fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Haszczyński: Gra o przyszłość Zachodu

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Mimo miłości do USA nie powinniśmy się jednoznacznie opowiadać w wewnętrznym konflikcie Zachodu.

Prezydent USA Donald Trump wyrusza do Europy. Najpierw odwiedzi Warszawę, gdzie spotka życzliwie nastawionych Polaków i grupę przywódców państw nowej Unii. Potem Hamburg, gdzie szykują się antytrumpowe protesty na ulicach i pewnie też krytyka ze strony polityków starej Europy, biorących udział w szczycie G20.

Zachód jest coraz bardziej skłócony wewnętrznie. Okazał się też kruchy, łatwo ulegający emocjom, rozedrgany, a także niepewny swoich wartości i swojej atrakcyjności.

Niestety, główna kłótnia odbywa się między najważniejszymi krajami Zachodu i zarazem najważniejszymi partnerami Polski – Niemcami i USA. Po paru miesiącach urzędowania Trumpa w Białym Domu kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że Europa już nie może polegać na USA i musi wziąć sprawy w swoje ręce. Niezależnie od tego, jak bardzo kontrowersyjnym politykiem może się wydawać Trump, tak szybkie pojawienie się pomysłu odcięcia się Europy od USA dowodzi, że przyszłość Zachodu jest niepewna. Wiele dekad transatlantyckiej współpracy, amerykańska pomoc dla Niemiec i innych krajów starej Europy w czasie zimnej wojny – okazuje się, że to wszystko można z dnia na dzień podważyć.

Rozmontowywanie Zachodu to bardzo niebezpieczna gra. Szczególnie dla Polski i innych państw, które stały się jego częścią, dzięki upadkowi ZSRR. I nie mogą mieć pewności, czy z niego znowu nie wypadną pod wpływem nowej imperialnej polityki Moskwy. W interesie naszego kraju jest, by napięcia nad Atlantykiem – mimo że wyglądają poważnie – okazały się chwilowe. Nie możemy się zaangażować w ich rozniecanie – ani ruszając z Trumpem na Merkel, ani z Merkel na Trumpa.

Nikt nam nie zagwarantuje więcej bezpieczeństwa niż USA – było to aktualne i za poprzednich prezydentów, i jest za Trumpa, mimo jego wypowiedzi – putinofilskich (z kampanii wyborczej) i podważających obecny status NATO (z początków prezydentury). Ale w chwili próby – agresji Moskwy na Ukrainie – egzamin z sankcji na agresora Zachód zdał dzięki Niemcom.

Jednocześnie po kilkunastu latach członkostwa w NATO Polska doczekała się widocznej obecności amerykańskich żołnierzy na swoim terytorium. Decyzję podjęła administracja Baracka Obamy. Następna ją podtrzymuje. Ale wciąż nasłuchujemy słów Donalda Trumpa i odpowiedzialnych za obronę polityków jego ekipy, by się przekonać, że nie jest to tymczasowe.

Najlepszą okazją do uspokojenia Polaków będzie czwartkowe przemówienie na placu Krasińskich w Warszawie. Chcą usłyszeć, że tysiące amerykańskich żołnierzy zostaną nad Wisłą przynajmniej dopóty, dopóki Donald Trump będzie prezydentem (może nim być dwie kadencje), gdyż zagrożenie ze strony Rosji zapewne w tym czasie nie zniknie.

Stanowcze podkreślenie, że Ameryka nie porzuci natowskich sojuszników na wschodnich rubieżach paktu, powinno być też dobrze przyjęte w starej Europie, a więc przyczynić się do zachowania jedności Zachodu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA