Felietony

Sto lat, Ojczyzno!

Fotorzepa, Piotr Wittman
Polska ma właśnie swoje urodziny – i to stuletnie. Będzie radośnie, goście i humory zapewne dopiszą: narodowcy przemaszerują z petardami, prezydent zrobi wszystko, żeby nie musieć się przywitać z przewodniczącym Rady Europejskiej, handlowcy z radością zamkną sklepy, a policjanci będą się wygrzewać w łóżkach chronieni przez masowo pobrane L4. Słowem, bałagan taki, jakiego pewnie nie widziano w tym kraju od listopada 1918 r.

Ale ja osobiście będę świętować – i guzik mnie obchodzi żałosny poziom oraz styl dzisiejszej polskiej polityki. Bo Polska przetrwała 100 niewiarygodnie trudnych lat. Z jednej strony to 100 lat niepokojów, kilkukrotnych zmian modelu ekonomicznego, gwałtownych kryzysów i załamań. Z drugiej strony, mimo wszystkich zawirowań, również okres rozwoju, postępu naukowo-technicznego, wzrostu wydajności pracy i poprawy poziomu życia. I choć przez cały ten okres Polskę rozrywały plemienne walki i polityczne kłótnie, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza osiągnęła wreszcie swój sukces.

Okres 100 minionych lat to historia stałego gospodarczego pościgu niepodległej (choć nie zawsze w pełni suwerennej) Polski za światem rozwiniętego Zachodu. W roku 1918 PKB na głowę mieszkańca odrodzonego kraju wynosił, we współczesnych granicach, 45 proc. poziomu zachodniej Europy (w granicach przedwojennych 37 proc.). Wbrew powszechnym dziś mitom okres międzywojenny nie przyniósł wcale gospodarczego powodzenia. Powszechne zacofanie, trudna sytuacja światowa, zła polityka gospodarcza (jasnymi plamami są nieliczne sukcesy, np. budowa Gdyni i COP) – wszystko to powodowało, że do wojny wskaźnik ten udało się poprawić tylko minimalnie.

Potem przyszła wojna i okupacja, która zabrała nam blisko 40 proc. całego majątku narodowego. Dzięki powojennej odbudowie, do roku 1950 PKB na głowę mieszkańca ponownie przekroczył poziom 45 proc. z Europy Zachodniej (zresztą też zniszczonej przez wojnę, choć nie tak gruntownie). Potem jednak nastały długie dziesięciolecia absurdalnego systemu komunistycznego, w którym kraj nie był w stanie rozwijać się tak szybko, jak kraje o gospodarce rynkowej. W 1989 r. poziom PKB na głowę mieszkańca obniżył się znów do 38 proc. zachodniej Europy, a Polska była bankrutem.

I wreszcie nadszedł cud. Po początkowej zapaści, od 1991 r. polska produkcja zaczęła systematycznie rosnąć. Po raz pierwszy w tym stuleciu kraj był bezpieczny, współpraca z najważniejszymi gospodarczymi partnerami kwitła dzięki wywalczonemu z trudem członkostwu w Unii, a większość Polaków była zgodna co do tego, że warto być częścią demokratycznego i wolnorynkowego Zachodu. W roku 2018 PKB na głowę mieszkańca przekracza już 70 proc. poziomu zachodniej Europy. I choć dystans pozostaje ogromny, jeszcze nigdy w historii Polska nie była tak blisko dogonienia bogatszych sąsiadów jak dziś.

Więc zanim damy się ogłupić oszołomom, złóżmy naszemu krajowi życzenia. Niech zacznie myśleć o przyszłości, zamiast babrać się w lamentach nad historią, niech mądrze skorzysta z procesów integracji europejskiej i szans rozwoju, które daje gospodarka rynkowa, niech włączy się do głównego nurtu globalnego postępu technologicznego. Niech zdobędzie się na wysiłek, dzięki któremu w ciągu kolejnych 30–40 lat dogoni rozwinięty Zachód. Bo jest to trudne, ale możliwe.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL