Kiedy były dowódca ukraińskiej armii Wałerij Załużny mówi, że Ukraina nie wstąpi do NATO, stwierdza oczywisty fakt. Mimo obietnic składanych przez zachodnich polityków, z deklaracją bukareszteńską z 2008 r. na czele, taki scenariusz w perspektywie dwóch najbliższych dekad jest praktycznie wykluczony. Później zaś takiego NATO, jakie dziś znamy, może zwyczajnie już nie być.
Dlaczego Walerij Załużny twierdzi, że NATO staje się anachroniczne
Załużny mówiąc o tym, że Ukraina nie wejdzie do NATO, nie mówi o zamkniętych drzwiach, lecz o anachronizmie Sojuszu. Argumentuje, że trudno przystępować do struktury opartej wciąż na rozwiązaniach z okresu II wojny światowej, i krytykuje zdolności wojskowe NATO, twierdząc, że Sojusz spędzi kolejne dwanaście lat na dochodzeniu do standardów pozwalających osiągnąć choćby połowę poziomu Federacji Rosyjskiej. Chociaż generał mówi o doganianiu Rosji, w praktyce myśli zapewne również o przepaści technologicznej, która dzieli armie NATO od ukraińskiej. Europejczycy próbują ją dopiero zasypywać, licząc na pomoc Kijowa, który niekoniecznie musi mieć w tym interes.
Czytaj więcej
Oczekiwania Ukraińców wobec szczytu NATO w Ankarze nie są duże. Mają złe doświadczenia z poprzednimi szczytami. Obietnica członkostwa w Sojuszu dla...
Dla Ukrainy członkostwo w NATO nie jest już kwestią być albo nie być. Po ponad czterech latach wojny obronnej sytuacja zmieniła się diametralnie. Paradoksalnie, NATO przestaje być Ukrainie potrzebne, choć tylko w pewnym sensie.
Załużny sam przyznaje, że Ukraina potrzebuje technologii, którymi dysponują państwa NATO, w tym rozwiązań z zakresu obrony przeciwrakietowej i technologii kosmicznych. Potrzebuje też, o czym generał już nie wspomina, europejskich pieniędzy. Równocześnie Ukraina staje się coraz bardziej potrzebna NATO i całemu Zachodowi.
Tu jednak trzeba wprowadzić istotne zastrzeżenie. Mówiąc o przyszłych gwarancjach, Załużny wskazuje na europejski blok bezpieczeństwa militarnego, a jako konkretny mechanizm wymienia JEF, czyli Połączone Siły Ekspedycyjne, które od 2015 r. dysponują strukturami dowodzenia, wciąż jednak, jak sam przyznaje, słabymi. Ubolewa przy tym, że Ukraina do tej struktury nie dąży. JEF to formuła kierowana przez Wielką Brytanię, bez udziału Stanów Zjednoczonych. I właśnie dlatego jego diagnoza wydaje się niepełna w sposób, który powinien być dla niego jasny, ponieważ widać to w polityce prezydenta Ukrainy. Kijów swoje realne sojusze buduje przede wszystkim w oparciu o Waszyngton, przy jednoczesnym utrzymywaniu Europy w roli dostawcy finansów, amunicji, sprzętu i mocy przemysłowych. To, a nie deklaracje o europejskim bloku, wyznacza faktyczny kierunek geopolityczny Ukrainy.
Sojusz, który się z tego wyłoni, będzie zatem nie tyle europejski, ile europejsko-amerykański, oparty na zupełnie nowej architekturze, możliwe, że z układami USA z wybranymi państwami Europy. I Ukraina będzie w nim, moim zdaniem, odgrywać rolę ważną, o ile nie kluczową. Pod warunkiem, że nie przegra wojny z Rosją.
Czytaj więcej
Jestem w stanie wyobrazić sobie scenariusz hybrydowego pokoju – konflikt zostanie zamrożony i będzie odgrzewany od czasu do czasu, w zależności od...
NATO być może traci właśnie rolę głównej siły, która ma zatrzymać Rosję
W perspektywie najbliższej dekady rola NATO jako sojuszu, który dziś znamy, będzie prawdopodobnie tracić na znaczeniu. Wynika to ze zmian priorytetów geopolitycznych.
Można oczywiście argumentować odwrotnie. Twierdzić, że skoro Waszyngton wywiera dziś polityczną presję na Europejczyków, by ci zwiększyli wydatki obronne, to zmierza do wzmocnienia, a nie osłabienia Sojuszu. Musimy jednak pamiętać, że presja ta ma na celu stworzenie Amerykanom przestrzeni do znaczącego zredukowania swojej obecności na Starym Kontynencie. Daje też przestrzeń do oceny wiarygodności państw członkowskich. Ameryka bowiem może i nie potrzebuje już dziś takiego NATO, jak dawniej, jednak nadal państwa europejskie są jej potrzebne w roli strategicznego zaplecza. To jednak oznacza, że rola Sojuszu będzie musiała ulec głębokiej zmianie.
Czytaj więcej
Polacy obawiają się, że Donald Trump może doprowadzić do wyjścia USA z NATO - wynika z sondażu SW Research dla rp.pl.
Strategiczne cele amerykańskiej polityki w pewnych obszarach pozostają jednak niezmienne. Amerykanie nadal muszą m.in. powstrzymywać Rosję i dbać o własne interesy na Bliskim Wschodzie. W pewnej mierze zmieniają się jednak elementy potrzebne do osiągnięcia tych celów.
Wojna Ukrainy z Rosją wyraźnie udowodniła Amerykanom, że do skutecznego, długotrwałego związania sił rosyjskich wcale nie potrzebują ani kosztownego utrzymywania zbyt licznych własnych wojsk na Starym Kontynencie, ani dokładania się do obronności Europejczyków. Kijów bezwzględnie obnażył słabości Moskwy. I choć Ukraina wymaga dziś regularnego wsparcia ze strony zachodnich sojuszników, pozwala jednak na blokowanie ekspansyjnych planów Rosji.
Jest coraz bardziej prawdopodobne, że w układzie, który się rysuje, wiodącą rolę zachowają Amerykanie, opierając się na Ukrainie i korzystając z pomocniczej roli reszty Europy, a tak naprawdę europejskiej części NATO. Europejczycy muszą bowiem zapewnić to, czego Ukraina dziś nie ma: pieniądze, moce przemysłowe, obronę przeciwlotniczą wyższego szczebla i rozpoznanie satelitarne. Nie zmienia to jednak faktu, że to Ukraina może docelowo stać się główną siłą blokującą Rosję w amerykańskiej strategii. I na takim założeniu zdaje się dziś opierać dość ekspansywna w ostatnich miesiącach polityka zagraniczna Kijowa.
Czytaj więcej
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w liście skierowanym do przywódców UE stwierdził, że niemiecka propozycja przyznania Ukrainie statusu „współpr...
Koreański precedens pokazuje, że rozejm niczego nie przekreśli
Naturalne jest w tym miejscu pytanie, czy cała ta konstrukcja nie opiera się na założeniu, że wojna będzie jeszcze długo trwać. Mogłoby się wydawać, że po ewentualnym rozejmie, Ukraina borykająca się z problemami demograficznymi, zniszczoną bazą przemysłową i energetyką oraz budżetem obronnym finansowanym z zewnątrz, z dnia na dzień może spaść z pozycji jednego z głównych graczy politycznych do roli zwykłego konsumenta bezpieczeństwa. Otóż niekoniecznie.
Precedens koreański pokazuje coś odwrotnego. Dopiero zawieszenie broni między obydwoma Koreami z 1953 r. uczyniło z Seulu trwałą kotwicę amerykańskiego powstrzymywania, tańszą i bardziej przewidywalną, niż jakakolwiek forma zaangażowania w trakcie „gorącej fazy” działań wojennych. Zamrożona linia wojny, po południowej stronie której stoi liczna i doświadczona armia, wiąże siły przeciwnika równie skutecznie jak sama wojna. Do tego bez wysokiego ryzyka i kosztów właściwych wojnie.
Zakończenie wojny Ukrainy i Rosji rozejmem oznaczałoby, że Rosja nadal musiałaby utrzymywać na kierunku ukraińskim stałe, kosztowne zgrupowanie. I to jest dokładnie ten efekt, o który Waszyngtonowi chodzi. Pod warunkiem, że Ukraina wyjdzie z konfliktu jako państwo uzbrojone, a nie rozbrojone. To zaś sprawia, że prawdziwą stawką negocjacji, które prędzej czy później nastąpią, wcale nie jest członkostwo Kijowa w NATO.
Oczywiście można też twierdzić, że uwolnione od wojny na Ukrainie siły rosyjskie Moskwa będzie mogła skierować na inny kierunek, na przykład przeciwko państwom bałtyckim. Słuszna uwaga, ale opiera się na założeniu, że Ukraina pozostanie w takim przypadku bierna. Nie wierzę w taki rozwój wypadków. Atakując na innych kierunkach, Rosja zmuszona będzie liczyć się ze wznowieniem wojny na kierunku ukraińskim. Lepszej okazji do próby odzyskania utraconych ziem Rosjanie Ukraińcom dać przecież nie mogą.
Czytaj więcej
Donald Trump w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „The Telegraph” powiedział, że poważnie rozważa wycofanie USA z NATO, po tym jak państwa Sojuszu n...
Azja jest dziś dla Ameryki ważniejsza niż Europa
Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad prawdziwym wyzwaniem dla USA stały się lekceważone do niedawna Chiny. I wbrew powszechnemu przekonaniu nie chodzi wyłącznie o Tajwan. W grę wchodzi całkowita przebudowa świata, który dziś znamy.
Chiny nie ukrywają, że chcą, i co ważniejsze, mogą konkurować z Ameryką: gospodarczo, technologicznie i militarnie. Pokazują też coraz częściej, że są w stanie w tym wyścigu wygrywać.
Byłoby przy tym uproszczeniem twierdzić, że Chiny są dla Europy wyłącznie odległym powodem amerykańskiego odwrotu ze starego kontynentu. Pekin jest graczem także u nas. Przez kupowane udziały w portach, spór o infrastrukturę 5G, uzależnienia surowcowe, od metali ziem rzadkich po komponenty do transformacji energetycznej, wreszcie przez to, co robi dla rosyjskiej gospodarki wojennej. Europa dostrzega to od dawna i reaguje. Filtruje inwestycje strategiczne, ogranicza obecność chińskich dostawców w sieciach telekomunikacyjnych, sięga po cła antysubsydyjne. Jednak instrumenty, którymi dysponuje, są w przeważającej mierze regulacyjne i handlowe, a nie wojskowe. To zaś tylko potwierdza podział ról, o którym mowa wcześniej.
Amerykanie zakładają zapewne, że przeregulowana europejska gospodarka w dostatecznym stopniu uprzykrzy Chińczykom życie, by jeśli nie zablokować, to przynajmniej w znacznym stopniu ograniczyć chińską ekspansję gospodarczo-polityczną. Sami przecież regularnie doświadczają skutków europejskich mechanizmów gospodarczo-regulacyjnych.
Wobec zagrożenia ze strony Chin NATO ma dla USA znaczenie drugorzędne. Kluczowi są sojusznicy azjatyccy: Korea Południowa, Japonia, Australia oraz kilka państw skonfliktowanych z Pekinem, takich jak Filipiny, Wietnam czy Indonezja, które potencjalnie można włączyć w orbitę zachodnich wpływów. Dla USA w potencjalnym starciu z Chinami ważne jest też, jeśli nie przeciągnięcie na stronę Zachodu, to przynajmniej utrzymanie na pozycjach neutralnych największej demokracji świata, czyli Indii. Ten sam cel mają w stosunku do Indii także i Chiny.
Czytaj więcej
W przeddzień 250. rocznicy niepodległości USA o rywalizacji z Chinami, przyszłości Tajwanu i słabnących więziach transatlantyckich rozmawiamy z Pau...
Wojna USA z Iranem obnażyła realną słabość europejskich sojuszników
Trzeba też zdawać sobie sprawę, że siła sojuszników z Azji to zupełnie inna jakość niż to, co reprezentują sobą europejscy członkowie NATO. Doskonale obnażyła to operacja „Epicka Furia”. Kampania rozpoczęta 28 lutego przeciwko Iranowi prowadzona była w znacznym stopniu w oparciu o amerykańskie zasoby stale stacjonujące w Europie. Europa odegrała ważną rolę logistyczną, mimo że Wielka Brytania i Hiszpania początkowo nie zgodziły się na wykorzystanie swoich baz do uderzeń na Iran. Co jednak najważniejsze, Europa była jedynie bazą, a ciężar operacji spoczywał na amerykańskich siłach stacjonujących w Europie, nie na Europejczykach. Ich własny wkład bojowy był marginalny.
Co więcej, polityczne demonstracje sprzeciwu wobec wojny w Iranie w gruncie rzeczy maskowały militarną słabość Europejczyków. Po irańskich uderzeniach na brytyjską bazę na Cyprze, Londyn zmienił decyzję i amerykańskie samoloty zaczęły atakować Iran z baz brytyjskich. Jednak militarne zaangażowanie Europy się nie zmieniło. Wniosek jest dość oczywisty. Wbrew temu, co nam się wydaje, nie chodziło wyłącznie o politykę. Za odmową stała także prosta arytmetyka zdolności. Trudno wnosić wkład, którego się nie posiada.
Tymczasem Japonia i Korea Południowa dysponują flotami, które pod względem tonażu bojowego ustępują jedynie największym mocarstwom. W przeciwieństwie do marynarek europejskich są to siły bardzo nowoczesne, nieborykające się z takimi problemami z utrzymaniem gotowości, jakie w ostatnich miesiącach aż nadto wyraźnie ujawniły się w przypadku flot Wielkiej Brytanii i Niemiec.
Czytaj więcej
Iran dysponuje większym potencjałem militarnym, niż publicznie przyznaje Biały Dom i Pentagon - twierdzą źródła CBS News, amerykańscy urzędnicy dys...
Choć żaden z azjatyckich sojuszników nie dysponuje dziś odstraszaniem nuklearnym ani okrętami podwodnymi o napędzie atomowym, które posiadają Francja i Wielka Brytania, to jednak Korea Południowa jest coraz bliższa posiadania takich jednostek, tyle że uzbrojonych w konwencjonalne rakiety balistyczne. Swoje jednostki podwodne z napędem atomowym chce mieć też Australia. Do tego Korea, zagrożona przez północnego sąsiada, utrzymuje pokaźne siły lądowe. Z punktu widzenia Amerykanów są to miejsca, w które inwestycje militarne dają większy zwrot niż inwestycje w bezpieczeństwo Europy.
I te prawdy ukraińscy politycy zdają się rozumieć dużo lepiej niż Europa Zachodnia, a także Polska. A to powinno być powodem do niepokoju. W zmieniającym się układzie sił na geopolitycznej mapie świata i Europy miejsce Polski nie jest jeszcze jednoznacznie wyznaczone. I tylko od nas samych zależy, czy nasze aspiracje w tym względzie zostaną wzięte pod uwagę, czy też przypadnie nam rola, którą określą za nas inni. I wcale nie jest całkiem wykluczone, że zrobią to Ukraińcy na spółkę z Amerykanami.