fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Białoruś liczy na bratnią pomoc z Rosji

Rakiety Iskander-M mają zasięg nawet 500 kilometrów.
AdobeStock
Aleksander Łukaszenko liczy na rosyjskie dostawy broni w ramach sojuszu. Moskwa: nic za darmo.

Rządzący od prawie ćwierćwiecza prezydent Białorusi poruszył temat współpracy militarnej z Rosją w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB). Stwierdził, że państwa członkowskie układu (Armenia, Kazachstan, Kirgizja, Tadżykistan, Białoruś i Rosja) samodzielnie modernizują własne armie i zasugerował, że wsparcie Moskwy nie jest wystarczające. – Rosja mogłaby odgrywać ważną rolę w procesie modernizacji sił zbrojnych państw ODKB. Należy zrozumieć, że Białoruś jest główną awangardą, w tym również Federacji Rosyjskiej, na zachodnim kierunku. To dzisiaj najniebezpieczniejszy kierunek – mówił. W Mińsku twierdzą, że Łukaszenko liczy na dostawy najnowszego rosyjskiego uzbrojenia, na które Białorusi nie stać. Kreml się nie spieszy, by udzielać nieodpłatnej pomocy Białorusi się, ponieważ wielokrotnie już zawiódł się na Łukaszence.

Za mało lojalności

Cytowany przez lokalne media znany białoruski analityk wojskowy Aleksandr Alesin twierdzi, że w pierwszej kolejności władzom w Mińsku zależy na systemach rakietowych Iskander i najnowszych systemach obrony przeciwlotniczej S-400. Przypomina, że Rosja podpisała kontrakt na dostawę czterech systemów S-400 do Turcji, za które Ankara musi zapłacić 2,5 mld dolarów. Tymczasem cały roczny budżet wojskowy Białorusi wynosi równowartość 500–700 mln dolarów. – Białoruska armia znajduje się w stanie degradacji, ponieważ na swoim wyposażeniu ma przestarzałe radzieckie uzbrojenie. Mińsk nie ma środków na modernizację, a Rosja za darmo nic nie daje – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksandr Klaskouski, znany białoruski politolog. – W ubiegłym roku Białoruś podpisała umowę na zakup najnowszych rosyjskich myśliwców wielozadaniowych Su-30. Mimo że jest wojskowym sojusznikiem Rosji, za każdy samolot będzie musiała zapłacić ok. 50 mln dolarów – dodaje.

Łukaszenko mógłby mieć rosyjskie myśliwce za darmo gdyby w 2015 roku zgodził się na propozycję Moskwy w sprawie utworzenia na Białorusi rosyjskiej bazy lotniczej. Ale wtedy stwierdził, że nie potrzebuje bazy, a jedynie samoloty. – Pilotów mamy własnych – mówił. Na dostawę myśliwców Rosja się zgodziła, ale wystawiła rachunek. – W Rosji nikt już Łukaszence nie ufa. Mówi o niebezpieczeństwie ze strony NATO, ale rosyjskiej bazy nie chce. Nie bez znaczenia pozostaje też jego przyjaźń z Ukrainą. Sprzedaje ukraińskim siłom zbrojnym paliwo, a nawet remontuje ich sprzęt – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Andriej Suzdalcew, politolog z prestiżowej moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomii.

– Białoruś nie jest żadną awangardą Rosji na zachodnim kierunku. Jest nim obwód kaliningradzki (niedawno Moskwa rozmieściła tam Iskandery – red.), który w swoim zasięgu ma centrum Europy. To Rosja osłania Białoruś, a nie odwrotnie – twierdzi.

Strefa wpływu Rosji

W Moskwie pamiętają, że uważany za najbliższego sojusznika Rosji Aleksander Łukaszenko w 2008 roku nie uznał niepodległości oderwanych od Gruzji Abchazji i Osetii Południowej. Nie poparł również aneksji Krymu i nie dołączył do rosyjskiego frontu w konfrontacji z Zachodem. Od kilku lat białoruskie władze próbują ocieplić relacje z Unią Europejską oraz dążą do całkowitego wznowienia stosunków dyplomatycznych z USA (w 2008 roku Białoruś odwołała swojego ambasadora z Waszyngtonu, wtedy Mińsk opuścił też ambasador USA).

We wtorek dyrektor Wywiadu Narodowego USA Dan Coats stwierdził, że Łukaszenko ociepla relacje z Zachodem, by powstrzymywać wpływy Rosji na Białoruś. Jak twierdzi, Moskwa robi wszystko, by nie dopuścić do ocieplenia tych relacji, ponieważ „uważa Białoruś za strefę buforową pomiędzy NATO a Rosją".

– Łukaszenko rozumie, że w razie sytuacji kryzysowej na Zachód nie pojedzie. On świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że Rosja jest jego zapleczem, w sensie politycznym i gospodarczym. Moskwa jest zainteresowana tym, by na Białorusi była stabilna sytuacja polityczna, ale również zależy jej na tym, by Białoruś za daleko nie odpłynęła – mówi „Rzeczpospolitej" płk Igor Korotczenko, redaktor naczelny czasopisma „Nacjonalna Oborona", bliskiego władzom Rosji.

Łukaszenko zwraca się do Kremla z prośbą o wsparcie w okresie trwającej w Rosji kampanii wyborczej. – Wykorzystuje okazję, by przypomnieć o sobie w momencie, gdy Putin nie będzie chciał się kłócić z sojusznikiem – uważa Klaskouski. Ale Moskwa tę prośbę zignorowała.

– Darmowych dostaw broni nie będzie. Białoruś dostawałaby wszystko za darmo, gdyby była częścią Federacji Rosyjskiej. Ale Białoruś jest suwerennym krajem, dlatego albo płać, albo dawaj coś w zamian – twierdzi Korotczenko.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA