fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Nauczyciele bezsilni: nie obronimy uczniów

Adobe Stock
– Nie zdążyłam cię uratować – mówiła podczas pogrzebu matka zasztyletowanego nastolatka. Pedagodzy: my też nie mamy jak zapewnić bezpieczeństwa w szkole.

We czwartek na Muzułmańskim Cmentarzu Tatarskim odbyły się uroczystości pogrzebowe 16-letniego Kuby. Chłopiec zginął od ciosów nożem zadanych mu przez szkolnego kolegę Emila B. Od ubiegłego piątku (wtedy doszło do ataku) stołeczna policja zatrzymała pięć osób.

Z polecenia Ministerstwa Edukacji Narodowej w szkołach w całym kraju zostaną zorganizowane specjalne rady pedagogiczne i spotkania z rodzicami poświęcone bezpieczeństwu w szkołach. Wychowawcy klas zostali zobowiązani do przeprowadzenia godzin wychowawczych dotyczących agresji. Pojawią się też specjalne skrzynki, za pomocą których, anonimowo, będzie można zgłaszać zagrożenia.

Naiwnością byłaby jednak wiara w to, że takie działania poprawią bezpieczeństwo w szkołach. Podobnie jak nie przyczyniła się do tego likwidacja gimnazjów.

Nauczyciele, z którymi nieoficjalnie rozmawiała „Rzeczpospolita", mówią wprost, że nie mają żadnych narzędzi, by takim sytuacjom zapobiec. Pracownicy szkół to w 82 proc. kobiety, więc fizycznie zwykle nie są w stanie stawić czoła napastnikowi. W zasadzie jedyną „bronią", którą dysponują, jest możliwość zwrócenia uwagi agresywnemu uczniowi. Nie wolno im także przeszukiwać plecaków, mogą jedynie poprosić, by oddał nóż czy inne ostre narzędzie, które przyniósł do szkoły.

Szkoła może skierować go do poradni pedagogiczno-psychologicznej, ale rodzice nie muszą się do tego zalecenia zastosować ani dostarczać do szkoły orzeczenia. Nie tak łatwo usunąć dziecko z placówki z uwagi na obowiązek szkolny i rejonizację. By to zrobić, trzeba zwrócić się do kuratorium, co automatycznie wiąże się z kontrolą w szkole. Trzeba sprawdzić, dlaczego szkoła nie potrafiła sobie poradzić z problemem agre- sywnego ucznia, i przejrzeć wszystkie dokumenty zgromadzone w tej sprawie.

Najłatwiej i najbezpieczniej z punktu widzenia szkoły jest zapewnić takiemu uczniowi indywidualny tok nauki, ale to nie jest równoznaczne z zakazem wstępu do szkoły (Emil B. taki tok nauki miał).

Jedyne, co może zrobić nauczyciel, to przy każdym potencjalnie niebezpiecznym dla innych uczniów zachowaniu wzywać policję, licząc na to, że kolejna interwencja będzie przybliżała możliwość ingerencji sądu i w konsekwencji skierowanie trudnego ucznia do specjalnego ośrodka dla agresywnej czy zdemoralizowanej młodzieży. Pytanie tylko, czy policja będzie chciała ingerować w sprawy między dziećmi, a dyrekcja szkoły spojrzy na takie działanie życzliwym okiem (im więcej interwencji, tym gorzej dla marki szkoły), i jak często musi dochodzić do interwencji, by uznano, że trzeba położyć temu kres.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA