fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Krzyżak: Rozmowa z pozycji siły to żaden dialog

Fotorzepa, Robert Gardziński
Fala hejtu zalewa Polskę niczym tsunami. Biorą w niej udział politycy, dziennikarze, niektórzy księża. Wszyscy. Czas wreszcie powiedzieć: dość!

Wydawało się, że poniedziałek będzie w Polsce dniem przygnębienia i zadumy. Były msze w intencji tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska, były marsze milczenia. Były apele o jedność i spokój. Ale hejtu nie udało się zatrzymać. Fala nienawistnych komentarzy zalała media społecznościowe i internetowe fora. Chyba z większą niż zwykle intensywnością.

Czytaj także: Stop hejtowi

„Narodowe rekolekcje" – takim hasłem wielu użytkowników Twittera opatrywało zdjęcia z marszów w Gdańsku, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i kilkudziesięciu innych miast. Tyle że „narodowe rekolekcje" w ciągu ostatnich lat mieliśmy co najmniej dwa razy. Po śmierci Jana Pawła II w kwietniu 2005 roku znak pokoju przekazywali sobie wszyscy. Od zwaśnionych kibiców na stadionach po skłóconych od lat polityków. Starczyło na krótko.

Potem był kwiecień 2010 roku. Znów zapadła cisza i pojawiła się szansa na względny pokój. Zanim jednak ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego spoczęło na Wawelu, fala hejtu powróciła. Ze zdwojoną mocą. Jako społeczeństwo zmarnowaliśmy te lekcje. Można wskazywać winnych. Mówić, że to przez tego lub tamtego polityka. Zrzucać winę na media. I będzie w tym pewnie ziarno prawdy.

Ale czy problemem nie jest to, że jako społeczeństwo zgubiliśmy gdzieś kulturę dialogu, kulturę spotkania i rozmowy?

Niewielu sili się dziś na rzeczową polemikę ze swoim adwersarzem. Polemikę, dla której punktem wyjścia jest wysłuchanie argumentów drugiej strony. Dziś wszystko dzieje się niczym pojedynek bokserski. Cios za cios. Akcja i natychmiastowa reakcja. Riposta za ripostę. Okopaliśmy się na swoich pozycjach i za nic w świecie nie jesteśmy w stanie przyjąć, że nasz przeciwnik może mieć odrobinę racji. Że przez swoje okulary widzi świat nieco inaczej niż my, w innych kolorach, może trochę ostrzej. Nie może, bo przecież jest wrogiem, którego trzeba zniszczyć, a w najlepszym razie narzucić mu swoje zdanie. Wykorzystując przy tym swoją silniejszą pozycję polityczną, społeczną, swoje lepsze zdolności retoryczne. I nawet wtedy gdy wiemy, że ten drugi ma rację, nie włączamy przycisku z napisem „stop".

Z drugiej strony jakże często udajemy, że nic się nie dzieje. Odwracamy wzrok, machamy ręką, bo wychodzimy z założenia, że nasze słowa i tak niczego nie zmienią.

Tragiczna śmierć Pawła Adamowicza może niestety stać się kolejną odsłoną „narodowych rekolekcji", z których nie wyciągniemy żadnej nauki. Nie będzie tak, jeśli wszyscy powiemy: dość! Nie będzie tak, jeśli w drugim dojrzymy człowieka.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA