fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Paweł Kowal: Sędziowie nie są politycznymi komentatorami

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Ludzie na przystanku powtarzają stare teksty. Pada hasło: „Proszę się rozejść”. W odpowiedzi słychać: „Jak to się rozejść? Ja tu sama stoję”. I śmichy-chichy.

A na poważnie? W czasach niespokojnych, takich, jakie mamy dziś, ludzie patrzą na sąd. A najbardziej na Sąd Najwyższy. Ton opinii SN z 30 listopada dotyczącej projektu zmian w ustawie o zgromadzeniach był błędem tego organu. Paradoksalnie przydałby się Sądowi Najwyższemu doradca polityczny, tylko po to, by pokazywać polityczne skutki sądowej eseistyki.

Obywatele mają prawo usłyszeć od SN, które przepisy są wątpliwe, które potencjalnie niezgodne z konstytucją, które nie odpowiadają standardom międzynarodowym i jakim. Jeśli zaraz musi to być przyprawione potokiem skojarzeń redaktora opinii sądowej, to para  idzie w gwizdek – a w świat płynie sygnał, że Sąd Najwyższy wchodzi w polemiki z większością rządową.

Ktoś powie, że to tylko percepcja – ale właśnie ona ma największe znaczenie w publicznym odbiorze. Jeśli nie doradca polityczny, to przynajmniej medialny przydałby się Sądowi Najwyższemu. To złudzenie, że jeśli powiemy więcej, to ludzie więcej usłyszą – czasami wystarczy mniej, by przekaz był jaśniejszy.

Nie pierwszy raz brakuje u nas tego konkretu i jasnego przekazu w ustach sędziów oraz poczucia, że sąd jest ponad wszelkie, nawet najsłuszniejsze, racje w sporach, że po prostu odnosi się do rzeczy i w krótkich żołnierskich słowach mówi, jak jest. Właśnie dla dobra społecznego, jakie stanowi autorytet sądu, ludzie mają prawo nie wiedzieć, co się sędziom kojarzy z autorytaryzmem. Porównania historyczne, skojarzenia z minionymi systemami politycznymi najlepiej zostawić politologom i historykom lub przynajmniej – jeśli sędziowie już koniecznie chcą odbierać chleb komentatorom – formułować je w studiu telewizyjnym, bez sądowej pieczęci.

Nie ma sensu przekonywanie przez przedstawicieli władzy, że nowy projekt rozszerza prawo o zgromadzeniach. W oczywisty sposób jest inaczej. Lepiej jasno powiedzieć, jakie intencje stoją za projektem – zaryzykować, ludzie to kupią albo nie, ale przynajmniej oszczędzi się narodowi przewrotnej argumentacji. Mówienie, że pies to kot, nawet czasem w przypadku części polityków wypada efektownie, ale zawsze pozostawia gdzieś w tyle głowy osad nieszczerości.

A najlepiej, także dla samej władzy, dać sobie spokój ze zmianami, które nie są nikomu potrzebne, a tym bardziej konieczne. Mogą one bowiem być użyte i przeciw dzisiejszym rządzącym. Dodają argumentów krytykom Polski i rozpraszają uwagę rządu, który ma kilka poważnych kłopotów, jak służba zdrowia, sytuacja w Unii Europejskiej czy budżet.

A tymczasem ludzie na przystanku mają temat do żartów.

Autor jest historykiem i publicystą. Był posłem i europosłem, a w latach 2006–2007 wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA