fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Mariusz Cieślik: Hitler i gang Olsena

materiały prasowe
A co by było, gdyby niemiecki ambasador w Polsce nosił wąsik a la Hitler?

Takie retoryczne pytanie postawił zaprzyjaźniony satyryk, usłyszawszy o aferze w Korei Południowej wywołanej przez zarost amerykańskiego ambasadora. Chodzi o to, że przedstawiciel rządu USA jest w połowie Japończykiem i z wąsem wygląda jak gubernator cesarstwa z czasów okrutnej wieloletniej okupacji Korei. Te słowa przypomniały mi się a propos filmu „Jojo Rabbit”. To największa oscarowa niespodzianka tego roku (aż sześć nominacji).

Komedia Nowozelandczyka Taiki Waititiego nie jest wybitna i nie zmieni losów światowej kinematografii. Ale jej zaskakujący sukces daje do myślenia.

Nie od dziś wiemy, że wszystko, co ozdobione hitlerowskim wąsikiem, może liczyć na ponadprzeciętne zainteresowanie publiczności. Daleko nie szukając, wystarczy się przyjrzeć reakcjom na żenującą adaptację „Mein Kampf” w warszawskim Teatrze Powszechnym. Co akurat powinno dać do myślenia wszystkim, którzy obserwują życie kulturalne. To w końcu ten sam teatr, w którym profanowano krzyż i postać św. Jana Pawła II. Nikomu tam nie chodzi o sztukę. Tam się mówi dużymi literami, żeby obrazić i sprowokować. I stąd właśnie Hitler.

Ale przecież był Hitler również w „Bękartach wojny” Quentina Tarantino i w wielkim niemieckim hicie wydawniczym „On wrócił” Timura Vermeesa (który odniósł też sukces w wersji filmowej), a także w „Iron Sky” i w grach komputerowych z „Wolfensteinem” na czele.

W żadnym z tych przypadków, łącznie z „Jojo Rabbitem”, nie było wystarczających powodów, by tej postaci użyć. Powie ktoś, że nie kwestionujemy sensu i znaczenia „Dyktatora” Chaplina. Owszem, ale ten film powstał, zanim świat poznał skalę zbrodni Hitlera. Dziś wiemy wszystko o milionach ofiar, o Holokauście, zniszczeniu materialnym i moralnym, jakie przyniosła wojna. A w zasadzie powinniśmy wiedzieć, bo powszechny poziom wiedzy stale się obniża i elementarna znajomość historii to dziś w zasadzie luksus dla elity. Dlatego trzeba mieć naprawdę dobry powód, żeby śmiać się z Hitlera. Inaczej uczestniczy się w banalizacji absolutnego zła i w jakimś sensie deprecjonuje pamięć ofiar.

Młyny popkultury mielą wytrwale i są nieubłagane. Jak tak dalej pójdzie, Hitler okaże się, tak jak w filmie „Jojo Rabbit”, sympatycznym fajtłapą, niczym nieróżniącym się na przykład od członków gangu Olsena.

Autor jest publicystą Programu Trzeciego Polskiego Radia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA