Wyobraża pan sobie scenariusz, w którym w ciągu najbliższych 50 lat USA przestaną być największą potęgą gospodarczą lub militarną świata?
W horyzoncie pięćdziesięciu lat należy zachować dużą ostrożność prognostyczną, bo nawet przewidywania dotyczące najbliższej dekady bywają obarczone znaczną niepewnością. Można natomiast wskazać główne czynniki, które będą wpływać na pozycję Stanów Zjednoczonych. Kluczowe znaczenie będzie miała dalsza dynamika rywalizacji z Chinami: tempo ich wzrostu gospodarczego, zdolność do innowacji, stabilność modelu rozwojowego oraz modernizacja sił zbrojnych. To Chiny są od lat wskazywane w amerykańskich dokumentach strategicznych, takich jak Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA czy Strategia Obrony Narodowej USA jako główny konkurent Stanów Zjednoczonych. Są też jedynym państwem, które ma potencjał, by w dłuższej perspektywie systemowo kwestionować część amerykańskiej przewagi – gospodarczej, technologicznej i wojskowej. Nie oznacza to automatycznie, że zastąpią Stany Zjednoczone jako najważniejsze mocarstwo świata, ale właśnie od dynamiki rywalizacji amerykańsko-chińskiej będzie w dużej mierze zależała przyszła pozycja USA.
USA nadal mają przewagi strukturalne nad Chinami
To się wydarzy? 10 lat temu amerykańska gospodarka była o 70 proc. większa od chińskiej, dziś już tylko o 50 proc. Różnica się zaciera.
Nie zakładam takiego scenariusza. Zmniejszanie się różnicy między wielkością gospodarek jest ważnym sygnałem, ale samo w sobie nie przesądza jeszcze o zmianie pozycji w systemie międzynarodowym. Chiny po kilku dekadach bardzo szybkiego wzrostu wchodzą w trudniejszą fazę rozwoju. Coraz wyraźniej widać ograniczenia dotychczasowego modelu: problemy demograficzne, napięcia na rynku nieruchomości, wysokie zadłużenie oraz trudności z pobudzeniem konsumpcji wewnętrznej. To nie oznacza, że Chiny przestaną być głównym konkurentem Stanów Zjednoczonych, ale ich dalszy wzrost będzie trudniejszy niż w poprzednich dekadach. Dlatego nie uważam, by Chiny w przewidywalnej perspektywie zastąpiły USA jako najważniejsze mocarstwo świata. Stany Zjednoczone również mierzą się z poważnymi problemami wewnętrznymi, ale nadal mają istotne przewagi strukturalne, w tym innowacyjną gospodarkę, głęboki rynek kapitałowy, skalę rynku wewnętrznego, silne zaplecze akademickie i techniczne oraz dużą zdolność adaptacji do zmian technologicznych i gospodarczych.
Czytaj więcej
Deklaracja Marco Rubio nie wywołała trzęsienia ziemi, bo nikt od dawna nie wierzył, że Donaldowi Trumpowi na czymkolwiek w kwestii wojny w Ukrainie...
Czyli XXI wiek będzie stuleciem rywalizacji amerykańsko-chińskiej, tak jak XX wiek był okresem zimnej wojny na linii USA–ZSRR?
To zbyt duże uproszczenie. Rywalizacja Stanów Zjednoczonych i Chin będzie jednym z głównych procesów XXI wieku, ale nie jest prostym odpowiednikiem zimnej wojny. Poprzednie stulecie było w dużej mierze kształtowane przez rywalizację dwóch bloków polityczno-wojskowych, silny podział ideologiczny i ograniczone relacje gospodarcze między stronami. Dziś funkcjonujemy w systemie bardziej multipolarnym i współzależnym. Chiny budują swoją pozycję przede wszystkim przez skalę gospodarki, inwestycje infrastrukturalne, powiązania handlowe i rosnące ambicje technologiczne. Stany Zjednoczone opierają swoją pozycję na szerszym zestawie instrumentów: sieci sojuszy, gwarancjach bezpieczeństwa, obecności wojskowej, przewadze technologicznej, roli dolara oraz znaczeniu w globalnym handlu i finansach. Obok USA i Chin istotną rolę odgrywają jednak także inne mocarstwa, państwa średnie i ważni aktorzy regionalni, w tym Indie, Rosja, Japonia, Unia Europejska, Turcja, Brazylia, Indonezja, wybrane państwa Zatoki Perskiej czy Polska. Część z nich zwiększa swoją podmiotowość przez balansowanie między głównymi ośrodkami siły, część przez wzmacnianie pozycji w ramach istniejących sojuszy i instytucji. Znaczenie mają też liczne formaty współpracy gospodarczej, politycznej i wojskowej, które często się przenikają i nie zawsze mają zbieżne interesy. Dlatego rywalizacja amerykańsko-chińska będzie trwała, ale będzie mniej spolaryzowana i bardziej złożona niż rywalizacja USA–ZSRR.
Trzymając się analogii, czy Tajwan jest dziś dla świata tym, czym Berlin był podczas zimnej wojny, czyli potencjalnym punktem zapalnym globalnego konfliktu?
Tu również analogia ma ograniczoną użyteczność. Tajwan jest jednym z najważniejszych punktów napięcia w relacjach Stanów Zjednoczonych i Chin, ale jego sytuacja różni się od Berlina z okresu zimnej wojny. Tajwan wykształcił własną tożsamość polityczną, odrębną od Chińskiej Republiki Ludowej, a jednocześnie ma szczególne znaczenie dla globalnej gospodarki ze względu na rolę w produkcji najbardziej zaawansowanych półprzewodników. W tym kontekście mówi się o „krzemowej tarczy” Tajwanu. Zakłócenie produkcji na wyspie miałoby poważne konsekwencje dla Chin, Stanów Zjednoczonych, Europy i globalnych łańcuchów dostaw. Zwiększa to koszt ewentualnej eskalacji, dlatego utrzymanie status quo pozostaje w interesie większości aktorów. Nie oznacza to jednak, że ryzyko kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej można lekceważyć.
Czytaj więcej
Xi Jinping rozpoczął rozmowy z Donaldem Trumpem od historycznego odniesienia do wojny peloponeskiej i tzw. „pułapki Tukidydesa”, czyli teorii mówią...
Donald Trump gotów traktować niejednoznaczność strategiczną jako instrument negocjacji w relacjach z Chinami
Prezydent Donald Trump przyznał, że był pytany przez prezydenta Xi Jinpinga o to, czy USA będą broniły Tajwanu, i wymigał się od odpowiedzi. Czy to nie daje do myślenia, że Trump – zawsze tak zuchwały i pewny siebie – w tej akurat sytuacji zachował dyplomatyczne milczenie?
Brak jednoznacznej deklaracji w sprawie obrony Tajwanu jest ważnym sygnałem dla sojuszników i partnerów Stanów Zjednoczonych, choć Tajwan nie jest sojusznikiem traktatowym USA w takim sensie jak państwa NATO czy Japonia. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Tajwanu od dekad opiera się na strategicznej niejednoznaczności. USA nie składają formalnej gwarancji automatycznej obrony wyspy, ale utrzymują zdolności, które mają zniechęcać Chiny do użycia siły. W przypadku Donalda Trumpa widać jednak gotowość do traktowania tej niejednoznaczności jako instrumentu negocjacyjnego w relacjach z Chinami. Dla władz Chińskiej Republiki Ludowej, w tym dla Xi Jinpinga, Tajwan pozostaje natomiast kwestią integralności terytorialnej, legitymizacji politycznej i jednym z najważniejszych celów strategicznych.
Gdyby dziś Henry Kissinger analizował świat, w jakim kierunku poprowadziłby USA w kontekście rywalizacji z Chinami?
Trudno wypowiadać się w imieniu Henry'ego Kissingera, ale można przypuszczać, że patrzyłby na dzisiejszą rywalizację z Chinami przede wszystkim przez pryzmat równowagi sił. Kissinger był kluczową postacią amerykańskiego otwarcia na Chiny w latach 70. To on, działając u boku prezydenta Richarda Nixona, pomógł wykorzystać rozłam między Chinami a Związkiem Sowieckim i zmienić układ sił w zimnej wojnie na korzyść Stanów Zjednoczonych. Myślę, że dziś również nie stawiałby na prostą konfrontację, ale na połączenie twardej obrony interesów USA, dialogu i kontroli ryzyka eskalacji. Nie chodziłoby o szukanie konsensusu za wszelką cenę, lecz o takie prowadzenie relacji z Chinami, które ogranicza ryzyko konfliktu i wzmacnia pozycję Stanów Zjednoczonych.
USA nie traktują Europy wyłącznie jako konkurenta
Przenieśmy się z Pacyfiku na Atlantyk. Jak dziś USA traktują Unię Europejską? Zgadza się pan z narracją, że ten wieloletni sojusz – nie tylko militarny, ale też gospodarczy – został mocno nadszarpnięty przez agresywną narrację Trumpa?
Mówiąc o relacjach Stanów Zjednoczonych z Europą, trzeba rozróżnić kilka poziomów: relacje USA z Unią Europejską, relacje z poszczególnymi państwami europejskimi oraz relacje w ramach NATO. Amerykańskie administracje potrafią te płaszczyzny rozdzielać i na każdej z nich realizować własne interesy. Donald Trump robi to w sposób bardziej konfrontacyjny i mniej dyplomatyczny niż wielu jego poprzedników, ale samo napięcie w relacjach transatlantyckich nie zaczęło się wraz z jego prezydenturą. Europa od dłuższego czasu stopniowo schodzi w amerykańskiej hierarchii priorytetów, bo coraz większe znaczenie mają dla USA półkula zachodnia oraz Indo-Pacyfik. Napięcia dotyczące handlu, wydatków obronnych, regulacji wobec amerykańskich firm technologicznych czy większej odpowiedzialności Europy za własne bezpieczeństwo były obecne już wcześniej.
Trump rzeczywiście osłabił atmosferę zaufania w relacjach z Europą, przede wszystkim przez język i sposób prowadzenia polityki. Jego przekaz jest często kierowany do krajowej opinii publicznej i ma pokazywać, że administracja konsekwentnie realizuje politykę „America First”. Nie oznacza to jednak, że współpraca transatlantycka przestała istnieć albo że Stany Zjednoczone traktują Europę wyłącznie jako konkurenta. W praktyce nadal funkcjonują silne powiązania gospodarcze, wojskowe i instytucjonalne. Dlatego nie mówiłbym o zerwaniu relacji transatlantyckich, lecz o ich stopniowym przeobrażeniu. Najbardziej sporne staje się dziś pytanie o skalę i charakter amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo Europy.
Czytaj więcej
Byłem rozczarowany. Byłem rozczarowany Włochami. Byłem rozczarowany Wielką Brytanią (...) byliśmy rozczarowani Niemcami i Francją. Jesteśmy rozczar...
Czyli wycofywanie z naszego kontynentu komponentu wojskowego.
To raczej zmiana modelu amerykańskiej obecności w NATO niż proste wycofywanie się Stanów Zjednoczonych z Europy. USA coraz wyraźniej oczekują, że europejscy sojusznicy będą szybciej rozwijać własne zdolności obronne i przejmować większą część ciężaru konwencjonalnego, zwłaszcza lądowego, odstraszania Rosji. Nie oznacza to automatycznego zaniku amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, bo istnieją także ograniczenia polityczne i ustawowe dla zbyt głębokiej redukcji sił USA. Oznacza natomiast, że Europa będzie pod coraz większą presją, by w większym stopniu odpowiadać za bezpieczeństwo kontynentu.
USA pozostają największym inwestorem zagranicznym w Europie. Z kolei UE najwięcej produktów sprzedaje do USA. Trump akurat często kieruje się rachunkiem ekonomicznym.
W przypadku Donalda Trumpa trzeba odróżniać ostrą retorykę polityczną od trwałych interesów gospodarczych. Powiązania handlowe, inwestycyjne i technologiczne między Stanami Zjednoczonymi a Europą pozostają bardzo głębokie i działają stabilizująco. Nie eliminują napięć, zwłaszcza w sprawach ceł, regulacji czy dostępu do rynku, ale tworzą silną zachętę do utrzymania współpracy. Stany Zjednoczone potrzebują rynków zbytu, partnerów technologicznych i dużych odbiorców swoich produktów oraz usług, a Europa nadal odgrywa tu istotną rolę. Dotyczy to nie tylko handlu cywilnego, ale także energetyki, zakupów uzbrojenia i infrastruktury strategicznej. Dobrze pokazuje to przykład Polski, która kupuje amerykańskie uzbrojenie i LNG, a pierwsza elektrownia jądrowa ma powstać we współpracy z amerykańskimi firmami. Dlatego napięcia polityczne nie przekreślają współpracy gospodarczej – obie strony nadal mają interes w jej utrzymaniu.
To nie schyłek mocarstwowości USA, lecz koniec ich dominacji
Rozmawiamy w przeddzień 250. rocznicy ustanowienia państwowości Stanów Zjednoczonych. Obecna pozycja USA przypomina bardziej początek nowej epoki czy początek stopniowego schyłku mocarstwa?
Nie mówiłbym o schyłku amerykańskiej mocarstwowości, lecz raczej o końcu szczególnego okresu dominacji, który nastąpił po zimnej wojnie. Od początku lat 90. Stany Zjednoczone funkcjonowały w warunkach momentu jednobiegunowego, mając wyjątkowo silną pozycję gospodarczą, militarną, technologiczną i instytucjonalną, podczas gdy ich główny rywal – Związek Sowiecki – przestał istnieć. Dziś ten etap jest już zakończony. Wchodzimy w bardziej złożony i konkurencyjny porządek międzynarodowy, w którym rośnie znaczenie Chin, Indii, państw średnich i aktorów regionalnych. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone przestają być najważniejszym mocarstwem świata. Oznacza raczej, że muszą działać w środowisku, w którym ich przewaga jest częściej kwestionowana i trudniejsza do utrzymania niż w latach 90. czy na początku XXI wieku.
Na koniec pobawmy się w futurologię – czy Stany Zjednoczone Ameryki będą istniały za kolejne 250 lat?
Przy perspektywie 250 lat mówimy już przede wszystkim o spekulacji, a nie o odpowiedzialnej prognozie. Nie widzę dziś podstaw, by zakładać, że Stany Zjednoczone przestaną istnieć. Można oczywiście zakładać, że ich ustrój, społeczeństwo czy pozycja międzynarodowa będą się zmieniać, tak jak zmieniały się przez ostatnie dwa i pół wieku. Czym innym jest jednak zmiana formy i roli państwa, a czym innym jego rozpad. Dlatego zakładałbym ciągłość państwowości USA, choć nie da się odpowiedzialnie przesądzić, jak będzie ona wyglądała za 250 lat.
Donald Trump - najważniejsze daty
Trump wejdzie – obok Lincolna, Waszyngtona, Roosevelta czy Jeffersona – do panteonu najwybitniejszych amerykańskich prezydentów?
Na taką ocenę jest jeszcze za wcześnie. Donald Trump ma przed sobą czas, który może istotnie wpłynąć na historyczny bilans jego prezydentury – zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść. Widać też, że sam Trump przywiązuje dużą wagę do swojego miejsca w historii Stanów Zjednoczonych. Dopiero po zakończeniu kadencji będzie można pełniej ocenić, co rzeczywiście zmienił w polityce wewnętrznej, zagranicznej i gospodarczej USA. Nie mam natomiast wątpliwości, że ruch MAGA, czyli „Make America Great Again”, nie zniknie wraz z jego odejściem z Białego Domu. Stał się trwałym nurtem w amerykańskiej polityce i głęboko przekształcił Partię Republikańską, jej język, elektorat oraz sposób definiowania interesu narodowego. Niezależnie od ostatecznej oceny samego Trumpa, ten element jego dorobku pozostanie istotnym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń amerykańskich polityków.