Cannes 2018

Cannes 2018: Kino jako kuracja wstrząsowa

AFP
Spike Lee i Lars von Trier swoimi filmami znacznie podwyższyli temperaturę festiwalowego konkursu.

Pojawili się w Cannes po długim okresie nieobecności. I obaj niewiele się zmienili. Przywieźli filmy naznaczone własną osobowością. Lee – gniewem, Trier – lękami i chęcią prowokacji.

Prawie 30 lat temu Spike Lee wyjechał stąd rozczarowany, gdy mimo rewelacyjnego przyjęcia nie dostał Złotej Palmy za „Rób, co należy”. W latach 90. wracał jeszcze na Croisette z „Malarią” i „Morderczym latem”. Dziś ma 61 lat, ale zachował młodzieńczą wściekłość.

Mowa nienawiści

Jego „BlacKkKlansman” oparty jest na pamiętnikach Rona Stallwortha, pierwszego w historii Colorado Springs czarnoskórego policjanta, który w latach 70. przeniknął razem ze swoim białym partnerem do struktur Ku Klux Klanu. Stallworth rozmawiał z przedstawicielami tej organizacji przez telefon, wzbudzając zaufanie jako „prawdziwy patriota walczący o białą Amerykę”.

Z kolei Filip Zimmerman chodził na spotkania. Razem dowiedli rasistowskiego charakteru organizacji, odkryli jej powiązania, uniemożliwili dokonanie krwawego zamachu, w którym miało zginąć dziesiątki Afroamerykanów.

Znakomicie zrealizowany, pełen niewymuszonego humoru „BlacKkKlansman” poraża. To nie jest kino historyczne. „Nienawidzę Murzynów, Żydów, Meksykanów” – mówi na ekranie filmowy Ron Stallworth (grany przez syna Denzela Washingtona, kiedyś wcielającego się u Spike’a Lee w Malcolma X), zdając przez telefon egzamin z patriotyzmu Ku Klux Klanu. Lee portretuje rasizm, ale również zacietrzewienie i mowę nienawiści, zresztą po obu stronach. Bo wykluczeni wstają z kolan. Zradykalizowani.

Podczas konferencji prasowej reżyser zaatakował Donalda Trumpa, który nie zajął stanowiska w sprawie rozruchów w Charlottesville w sierpniu ubiegłego roku, choć zginęły w nich trzy osoby.

– Ten skur... w żaden sposób nie sprzeciwił się wystąpieniom Ku Klux Klanu i nazistów – krzyczał Lee, a mówiąc o „BlacKkKlansmanie”, dodał: – Trzeba tę historię z lat 70. wiązać z dniem dzisiejszym.

Za zgodą matki włączył do filmu autentyczne materiały pokazujące, jak w Charlottesville zginęła jej córka Heather Heyer, gdy samochód wjechał w grupę osób protestujących przeciwko rasistowskiemu wiecowi.

– Musimy się obudzić! Przerwać milczenie! – stwierdził Spike Lee, przypominając, że wzrost nastrojów nacjonalistycznych to problem nie tylko Ameryki, lecz całego dzisiejszego świata.

Anatomia morderstwa

Lee mówi językiem wprost, Lars von Trier pokazuje świat w sobie właściwy sposób. Siedem lat temu zaprezentował w Cannes piękną „Melancholię”, ale po niefortunnych wypowiedziach, w których deklarował empatię wobec siedzącego w bunkrze Hitlera, stał się w Cannes persona non grata. Teraz dyrekcja festiwalu zdjęła z niego ten status i duński twórca wrócił z mocną, artystyczną prowokacją „The House that Jack Built”. Część publiczności po pokazie nie ukrywała obrzydzenia: „chore”, „ohydne”, druga część biła brawo na stojąco.

„The House that Jack Built” to historia seryjnego mordercy z lat 70. opowiadana z jego punktu widzenia. Z dokładnie pokazanymi kolejnymi scenami mordów, strzałami oddawanymi do dzieci, ofiarami ginącymi od uderzenia, uduszenia albo z wykrwawienia po obcięciu obu piersi.

Lars Von Trier nie tworzy jednak na ekranie podręcznika zabijania. Cofa się, próbuje zrozumieć, jak od dzieciństwa rodziła się chora osobowość człowieka, który zaczyna przyjemność i cel życia znajdować w unicestwianiu innych.

Duński reżyser pyta też, jaki wpływ ma na to współczesny świat. Wbudowuje w obraz odniesienia do Hitlera, Mussoliniego, Mao, Stalina, Idi Amina, pokazuje jedyne drzewo, które stało w obozie w Buchenwaldzie. To samo, pod którym półtora wieku wcześniej strofy przepełnione duchem humanizmu pisał Goethe.

Na Facebooku i Twitterze „The House that Jack Built” uznane zostało za skandal, ale czy można Triera oceniać w kilku prędko skreślonych słowach? Filmów eksplorujących temat seryjnych mordów było w kinie mnóstwo: od nagrodzonego pięcioma Oscarami „Milczenia owiec” zaczynając, na „American Psycho” kończąc. Trier poszedł dalej, próbując głęboko wejść w psychikę wynaturzonego człowieka, by wreszcie obrócić wszystko w finale w paranoję. Głosy poważnych recenzentów są więc bardziej umiarkowane – jedni zarzucają filmowi pretensjonalność, a nawet nudę, ale inni szukają znaczeń.

Wizerunek złego chłopca

„Nigdy jeszcze Lars von Trier nie nosił swego wizerunku złego chłopca i prowokatora z większą dumą niż w »The House that Jack Built«, nawet jeśli nie zawsze jest jasne, czy trzeba traktować ten film serio czy jako żart” – pisze krytyk „Hollywood Reporter”, Eric Kohn z „IndieWire” nazywa film „dzikim, sadystycznym arcydziełem”.

Natomiast Peter Bradshaw z „Guardiana” przyznaje, że szarlatan i geniusz Lars von Trier osiągnął swój cel – przygotował wielką prowokację. Jedno jest pewne: ten esej próbujący określić istotę zła nie jest filmem, wobec którego można przejść obojętnie.

To, obok „Melancholii”, najszczersza jak dotąd spowiedź Larsa von Triera z własnych niepokojów, lęków, z własnego przerażenia światem. Dla jednych będzie żartem, dla innych poematem o drodze przez piekło, jeszcze dla innych po prostu „ohydą”.

Filmy Spike’a Lee i Larsa von Triera zostaną jednak z reguły w pamięci widzów. Choć ich autorów dzieli wszystko: pochodzenie, rasa, kultura, sposób wypowiedzi – w „The House that Jack Built” i „BlacKkKlansmanie” jest ten sam krzyk rozpaczy.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL