fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Cannes

Cannes: Kobiety za kamerą

Celine Sciamma
AFP
Festiwal canneński od lat oskarżany jest o lekceważenie kobiet-reżyserek. Wystarczy przypomnieć, że w ponad siedemdziesięcioletniej historii tej imprezy raz tylko Złotą Palmę odebrała kobieta – Jane Campion za „Fortepian, zresztą ex aequo z Chenem Kaige, który w tamtym, 1993 roku zachwycił filmem „Żegnaj moja konkubino”. Bardzo rzadko też filmy kobiet trafiają do głównego konkursu.

— Zawsze powtarzam to samo: Cannes, podobnie jak inne festiwale, to ostatni etap podróży – broni się dyrektor artystyczny Thierry Fremaux. – Ta podróż zaczyna się w szkołach filmowych. Jeśli będzie więcej kobiet w przemyśle filmowym, to będzie też więcej kobiet na festiwalach. Na naszym tegorocznym plakacie jest Agnes Varda. Ale ona była jedyną kobietą wśród bardzo wielu reżyserów Nowej Fali. Dzisiaj za kamerą staje znacznie więcej kobiet, więc jest ich też więcej w Cannes. Ale zasada zawsze będzie taka sama dla kobiet i mężczyzn, dla młodych i starszych, dla Europejczyków i Azjatów: wybieramy i będziemy wybierać filmy, które naszym zdaniem zasługują na to, by zostały pokazane w konkursie.

Trudno się z  Fremaux nie zgodzić, choć na przykład na festiwalu berlińskim dokładnie w tym samym czasie reprezentacja kobiet zawsze była i nadal jest znacznie wyższa. Ostatnio zresztą wszystkie festiwale, łącznie z canneńskim, podpisały zobowiązania, że będą dążyły do równiej reprezentacji dzieł kobiet i mężczyzn w 2020 roku. I znów: Thierry Fremau twierdzi, że taka równość będzie naprawdę możliwa nie w roku 2020, lecz dopiero za kilka lat. 

Już jednak dzisiaj widać pewien postęp: w głównym konkursie canneńskim na 21 filmów cztery zrealizowały kobiety. Kolejnych 13 tytułów znalazło się w programie oficjalnym festiwalu, który obejmuje sekcję Pewne spojrzenie, konkurs filmów krótkich i studenckie Cinefondation. 

Na razie najsilniej zmianę czuje się, zdaniem Fremaux, w krajach afrykańskich, gdzie rodzi się bardzo silna artystyczna reprezentacja kobiet-reżyserek. 

W tym roku do konkursu trafił ciekawy senegalski obraz Mati Diop „Atlantique”. Opowieść o niespełnionej miłości, o dziewczynie, która tuż przed ślubem z odpowiednio zamożnym kandydatem, wraca do dawnej, prawdziwej miłości. Ale to również opowieść o ludziach, którzy polepszenia życia muszą szukać za tytułowym oceanem i nierzadko płacą za to najwyższą cenę. Diop zrobiła film niepokojący, łącząc konwencję realistyczną z metafizyką, horrorem i zapisem wyobraźni pobudzonej przez tragedię.

Zachwyciła swoim konkursowym filmem Francuzka Celine Sciamma. Jej „Portret młodej kobiety w ogniu” to wycyzelowana artystycznie, przepiękna wizualnie kostiumowa opowieść o dwóch młodych dziewczynach, które zbliżają się do siebie w społeczeństwie, które absolutnie nie jest gotowe, by zaakceptować wolny wybór kobiet. Rzecz dzieje się w Bretanii, w drugiej połowie XVIII wieku. Bohaterka, Marianne, zostaje zaangażowana do namalowania portretu Heloise, która wkrótce ma wyjść za mąż za Włocha, którego nawet nie zna. Dwie młode kobiety zbliżają się do siebie, rodzi się między nimi uczucie, najpierw delikatne, potem coraz bardziej gwałtowne, pełne namiętności. Ale świat i życie idą własnym torem. Wszystko, co się między nimi wydarzyło, jest skazane na niepowodzenie. Może stać się tylko wspomnieniem, które będą przez lata pielęgnować. 

W zupełnie inne rejony zapuściła się Jessica Hausner, przed laty autorka świetnego „Lourde” o cudzie i potrzebie wiary. Teraz Austriaczka zapuszcza się w rejony całkowicie odmienne – przygląda się światu, w którym można wszystko naukowo modyfikować. Światu, w którym panuje coraz lepiej nam znane dążenie do szczęścia. Alice, bohaterka filmu, w sterylnych warunkach wielkiej korporacji, wyhodowuje zmodyfikowany genetycznie kwiat, którego woń ma czynić ludzi szczęśliwymi. Pierwszy okaz nielegalnie podarowuje synkowi, którego sama wychowuje. Tworzy 

w ten sposób dwa stwory, które zaczynają żyć własnym życiem, wymykając się spod czyjekolwiek kontroli. Nie można bezkarnie manipulować przy ludzkich uczuciach.

A przed nami jeszcze jeden konkursowy obraz zrealizowany przez kobietę-reżyserkę - „Sybil” Justine Triet – historia psychoterapeutki, która wraca do swojej pierwszej wielkiej pasji – chce zostać pisarką. 

Czy któryś z tych filmów przebije się wśród dzieł Almodovara, Loacha, Jarmuscha, Dolana, braci Dardenne, Ladja Ly? Wydaje się, że najpełniejsze, wycyzelowane artystycznie dzieło pokazała Sciamma. Ale ma rację Thierry Fremaux. Płeć reżysera nie powinna być wyznacznikiem w ocenach. Ważne są emocje i idąca za nimi, pasująca do opowieści forma. A konkurencja jest w tym roku ogromna. 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA