fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Mirosław Żukowski: Sportowe pocieszenie na sylwestrową noc

Adobe Stock
Kiedy ponad 55 lat temu letnie igrzyska pierwszy raz odbywały się poza światem zachodnim, padało pytanie: czy Japończycy naprawdę rozumieją, o co nam chodzi z tym olimpizmem i fair play?

Sportowi intelektualiści podkreślali, że idee barona Pierre'a de Coubertin nie mają wiele wspólnego z japońską kulturą, że gospodarzom igrzysk dużo bliższy niż święte księgi olimpizmu jest samurajski kodeks. Działo się to wprawdzie w czasach, gdy japońskie dziewczęta farbowały już włosy na blond i wiele z nich marzyło o wyprostowaniu skośnych oczu, ale nie zmieniało to faktu, że igrzyska wysłano na łono zupełnie innej kultury.

Została po nich gospodarzom jedna sportowa trauma. Aby zrobić im przyjemność, do programu igrzysk wprowadzono wówczas judo i w królewskiej kategorii open Holender Anton Geesink pokonał Akio Kaminagę. Pozostałe złote medale w judo zdobyli Japończycy, ale ta porażka sprawiła, że Japonia płakała, a europejskie tabloidy serio pytały, czy biedny Akio nie zareaguje jak upokorzony samuraj.

Za kilka miesięcy letnie igrzyska wrócą do Japonii, ale przez te ponad pół wieku dużo się zmieniło i dziś jedynym sportem olimpijskim zrozumiałym dla Japończyków nie jest już judo. Poznali oni dobrze smak olimpijskiej zimy (Sapporo 1972 i Nagano 1998), dali się też podbić futbolowi. Gdy ich pierwszy gwiazdor Hidetoshi Nakata grał we Włoszech, na jego mecze kibice przylatywali z ojczyzny czarterowymi samolotami. Kiedy już stracił formę, ciągle byli chętni, by go zatrudniać, bo koszulki z jego nazwiskiem w Japonii wciąż sprzedawały się znakomicie.

Dziś w ogóle trudno znaleźć duży kraj, jakąś odrębną kulturę, która oparłaby się sportowi. Padły Chiny, które do tzw. olimpijskiej rodziny wróciły paradoksalnie podczas „bussiness games" w Los Angeles (1984) zbojkotowanych przez „kraje pokoju i socjalizmu". I tak bardzo im się spodobało, że kilka lat później zaangażowały najlepszych fachowców z NRD i rozkręciły państwowy doping na skalę, którą potem osiągnęła przed Soczi jedynie putinowska Rosja.

W krajach arabskich przez wieki jedynym sportem były wyścigi wielbłądów, a dziś szejkowie są właścicielami europejskich klubów piłkarskich, sportowych telewizji, budują u siebie najnowocześniejsze sportowe akademie, czyli angażują masę pieniędzy, by pokazać, że są w stanie przejąć kontrolę nad ulubioną zabawką zachodniego świata. Jedynym dużym regionem wciąż nieczułym na sport rozumiany po naszemu są Indie (tam gorączka ogranicza się do otrzymanego w spadku po Anglikach krykieta).

Zaangażowaniu arabskich i chińskich pieniędzy w europejski sport towarzyszą narzekania, że zabiera mu to duszę, czyni zabawką w rękach bogatych profanów. To są argumenty słuszne, ale może by tak przy noworocznej okazji poszukać pocieszenia: czy to nie największe zwycięstwo sportu, że stał się on atrakcyjny nawet dla tych, którzy przy nim nie wyrośli, a pomimo to uznali, że za pomocą igrzysk i mundiali mogą zaakcentować swe nowe miejsce w świecie?

Może my, którym bez sportu żyć trudno, powinniśmy przed igrzyskami w Tokio i mundialem w Katarze o tym właśnie pomyśleć w ostatnim dniu przedolimpijskiego roku. Jeśli tego nie zrobimy, codzienne smutki popsują nam także sylwestrową noc.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA