I jest w tych słowach wszystko, co dla pisania Głowy, bo tak powszechnie nazywano Janusza Głowackiego, charakterystyczne. Błyskotliwa inteligencja, dowcip, zmysł paradoksu.

Nie jestem w tej sprawie obiektywny, bo samego Głowę i jego pisanie bardzo lubiłem, a o tej książce opowiadał mi jakieś dwa i pół roku temu. Czyli rok przed swoją niespodziewaną śmiercią. Oczywiście każda śmierć jest w jakimś stopniu niespodziewana, ale Głowacki, nawet zbliżając się do osiemdziesiątki, wciąż promieniował młodzieńczą energią. Czytam dziś zatem wspomnieniową „Bezsenność w czasie karnawału”, zastanawiając się, co tu jest prawdą, co zmyśleniem, a co prawdziwym zmyśleniem, jak mawiał Marek Hłasko (bardzo bliski Głowackiemu).

Jak wszystkie teksty Janusza rzecz jest świetnie napisana, bo chyba nikt tak jak on nie potrafił w Polsce opowiadać anegdot. Jesteśmy zatem w Nowym Jorku, Warszawie, Kijowie, Stambule. Spotykamy dawnych znajomych autora (Iredyńskiego, Brychta, Himilsbacha), a także pewną Nataszę, która pisała tak niewyraźnie, że przez to musiał się z nią rozstać. Bo zamiast „Zatrzaśnij drzwi twoja na zawsze” przeczytał „Zatrzaśnij drzwi na zawsze”. To pisanie o starych dobrych czasach ma mnóstwo wdzięku, gorzej, gdy Głowacki opisuje współczesność, którą postrzega poprzez propagandowe stereotypy.

Ale nie to nie daje mi spokoju podczas lektury, tylko wrażenie, że po wielu latach zasłaniania się tu pisarz parę razy się odsłonił. Jakby czując zbliżającą się śmierć, postanowił z niej w swoim stylu zakpić. Jak to było w starym dowcipie? „Głowa do góry” – powiedział kat do skazańca pod szubienicą. Janusz Głowacki miał wszystko, żeby osiągnąć pisarską wielkość, a jednak zatrzymał się na granicy wybitności. Właśnie dlatego, że wciąż przybierał maski i bronił się przed szczerością. W literaturze wielkość osiągają tylko ci, którzy mają odwagę się obnażyć i stanąć nago przed czytelnikiem.

Autor jest zastępcą dyrektora Programu III Polskiego Radia