fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

MSZ Brazylii: Podziwiamy Polskę, jak dba o własne interesy

Minister Ernesto Araujo
AFP
Nadszedł czas, by na nowo podejść do starych problemów międzynarodowych – mówi Ernesto Araujo, minister spraw zagranicznych Brazylii

Jest pan jedynym ministrem spraw zagranicznych z Ameryki Łacińskiej, który przyjechał na konferencję bliskowschodnią do Warszawy. Skąd ta decyzja?

Bo uważamy, że przyszedł czas na nowe podejście do rozwiązywania dawno nabrzmiałych problemów międzynarodowych, i to nie tylko na Bliskim Wschodzie. Brazylijczycy czują bliską więź z Izraelem, krajem Ziemi Świętej, ale także dynamicznej demokracji i nowoczesnych technologii. Stosunki z tym krajem długo były przez poprzednie władze brazylijskie lekceważone. Ale to nowe podejście chcemy też odnieść do niektórych krajów europejskich.

Których?

Przed wylotem z Brasilii do Warszawy rozmawiałem z prezydentem Bolsonaro. Mówił o swoim podziwie dla Polski jako kraju, który pierwszy obalił komunizm, który od wieków kultywuje ducha walki, niezależności, przywiązania do tradycyjnych wartości, wiary, tożsamości narodowej. Kraju, który i dziś potrafi oprzeć się politycznej poprawności, dogmatom Unii Europejskiej i bronić własnych interesów, zamiast wyłącznie naśladować polecenia organizacji międzynarodowych. Podziwiamy także dynamizm gospodarczy Polski. Jair Bolsonaro spotkał się niedawno z prezydentem Dudą w Davos, ale chce przyjechać do Polski albo w tym, albo na początku przyszłego roku. Ja będę w Warszawie z wizytą pod koniec lutego. Chcemy także rozwijać bliskie stosunki z pozostałymi krajami wyszehradzkimi i Włochami.

Mówimy jednak o konferencji, której głównym organizatorem są Stany Zjednoczone. Czy pana obecność to sygnał zwrotu brazylijskiej polityki zagranicznej ku Ameryce?

Stosunki z USA niestety także były lekceważone przez poprzednie rządy Brazylii. A przecież dzięki amerykańskim inwestycjom nasz kraj może zbudować o wiele nowocześniejszą gospodarkę. Potrzebujemy silniejszego partnerstwa z USA w dziedzinie obrony, walki ze zorganizowaną przestępczością, gangami narkotykowymi. Ameryka ma środki techniczne dla zwalczania tych zjawisk, którymi my nie dysponujemy.

Waszyngton chce jednak budować globalną koalicję przeciw rosnącym wpływom Chin, kluczowego partnera gospodarczego Brazylii...

Współpraca z Chinami opiera się na eksporcie surowców, prostych technologiach. To nie wystarczy, aby zapewnić rozwój kraju. Uzależnienie od Chin jest wręcz niebezpieczne, to kraj, który chce przejmować kontrolę nad surowcami w innych państwach. Dlatego konieczna jest dywersyfikacja. Stawką jest suwerenność Brazylii.

Brazylia zgodzi się na powstanie na swoim terytorium amerykańskiej bazy wojskowej?

To była tylko idea rzucona przez prezydenta Bolsonaro w jednym z wywiadów prasowych, przykład współpracy, która jednak nie musi być wprowadzany w życie.

Nie obawia się pan, że stając po stronie Izraela narazi pan na szwank brazylijski eksport mięsa halal do krajów arabskich?

Nie mam takich obaw. Możemy jednocześnie być bliżej i Izraela, i krajów arabskich. Głęboko wierzę, że jedno nie wyklucza drugiego.

Brazylia tradycyjnie powstrzymywała się od interwencji w innych krajach. A jednak błyskawicznie uznała władzę prezydencką Juana Guaido w Wenezueli. To cześć strategii zbliżenia z Ameryką i to skłoniło pana do przyjazdu do Warszawy?

Zdecydowaliśmy się na taki krok, bo uważamy, że nawet w świetle wenezuelskiej, boliwariańskiej konstytucji Zgromadzenie Narodowe ma pełną legitymizację. Konsultowaliśmy się w tej sprawie z wenezuelskim Sądem Najwyższym. Wreszcie naród wenezuelski, ludzie, którzy nieraz głodują, widzą teraz światełko w tunelu. Ale Wenezuela stanowi też zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa z uwagi na przemyt broni, narkotyków, działalność radykalnych organizacji.

Jeśli Wenezuela stanie na skraju wojny domowej, Brazylia będzie interweniować?

Nie. Nie wierzymy w wojskowe interwencje. Rozwiązanie kryzysu musi zostać znalezione przez samych Wenezuelczyków.

Wspominał pan o zachwycie Jaira Bolsonaro dla polskiego dążenia do wolności, ale prezydent nieraz wyrażał podziw dla wojskowej dyktatury, która trwała w Brazylii do 1985 r. Jak to pogodzić?

Wojskowi przejęli władzę w 1964 r. aby powstrzymać eksperyment, który miał przekształcić Brazylię w nową Kubę. Chodziło o uratowanie wolnego rynku. Dziś, gdy nie ma już ZSRR, łatwo to krytykować. Zgoda: wielu Brazylijczyków uważa, że wojskowi przesadzili, że powinni szybciej odbudować demokratyczne instytucje. Ale też proces oddania władzy przebiegł bardzo spokojnie, a dziś armia znów ma wielki prestiż, bo potrafi skutecznie przeciwstawić się korupcji i przemocy – dwóm najpoważniejszym problemom współczesnej Brazylii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA