigdy nie zapomnieli o swoich filmowych pasjach, w 1946 roku założyli firmę CCC - Film - Kunst. I zostali w Europie.

W CCC powstały dziesiątki filmów rozrywkowych, m.in. o Winnetou i Sherlocku Holmiesie. Ale przecież o Braunerze mówiło się, że miał swoją ideę fixe. Już jeden z pierwszych jego filmów „Morituri” Eugena Yorka z 1948 roku był opowieścią o uciekinierach z obozu koncentracyjnego, którzy- przepełni strachem – przez całe miesiące kryją się w lesie, bojąc się go opuścić . Potem Brauner stale wracał do tematu Holocaustu, wynajdywał książki i scenarzystów, uruchamiał kolejne produkcje.

— Żeby świat nie zapomniał — powtarzał zwyczajnie, ale z uporem. Jego wyprodukowany w 2006 roku „Ostatni pociąg” o deportacji Żydów z Berlina do Auschwitz w 1943 roku został włączony do programu w szkole dla młodych oficerów policji w Brandenburgii.

Brauner był Żydem, ale przecież dorastał w Polsce. I nigdy o tym nie zapomniał. Był jednym z pierwszych producentów zachodnich, którzy — jeszcze w czasach, gdy mało mówiło się o koprodukcjach — zaczął robić filmy na Wschodzie. Pierwszy „polski” obraz zrealizował w 1958 roku, z Aleksandrem Fordem. To był „Ósmy dzień tygodnia”, bardzo dobrze przyjęty na festiwalu w Wenecji. Potem nakręcili razem trzy inne filmy, ale już bez udziału Polski.

— Po 1968 roku nie mogliśmy w Polsce sfinalizować nawet produkcji o Korczaku — opowiadał mi kiedyś. — Zrobiłem więc ten film w Izraelu, a moje kontakty z Polską urwały się na kilkanaście lat.

Odżyły w latach 80. Brauner był producentem „Miłości w Niemczech” Andrzeja Wajdy, „Wedle wyroków twoich” Jerzego Hoffmana, ekranizacji „Tragarza puchu” — „Warszawy roku 5073” Janusza Kijowskiego. Nie ukrywał, że nad Wisłę ciągnie go nie tylko sentyment.

— W Polsce ciągle robiło się wtedy filmy taniej niż na Zachodzie — przyznawał. — Ceniłem też sobie wschodnich partnerów. Przekonałem się o ich uczciwości. Wiedziałem, że nie wejdą w produkcję, jeśli nie mają pieniędzy.

Jako producent był zawsze potwornie oszczędny. Jego współpracownicy mawiali, że ma w kieszeni węża. Jeden z z reżyserów opowiadał mi, że Brauner potrafił wycisnąć ludzi jak cytryny. Ale w końcu to cecha wielu filmowych producentów.

Największe „polskie” sukcesy Braunera wiążą się z Agnieszką Holland. — Realizowała projekty, które doskonale czuła — mówił zwyczajnie producent.

Holland najpierw zrobiła w firmie Braunera „Gorzkie żniwa” o ukrywającej się na wsi żydowskiej dziewczynce, a potem „Europę, Europę” — wielką polityczną epopeję o losach żydowskiego chłopaka, który trafił do elitarnej szkoły dla nazistów.„Gorzkie żniwa” dostały nominację do Oscara w kategorii filmu nieangielskojęzycznego, „Europa, Europa” — za scenariusz.

Ich współpraca była kwintesencją tego, co Brauner uważa za istotę swojego zawodu.

— Dobry producent to ktoś, kto potrafi z całego stosu pomysłów wyłowić temat najnośniejszy i najbardziej interesujący, znaleźć dla niego odpowiedniego scenarzystę i reżysera, a potem zapewnić filmowi przyzwoitą obsadę i światową dystrybucję — mówił.

Bywały też na linii Brauner-Polska zgrzyty: to przede wszystkim bardzo ostry, zrobiony na Białorusi i przez wielu uznany za antypolski, film o pogromie kieleckim „From Hell to Hell”. Jednak lista „polskich” zasług producenta jest dłuższa: w latach 90. Muzeum Kinematografii w Łodzi uhonorowało Braunera  nagrodą Artura.

W jego dorobku — poza obrazami Holland czy Wajdy — są też inne ważne tytuły, m.in. „Hanussen” Istvana Szabo z Klausem Marią Brandauerem,  „Nieznajoma z Sant Soussi” Jacquesa Rouffio z Romy Schneider i Michelem Piccoli, „Ogród Finzi Conzini” Vittorio De Siki (Oscar 1970 dla najlepszego filmu nieangielskojęzycznego).

Artur Brauner uważał, że w niemieckim kinie pojawiło się w ostatnich dwóch dekadach groźne zjawisko — filmy o II wojnie światowej pokazujące Niemców jako ofiary. Walka zawsze niesie cierpienie, także agresorom. Ale on przypominał, że nie wolno zachwiać proporcji. Zapomnieć o krzywdach. Przestać ostrzegać. Zwłaszcza w czasach, gdy na Zachodzie nasilają się ruchy neonazistowskie. Więc przypominał. Jeszcze w 2011 roku, firmował tytuł „Wunderkinder”, którego akcja toczyła się w 1941 roku na Ukrainie. To była  opowieść o trójce utalentowanych dzieci – dwojgu Żydach i ich niemieckiej koleżance, które łączyła miłość do muzyki. Ich przyjaźń i wspólna pasja była wstanie pokonać wszelkie różnice i przeszkody. Dopóki ich świata nie zniszczyła wojna. Produkując ten film Artur Brauner był już po dziewięćdziesiątce. Nigdy nie zatarły się w jego pamięci tragiczne wspomnienia z czasu młodości.

Ostatni film pokazał rok temu. Z Dominikiem Kuhnem przygotował trawestację nakręconych w latach 60. „Tysiąca oczu doktora Mobuse” Fritza Langa. „Mężczyzna nie powinien przechodzić na emeryturę — mawiał. — Tylko aktywność pozwala nie poddać się upływającemu czasowi”.

Rok temu niemieckie środowisko filmowe hucznie obchodziłojego  setne urodziny. Na wielką fetę w Berlinale Palast przyszli reżyserzy, aktorzy, dziennikarze, politycy. Sam Artur Brauner zbierał życzenia i pojawił się na scenie pełnej tancerek w rewiowych kostiumach. Ale ostatnie lata były już bardzo trudne. Dwa lata temu Artur Brauner stracił żonę Marię, z którą przeżyli razem ponad 70 lat. To był cios, z którego nie mógł się podnieść.

Artur Brauner zmarł 7 lipca, trzy tygodnie przed swoimi 101 urodzinami.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA