fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Łukaszenko przekształca Białoruś w łagier. Nie oszczędza nawet dzieci

OMON zatrzymuje w Mińsku rowerzystę. 19 lipca 2020 roku
AFP
Prześladują, biją, aresztują, wkraczają do mieszkań i domów, grożą żonom wsadzonych za kraty mężów. Na razie nie zabijają.

Lipiec 2007 roku. Byłem wśród kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy na piechotę z różnych zakątków kraju przyszli do Budsławia, do Matki Boskiej Budsławskiej, patronki Białorusi. Wtedy tam jeszcze nie stawiano metalowych bramek i kordonów sił specjalnych MSW (OMON), nie robiono rewizji na wejściu. Wokół sanktuarium roiło się od namiotów, powiewała zakazana flaga, śpiewano zakazane piosenki. Przy ognisku przemówienia duchownych brzmiały inaczej niż z ambony, nie mówiono wprost, ale każdy wiedział, o co chodzi. Tam można było pozwolić sobie na ciut więcej. Tam żyła wolna Białoruś.

– Bać się trzeba Boga, nie ludzi – powiedział do mnie wtedy jeden z moich nowych znajomych. Okazało się, że jest prawosławnym, ale szanuje Kościół katolicki za białoruskojęzyczność. Dopiero wrócił z łagru, gdzie spędził niemal dwa lata przy wycince drzew. Trafił tam w 2005, bo protestował i nie chciał, by Aleksander Łukaszenko po raz trzeci startował na prezydenta. Gdy w 2010 roku niezmienny przywódca Białorusi po raz czwarty „wygrał" wybory, mój znajomy znów trafił do łagru, tym razem na trzy lata. Miał okazję doświadczyć nocnych przesłuchań i tortur w areszcie KGB.

Nazywa się Paweł Siewiaryniec, jest do bólu wierzącym człowiekiem i ma bardzo twardy kręgosłup. Gdy w ubiegłym tygodniu niezależne media poinformowały, że próbował w areszcie podciąć sobie żyły, nie od razu w to uwierzyłem. Siedzi w celi o powierzchni 6 mkw. bez okna, nie ma tam nie tylko bieżącej wody, ale nawet materaca. Do aresztu trafił 7 czerwca, znów protestował, bo nie chciał, by Łukaszenko został prezydentem po raz szósty. Nie wiadomo, kiedy wyjdzie na wolność. Sędzia bez mrugnięcia okiem wydłużył mu areszt w ubiegły czwartek, dzielnicowy zeznał, że wykrzykiwał m.in. „żywie Biełaruś" (niech żyje Białoruś). To słowa białoruskiego poety Janki Kupały, który w 1942 roku spadł ze schodów w moskiewskim hotelu. Paweł też pisze, ale powieści, po każdym wyjściu z łagru. Dostał nawet kilka prestiżowych nagród literackich. Pewnie dlatego w jego obronie już stanęła Swiatłana Aleksijewicz, białoruska noblistka.

W domu na Pawła czeka jego żona Wolha i dwuletni synek. Przyznaje, że nawet nie poinformowano jej, gdzie dokładnie jest jej mąż. Jest jedynym żywicielem rodziny, utrzymuje się ze sprzedaży i promocji swoich książek. Kobieta mówi, że odczuwają ogromną solidarność i wsparcie Białorusinów.

– Odpukać, ale na szczęście nie miałam styczności z żadnymi służbami, nikt do nas nie przychodził – mówi „Rzeczpospolitej". Mówi niepewnie, bo zbyt mocno Białoruś Łukaszenki zaczyna przypominać państwo, w którym nie oszczędzano nawet żon i dzieci „niepoprawnych".

Służby zawitały ostatnio do żony aresztowanego 29 maja w Grodnie Witalija Nawumika. Pracownicy służby socjalnej wkroczyli niedawno do ich czyściutkiego i dobrze wyposażonego mieszkania. Nie ukrywali, że chodzi o ich poglądy polityczne. Grozili odebraniem pięcioletniej córeczki. Mają władzę absolutną, mogą zrobić dosłownie wszystko. Kobieta ze łzami w oczach apeluje o pomoc, niezależne media są dla niej dzisiaj jedyną deską ratunku. Jej winą jest tylko to, że jej mąż uczestniczył w „nielegalnym proteście", podobnie jak Paweł Siewiaryniec nie chciał, by Łukaszenko startował po raz szósty. Został zatrzymany wraz z popularnym opozycyjnym blogerem Siarhejem Cichanouskim, którego nie dopuszczono do wyborów i postawiono zarzuty kryminalne. Wystartowała jego żona Swiatłana. Niedawno kobieta odebrała telefon i monotonny głos w słuchawce powiedział, że albo wycofa się z kampanii wyborczej, albo straci dzieci. Swoim nagraniem poruszyła Białorusinów. Apeluje do rodaków o solidarność i odwagę.

Odwagi Białorusinom nie zabrakło, gdy w czwartek aresztowano głównego rywala Łukaszenki Wiktara Babarykę. Nie tylko jego, za kraty wsadzono jego syna Eduarda. Kilkukilometrowe łańcuchy solidarności utworzyły się nie tylko w stolicy, ale i w wielu innych miastach kraju. Łukaszenko wytrzymał dobę, w piątek na ulicach miast pojawiły się setki funkcjonariuszy milicji i OMON-u. Do opancerzonych ciężarówek dosłownie wrzucano ludzi. Tylko z oficjalnych statystyk MSW wynika, że w piątek zatrzymano 270 osób. Białoruskie sądy hurtowo wydają wyroki, a obrońcy praw człowieka nie nadążają liczyć więźniów sumienia.

Na jednym ze zdjęć, które obleciały światowe agencje, wśród funkcjonariuszy OMON-u poznałem kolegę ze szkoły, w dzieciństwie łączyła nas piłka. Mnie w oczy nie musi patrzeć, oby mógł spojrzeć w oczy swoim wnukom.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA