fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Joanna Ćwiek: Jak uszyć pacynkę

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Szkoła online w Polsce to fikcja. Przekazywanie wiedzy spadło na rodziców. Jeśli nie mają kompetencji, dziecko będzie miało zaległości.

Tysiące dzieci od ponad dwóch tygodni przebywa w izolacji. Zorganizowanie dla nich zajęć jest konieczne. Ale odpuśćmy sobie w tym czasie podstawę programową, bo i tak będzie ona zrealizowana głównie na papierze.

Od 25 marca wszystkie szkoły powinny prowadzić lekcje przez internet. Mają realizować podstawę programową i oceniać ucznia. Te działania powinny doprowadzić do zakończenia roku szkolnego w terminie.

Z danych przekazanych przez MEN wynika, że 92 proc. szkół jest przygotowanych do prowadzenia nauki na odległość. Na przestawienie się na ten tryb nauki placówki miały dwa dni.

W większości szkół przygotowanie nauczania zdalnego wyglądało w praktyce tak, że dyrekcja szkół sprawdziła, czy dzieci mają dostęp do komputera, internetu i konta w dzienniku elektronicznym. Po to, by móc przesyłać zalecenia co do tej części materiału, którą każdego dnia dziecko ma opanować. Rozwiązane zadania należy odesłać do nauczyciela. A ten, bez wnikania w to, czy jest to praca własna czy nie, oceni i na tej podstawie zdecyduje o promocji do następnej klasy.

Pomysł samodzielnego opanowania materiału przez ucznia nawet na papierze nie wygląda dobrze. Od razu pierwszego dnia nauki przeciążone strony edukacyjne i dzienniki elektroniczne przestały działać.

Z kolei rodzice stali się teraz pierwszymi nauczycielami dzieci i uczą do pierwszych klas szkoły podstawowej wszystkich przedmiotów. Od języka polskiego po fizykę. Tłumaczą równania chemiczne i matematyczne, pokazują, jak wyklaskać wartości rytmiczne i uszyć pacynkę ze skarpety. Żeby było trudniej, równocześnie często pracują online na tym samym komputerze, na którym dzieci rozwiązują swoje zadania. Zarówno praca zawodowa, jak i nauka musi odbywać się niemal w tym samym czasie, bo szkoły wyznaczają często, że rozwiązane zadania mają być oddane na drugi dzień.

Pół biedy, jeśli dziecko jest w młodszej klasie, a rodzice mogą mu pomóc w nauce. Brak kompetencji rodziców prawie zawsze oznacza zaległości.

Trudno nie odnieść wrażenia, że najmniej istotne w tym całym systemie jest to, czy uczeń rzeczywiście opanował wiedzę. Ważne, żeby w dzienniku pojawił się zapis o tym, że podstawa programowa została zrealizowana.

Sytuacja jest nadzwyczajna i z pewnością nie można pozostawić dzieci bez żadnej nauki na praktycznie cały drugi semestr. Ale darujmy sobie realizację podstawy i fikcyjne ocenianie wiedzy. Może lepiej by było, gdyby przez ten czas nauczyciele skupili się np. na zadaniach rozwijających krytyczne myślenie czy kreatywność. A konkretną nauką można by się zająć dopiero od września, wpisując to, co zostało niezrealizowane, do podstawy programu następnej klasy. Będzie to także okazja do usunięcia z podstawy programowej tego, co nie jest w niej konieczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA