fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Brexit: Brytyjczycy wybiorą opcję turecką?

123RF
Wreszcie nadzieja na przełom w negocjacjach Londynu z Brukselą. Po brexicie Wyspy byłyby związane unią celną ze zjednoczoną Europą.

Agencja Reuters ujawniła, że podczas spotkania pod koniec minionego tygodnia ambasadorowie UE usłyszeli od ekipy negocjatora Michela Barniera: „Jesteśmy bardzo blisko porozumienia".

To wynik zmiany strategii Theresy May. Premier porzuciła tzw. plan z Chequers, zgodnie z którym Wielka Brytania miałaby pozostać jedną nogą we wspólnym rynku – korzystałaby ze swobody przepływu towarów, ale zamknęłaby swój rynek pracy. Teraz jej zamiary są mniej ambitne. W dokumencie, który, jak twierdzi portal EU-Observer, zostanie przesłany do Brukseli na początku tygodnia, May chce jedynie związać swój kraj unią celną ze Wspólnotą. To podstawa obecnej współpracy Unii z Turcją. Premier liczy, że w ten sposób uda się uniknąć przywrócenia kontroli na granicy między Irlandią Północną i Republiką Irlandii, co zagroziłoby procesowi pokojowemu w Ulsterze.

– W ostatnich dniach nasze stanowiska się zbliżyły – przyznał szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Jego zdaniem porozumienie będzie możliwe już w listopadzie.

– Jesteśmy bardzo blisko sukcesu – potwierdza „Rz" minister ds. europejskich Konrad Szymański. Ale ostrzega: – Ostatni etap, kwestia irlandzka, jest bardzo trudny i może zniszczyć dotychczasowe osiągnięcia.

W minionym tygodniu Donald Tusk zaproponował Brytyjczykom jeszcze mniej ambitny od unii celnej model współpracy: strefę wolnego handlu, jaka wiąże Unię z Kanadą. W przypadku Brytyjczyków miałyby jednak zostać zniesione wszystkie cła i kwoty towarowe.

May obawia się, że wówczas UE domagałaby się przywrócenia kontroli celnych na irlandzkiej granicy, aby przeciwdziałać nieuczciwej konkurencji. Premier co prawda przekonuje, że unia celna miałaby obowiązywać czasowo, ale terminu jej wygaśnięcia nie podaje. May zapewne łatwiej będzie przekonać do swojego pomysłu Brukselę niż brytyjski parlament. Przeciwko są unioniści z Belfastu, bez których rząd May traci większość. Scenariusz unii celnej odrzucają też zwolennicy twardego brexitu, bo zbyt wiąże Londyn z Brukselą, i opozycyjna Partia Pracy – bo wiąże za mało.

Jedno jest pewne: brexit będzie oznaczał dla pracowników z Unii koniec preferencji w dostępie do brytyjskiego rynku pracy od 1 stycznia 2021 r. Projekt nowych regulacji przewiduje radykalne ograniczenie napływu słabo wykwalifikowanych imigrantów. Po brexicie będą przyjmowani fachowcy, którzy udowodnią, że osiągną atrakcyjne zarobki. Do tej pory dla migrantów spoza UE minimalny próg wynosił 30 tys. funtów rocznie. Tego kryterium nie spełnia dziś 76 proc. przyjezdnych z Unii, w tym większość Polaków.

Michał Garapich z University of Roehampton uważa, że to położy kres tzw. migrantom wahadłowym, którzy pracują np. dwa–trzy miesiące na budowach, a później wracają do Polski. Oni na saksy wybiorą teraz Niemcy albo Skandynawię. Ekspert powątpiewa jednak w masowe powroty z Wysp.

Uniknięcie twardego brexitu jeszcze możliwe

Wielka Brytania musi wyjść z Unii 29 marca 2019 r. Jeśli do tego czasu nie ustali z Brukselą reguł rozwodu, wywoła gospodarczą katastrofę. Dlatego Theresa May zdecydowała się na ustępstwa.

Emmanuel Macron zaprosił do Pałacu Elizejskiego prezesów największych koncernów motoryzacyjnych, aby ich przekonać do przeniesienia produkcji na kontynent – ujawnił „Financial Times". O takim drastycznym ruchu rzeczywiście myślą już nie tylko banki w City, które najpewniej będą odcięte od rynku transakcji w euro, ale także przedsiębiorstwa produkcyjne nastawione na eksport na kontynent. Brak porozumienia oznaczałby wprowadzenie z dnia na dzień przez Brukselę ceł i kontroli towarów, co natychmiast podcięłoby konkurencyjność płynących z Wysp towarów.

Pod koniec ubiegłego tygodnia po spotkaniu z premierem Irlandii Leo Varadkarem szef Rady Europejskiej Donald Tusk powiedział, że Unia jest gotowa oprzeć dwustronne relacje na modelu „Kanada plus, plus, plus". Chodzi o strefę handlu, w ramach której zniknęłyby wszystkie cła i kontyngenty, choć nie kontrole norm towarów. – Powinniśmy z łatwością przejść do tego modelu i dojść do porozumienia, które jest korzystne dla Wielkiej Brytanii, do zaakceptowania przez parlament i dobre dla Brukseli – powiedział David Davis, jeden z liderów wrogiego wobec Theresy May obozu zwolenników twardego brexitu.

Ale to nie rozwiązuje tzw. kwestii irlandzkiej: zapobieżenia przywróceniu kontroli na granicy z Ulsterem, co groziłoby załamaniem procesu pokojowego. W szczególności Francuzi obawiają się, że wówczas unijny rynek zaleją produkty z krajów, które nie respektują europejskich norm, a z którymi Londyn na własną rękę podpisze umowy o wolnym handlu. Dlatego do czasu zawarcia ostatecznego porozumienia May forsuje nieco bardziej ambitne rozwiązanie: unię celną, jak ta, która wiąże dziś UE z Turcją. To układ, w którym Londyn zrzeka się na rzecz Brukseli prowadzenia polityki handlowej. Sama Irlandia Północna miałaby zaś pozostać w tym czasie w jednolitym rynku, co oznacza konieczność kontroli towarów między nią a resztą kraju.

– Mamy projekt umowy wyjścia, który jest uzgodniony ze stroną brytyjską w 80 proc. Umowa dobrze realizuje polskie interesy na tym etapie procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii. Jesteśmy bardzo blisko, ale aktualny etap jest najtrudniejszy. Tylko polityczna wyobraźnia w rozmowach pozwoli doprowadzić ten proces do końca – mówi „Rzeczpospolitej" minister ds. europejskich Konrad Szymański.

I rzeczywiście, nawet jeśli May przekona do swojego pomysłu Brukselę, musi jeszcze uzyskać jego zatwierdzenie w brytyjskim parlamencie. A o to będzie bardzo trudno. Unioniści z Ulsteru, bez których May nie ma większości, nie chcą żadnych wyjątkowych rozwiązań dla swojej prowincji. Zwolennicy twardego brexitu uważają, że May idzie na zbytnie ustępstwa wobec Brukseli, a Partia Pracy – że nadmiernie poluzowuje więzy z Unią.

Z kwalifikacjami i bez

Wiadomo natomiast, że od 1 stycznia 2021 r. Londyn zniesie preferencje dla imigrantów z Unii. Wpuszczani będą tylko dobrze zarabiający fachowcy. A to może być ważne dla polskiego rynku pracy. Nawet jeśli do kraju nie ściągną na większą skalę Polacy, którzy żyją na Wyspach od lat i którym May zagwarantowała utrzymanie obecnych praw, to pracodawcy nad Wisłą mogą się spodziewać choćby części tzw. migrantów wahadłowych, którzy dzisiaj pracują za funty po kilka miesięcy w roku.

– Wielka Brytania jest największym rynkiem pracy dla Polaków. Po brexicie inne kraje nie będą w stanie zaabsorbować całej podaży pracowników z Polski – ocenia Robert Pater z Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania. I zwraca uwagę, że krajowi pracodawcy desperacko wręcz szukają nie tylko robotników wykwalifikowanych, ale także tych bez kwalifikacji. – Wielu młodych ludzi, kończąc szkołę, od razu jedzie do pracy na Zachód, często do Wielkiej Brytanii, gdzie mają krewnych albo znajomych – twierdzi Pater.

Jego opinię potwierdza raport firmy Euro-Tax.pl, która specjalizuje się w usługach zwrotu podatków za pracę za granicą. Według niej w ub.r. migracja zarobkowa na Zachód wyraźnie przyspieszyła. Nową falę w dużej mierze tworzyli młodzi ludzie wyjeżdżający po raz pierwszy, często do prostych prac sezonowych, np. w produkcji, logistyce czy spedycji. Mogą tam zarobić kilkakrotnie więcej niż w kraju (według Euro-Tax.pl średnia płaca Polaka na Wyspach wyniosła w ub.r. równowartość 7,8 tys. zł).

Ostatni raport NBP wskazuje, że Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii skłoniłoby do powrotu wynagrodzenie 5 tys. zł netto, czyli ok. 60 proc. powyżej średniej krajowej. Jednak wiosenna edycja raportu Work Service o migracjach zarobkowych pokazała, że Wielka Brytania spadła w tym roku na trzecie miejsce wśród najchętniej wybieranych krajów. Wyprzedziły ją Niemcy i Holandia – tam nie ma obaw, że w najbliższym czasie warunki prawne zmienią się na niekorzyść pracowników z zagranicy. Wręcz przeciwnie: Niemcy szykują się do szerszego otwarcia na fachowców spoza Unii.

Konkurencja ze wschodu

Konkurencja ze strony Ukraińców, którzy już wkrótce będą mogli legalnie pracować za Odrą, może nam nieco zmniejszyć atrakcyjność saksów w Niemczech. Odpływ ukraińskich pracowników może z kolei zmusić polskie firmy do podwyższenia płac, zachęcając część Polaków z Wysp do powrotu do kraju.

O realnej perspektywie powrotu polskich pracowników z Wielkiej Brytanii mówi Artur Skiba, prezes firmy rekrutacyjnej Antal. Twierdzi, że licznej rzeszy pracujących na Wyspach nie będzie łatwo znaleźć porównywalne warunki pracy i życia w innych krajach Europy – na południu płace nie są wysokie, a np. rynek skandynawski jest niewielki. W rezultacie twardy brexit może być korzystny dla polskiego rynku pracy, choć jednocześnie stracimy część transferów od migrantów, które w ub.r. wyniosły 16,3 mld zł.

Saksy kuszą młodych Polaków

Średnie zarobki polskich migrantów zarobkowych pracujących w najbardziej rozwiniętych krajach Unii Europejskiej wzrosły w 2017 r. do 7,7 tys. zł, czyli o 10 proc. – wynika z danych firmy Euro-Tax. Według nich tę średnią podwyższały zarobki Polaków w Wielkiej Brytanii – ich średnia płaca była w ubiegłym roku o 21 proc. wyższa niż w 2016 i przekroczyła równowartość 7,8 tys. zł. Z danych Euro-Tax wynika również, że w ubiegłym roku czasowa migracja zarobkowa do Wielkiej Brytanii ponownie wzrosła, a znaczną jej część stanowili młodzi ludzie podejmujący proste prace niewymagające fachowych kwalifikacji. Z badania Work Service wynika, że potencjalny emigrant zarobkowy to najczęściej młoda osoba (do 24 lat) z wykształceniem średnim, która wprawdzie ma pracę, ale na niepełny etat albo na umowę cywilnoprawną. Połowa amatorów wyjazdu na Zachód mieszka na wsi, gdzie nadal nie jest łatwo o dobrze płatną pracę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA