fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Kolejny stopień izolacji

Rafał Tomański
Fotorzepa
Północna Korea nigdy nie znajdowała się w tak trudnej pozycji jak obecnie.

Nie ma wzoru, który pomagałby określić dokładną datę upadku dyktatur. Znacznie ułatwiłoby to zadanie dyplomatów, nie trzeba by negocjacyjnych maratonów i nerwowych komunikatów. Nie padałyby strzały ostrzegawcze, bo i tak wiadomo byłoby, że dni danego reżimu są policzone. Być może tak jest też i w przypadku Pjongjangu, ale jak na razie pozostaje jedynie gra w domyślanie się dalszego rozwoju wypadków.

Północ nie była jeszcze tak izolowana, jak dotychczas. Znany jest juz powód, dla którego młody Kim Dzong Un nie pojawił się na defiladzie w Pekinie 3 września. Pjongjang żądał bowiem kategorycznie, by Un był witamy z honorami i cały czas traktowany jak równorzędnych partner Chin. Na trybunie honorowej miał stać ramię w ramię z Xi Jinpingiem. Pekin równie stanowczo odmówił i dał do zrozumienia, że miejsce dla północnokoreańskiego przywódcy znajdzie się w ostatnim rzędzie. Z tego powodu ranga delegacji została obniżona do poziomu Choe Ryong-hae, sekretarza partii i przewodniczącego Państwowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu.

Prezydent Park z Południa stała jedynie o jedno miejsce od Xi. Między nimi znajdował się Władimir Putin, obecne relacje chińsko-południowokoreańskie nabierały po raz kolejny namacalnych kształtów. Prezydent Xi spotkał się z panią Park już po raz szósty od momentu objęcia urzędu w 2013 roku. Kim Dzong Un z kolei nie zdobył się do tej pory na spotkanie z chińskim przywódcą. O relacjach Północy z Pekinem mówiono kiedyś, jeszcze za czasów poprzedniego Kim, Kim Dzong Ila, że stanowią relacje tak bliskie jak usta i zęby. Jednak taka przyjaźń może być iluzoryczna i ulotna, ponieważ zgodnie z innym powiedzeniem "gdy nie ma ust, zęby marzną".

Południe od lat opracowuje plany na wypadek ewentualnego zjednoczenia. Jest do tego powołane osobne ministerstwo oraz instytut. Mimo iż Pjongjang ma osobną reprezentację na scenie miedzynarodowej i stanowi odrębne państwo, dla Seulu to nie kwestia dla MSZ. Sprawy półwyspu traktowane są jako kwestie wewnętrzne. Wciąż nie ustaje nadzieja, że podział jest jedynie stanem przejściowym.

Zjednoczenie Korei będzie z pewnością kosztowne, ale nikt - pomimo lat pracy nad budżetem - nie jest gotów podać jednoznacznych liczb. Trudno nawet oszacować rząd wielkości. Różnice poziomu życia są ogromne, Północ i Południe dzieli ekonomiczna przepaść. Pozostają do rozwiązania kwestie własności gruntów, które być może nie są kluczowe, gdy na co dzień po obu stronach 38. równoleznika żyją rozdzielone reżimem rodziny, jednak dokumenty zostały bezpowrotnie utracone w koreańskiej wojnie. Podobnie jak nie da się przywrócić życia ponad 4 mln ofiar konfliktu z lat 50. ubiegłego wieku.

Między państwami znajduje się także pas tzw. strefy zdemilitaryzowanej (DMZ - Demilitarized Zone), długi na 28,5, szeroki na 4 km. Znajduje się na nim ponad 2 mln min, które skutecznie powstrzymują jakikolwiek ruch na masową skalę. Co jakiś czas następuje przypadkowa detonacja, gdy na ładunek trafia większe zwierzątko. DMZ może kojarzyć się z ogromnym rezerwatem pełnym rzadkich gatunków i dzikiej roślinności, jednak to miejsce może zafundować wizytującym prawdziwe piekło. Przykład Północy pokazuje, że droga z raju do piekła jest czasem krótsza niż może się wydawać. Pjongjang wciąż nazywa swój kraj komunistycznym rajem, z którego nikt nie chciałby nawet na chwilę wyjechać, bo reszta świata nie dorasta mu do pięt. Raj w takim wykonaniu jest jednak dystopią i ogromnym więzieniem.

Wzdłuż autostrady, po lewej stronie jadąc z Seulu na granicę, znajduje się masywne ogrodzenie z drutu kolczastego. Jedziemy nad rzeką Imjin, która płynie także z Północy. Może się zdarzyć, że nastąpi atak albo że ktoś będzie chciał się przedrzeć na Południe na tym odcinku.

Amerykanie twierdzą, że nie przeszkadza im ostatnie zblizenie Seulu z Pekinem. Cieszą się nawet z niego, ponieważ wiedzą, że może to umocnić stabilizację w regionie. Być może na zbliżające się święto Północy, Pjongjang szykuje czwartą próbę nuklearną. Tego na razie nie wie nikt, być może nawet sam Kim Dzong Un.

Przedstawiciele Instytutu Zjednoczenia Korei nie chcą nazywać Una szaleńcem. Według nich jego działania są bardzo racjonalne, reżim nie chce oddać władzy i za wszelką cenę przywlaszcza sobie tyle pomocy ekonomicznej, ile tylko zdoła. Jednak powrót do tzw, sunshine policy nie jest już możliwy. Traktowanie Korei Północnej na sposób pobłażliwy wybaczając im każdą prowokację na poczet oczekiwanego zjednoczenia i udzielanie sporego wsparcia finansowego, które prowadził jeden z poprzednich prezydentów Południa, Kim Dae-jung, nie wchodzi juz w grę.

Mieszkańcy miejscowości znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie strefy DMZ otrzymują od państwa dofinansowanie do prowadzonych gospodarstw, ich dzieci także mogą liczyć na wsparcie studiów. Seul chce, by otoczenie granicy przypominało możliwie normalny świat. Do dyspozycji są schrony zdolne pomieścić około 300 osób każdy. To jedno przestronne pomieszczenie z wydzielonym pokoikiem na toaletę i zlewem ulokowanym pod jedną ze ścian. Na wypadek ataku, ostrzału czy nawet inwazji na szukających schronienia czekają maski przeciwgazowe, środki higieny oraz prowiant na jedną dobę. Potem trzeba szukać kolejnego schronu.

Południe przygotowane jest na każdą okoliczność, także tę najbardziej wytęsknioną, ale wciąż najmniej prawdopodobną. Stacja kolejowa bezpośrednio przy DMZ jest w stanie obsłużyć 200 pociągów w ciagu 50 minut. Zjednoczenie może nadejść nagle i jedno jest pewne - będzie wymagało wiele wysiłku i energii.

Na tę pozytywną można liczyć w każdej sytuacji ze strony południowokoreańskich żołnierzy. To w większości młodzi mężczyźni, którzy mają obowiązek odsluzyc 18 miesięcy w wojsku. Z prawdziwą pasją i zaangażowaniem wypełniają swoje obowiązki zdając sobie sprawę, że w każdej chwili, nawet gdy panuje spokój, mogą sami stać się ofiarami reżimu. Tak jak ich dwaj koledzy okaleczeni przez miny na początku sierpnia br.

Graniczna strefa ma według nich trwać na zawsze, a zastąpić może ją tylko zjednoczone państwo. Oswojeniu trudnej rzeczywistości 38. równoleżnika mają pomóc turysci, którzy zwiedzają punkt obserwacyjny oraz tzw. tunel nr 3. To jeden z czterech odkrytych, a prawdopodobnie setek istniejących podkopow, którymi Północna Korea chciała przeprowadzić inwazję. O istnieniu nr. 3 poinformował południowe władze uciekinier, który przedostał się przez granicę 5 wrzesnia 1974 roku. Wskazał przybliżoną lokalizację tunelu, którą następnie doprecyzowano dzięki konkretnemu układowi drzew opisywanych przez uciekiniera. Przeprowadzono 107 odwiertów wprowadzając do ziemi rury z tworzywa sztucznego o średnicy 7,5 cm. Nakłuwano nimi grunt co 2 metry, następnie wpuszczono w nie wodę. Przewidywano, że gdy nastąpi eksplozja podczas dalszych prac przy podkopie, woda wystrzeli w górę po południowej stronie. Tak też stało się po 3 latach.

Doprecyzowano dokładną lokalizację tunelu dzięki kolejnym pięciu szerszym odwiertom i tak oto oczom żołnierzy ukazała się konstrukcja wchodząca na 435 metrów za linię demarkacyjną.

Tunel łącznie mierzy co najmniej 1635 metrów. Do zwiedzania dostępny jest fragment 265 metrów, którzy pokonuje się w kaskach. Przydają się, ponieważ bardzo łatwo zawadzić głową o rusztowanie zabezpieczające przejście. Ten fragment tunelu jest oryginalny, na jego ścianach znajdują się dziury po ładunkach wybuchowych, na niektórych częściach skał widać jeszcze czarna farbę, przy pomocy której Północ chciała udawać, że tunel to jedynie część kopalni węgla. Prosta analiza geologiczna wskazywała jednak, że w okolicy nie ma nawet odrobiny węgla, a jedynie sam granit. Na końcu korytarza pokonywanego ze schylonymi plecami znajduje się pierwsza z trzech betonowych przegród. To nie żarty. Jeżeli taki tunel wykopano, kto wie, czy nie powstanie plan wykorzystania go w przyszłości. Ściana przy turystach oraz kolejna liczą po metrze grubości, ostatnia, a zarazem pierwsza od strony wroga to już 5 metrów betonu. Łącznie ten odcinek zajmuje 170 metrów.

Północ przeprowadziła podkop z rozmysłem. Nachylenie wynosiło 3 stopnie, ale spadek był na stronę kopiących, żeby za granicą nie zorientowano się, że coś się pod ziemią dzieje. Obecnie, żeby dostać się do tunelu (73 metrów pod powierzchnią), należy zejść łącznikiem wykopanym na potrzeby zwiedzających. Mierzy pn 358 metrów i opada z nachyleniem 14 stopni. Południe podejrzewa, że takich konstrukcji, jest o wiele więcej, jednak wciąż trudno je wykryć. Na pewno łatwiej byłoby dostrzec nowa aktywność wydobywczą po drugiej stronie, w latach 70. ubiegłego wieku Seul nie dysponował jeszcze wystarczająco zaawansowaną technologią, by móc szybko rozpracowywać Pjongjang. Od czasów rozejmu kończącego wojnę koreańską mijało wówczas dopiero 20 lat.

Tunel dziś wygląda jak filmowa dekoracja, jednak miało nim przechodzić nawet 30 tys. żołnierzy wyposażonych w sprzęt artyleryjski na godzinę. Seul znajduje się niewiele ponad 40 km od granicy. W każdej chwili mogła grozić mu inwazja. Wjeżdżając po wizycie w Imjingak do Seulu można przestraszyć się zdalnie sterowanego samolocie, który krąży niedaleko ulicy. W pierwszej kolejności kojarzy się z dronem z Północy. Na pewno wynurzył się z tunelu, przepłynął rzeką Imjin, skręcił w przepływającą przez stolicę Han i wreszcie przedarł się przez zasieki! Potem dopiero dociera do nas, że to jedynie zabawka, a obok znajduje się plac zabaw. Z pozoru trudno zachować nerwy i zdrowy rozsądek w miejscu, które nieprzewidywalny dyktator może w każdej chwili obrócić w ruinę. Co przyniesie przyszłość, nie wiadomo, ale Południe nie traci nadziei i wciąż wierzy w happy end.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA