fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Maciejewski: Bratankowie dalszego stopnia

PAP/Abaca
Nie ma co nad Węgrami się wywyższać, trzeba spróbować ich zrozumieć. I na nowo zdefiniować nasze pokrewieństwo.

Tak jak przyjęcie przez Viktora Orbána szczepionki wyprodukowanej przez chińskie konsorcjum nie było aktem medycznym, tak samo planowane – a już teraz wywołujące na Węgrzech polityczne trzęsienie ziemi – otwarcie filii chińskiego uniwersytetu w Budapeszcie niewiele ma wspólnego z edukacją wyższą. W jednym i drugim przypadku chodzi wyłącznie o politykę. Straszny banał, nawet jako punkt wyjścia. Ale też fakt, o którym zarówno zdeklarowani wielbiciele, jak i wrogowie węgierskiego premiera zwykli zapominać.

Orbán jest politykiem, któremu udało się największym atutem swojego kraju uczynić jego dotychczas najsłabszą stronę. Węgierską obcość. Samotność, która zaczyna się od języka, trwa w geografii, a kończy się na polityce. Często podkreśla on, że Węgrzy do Europy przybyli, nie są stąd. Nie mówi o nawróceniu się swojego narodu na chrześcijaństwo, raczej już podkreśla, że wiara ta została im zaszczepiona. Nie da się zrozumieć polityki Viktora Orbána bez tego właśnie dystansu wobec kontynentu. Kompleksu, z którego uczynił on kartę atutową i zaczął ją rozgrywać – najpierw w relacjach z Rosją, a od pewnego czasu – również z Chinami.

Uznanie dla węgierskiego premiera warto jest uzupełniać ostrożnością z jeszcze jednego powodu. Jak wiele sympatii panowałoby między naszymi narodami, trzeba pamiętać, że w kluczowym momencie XX wieku dokonaliśmy radykalnie różnych wyborów. Kiedy my mieliśmy Józefa Becka i Armię Krajową, nasi bratankowie wylegitymowali się przed historią Miklósem Horthym i strzałokrzyżowcami. Bo może i węgierski regent był politykiem o kilka klas lepszym od polskiego ministra spraw zagranicznych, ale istota sprawy tkwi w hierarchiach wartości, jakimi się kierowali. Zupełnie różnych wartości. A to właśnie chwile tragicznych decyzji bywają najlepszym testem dla tożsamości podejmujących je narodów.

Nie ma co nad Węgrami się wywyższać, trzeba spróbować ich zrozumieć. I na nowo zdefiniować nasze pokrewieństwo. A do Viktora Orbána podchodzić z użyciem jego ulubionych narzędzi – dystansem i odrobiną poczucia obcości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA