Historycznym fundamentem Stanów Zjednoczonych od zawsze była wolność, oparta na silnych instytucjach, wolny i wspólny dla poszczególnych stanów rynek, oraz rozwój infrastruktury, kapitału i innowacji. Już Ojcowie Założyciele dostrzegali związek między wolnością polityczną, stabilnością prawa i rozwojem gospodarczym.

Reklama
Reklama

W „The Federalist Papers” podkreślali znaczenie ochrony własności, rządów prawa i jednolitego rynku obejmującego wszystkie stany. Swobodny przepływ ludzi, towarów, kapitału i pomysłów okazał się jedną z największych przewag amerykańskiej gospodarki. Stał się też wzorem, na którym budowała się Europejska Wspólnota Węgla i Stali, której córką jest dzisiejsza Unia Europejska. Mało kto pamięta, że Unię Europejską zbudowali właśnie Amerykanie, chcący zbudować partnera gospodarczego dla rosnącej amerykańskiej gospodarki. Plan Marshalla nie był wyłącznie zastrzykiem finansowym dla Europy Zachodniej, lecz także formą interwencji geopolitycznej. Bo przecież za Żelazną Kurtyną budowała się inna wizja świata, gospodarki i społeczeństwa, która ostatecznie zbankrutowała w każdym z tych wymiarów.

Sukces Stanów Zjednoczonych nie wynikał jednak wyłącznie z ograniczonej roli państwa. Ameryka rozwijała się dlatego, że potrafiła koncentrować politykę publiczną w obszarach zwiększających produktywność i konkurencyjność. Od deregulacji transportu i telekomunikacji w latach 70. i 80., przez późniejszy rozwój rynku kapitałowego i technologiczną eksplozję z Doliny Krzemowej. W międzyczasie spadały koszty prowadzenia działalności. Podobną logikę widzimy obecnie: wystarczy tylko wymienić programy takie jak CHIPS and Science Act, Infrastructure Investment and Jobs Act czy Inflation Reduction Act. Wszystkie koncentrują się na strategicznych źródłach przyszłej konkurencyjności USA: nowych technologiach, infrastrukturze i zwiększeniu krajowych zdolności produkcyjnych.

Europa, starsza siostra Stanów Zjednoczonych, idzie dzisiaj niestety inną drogą. Nie chodzi już nawet o rosnącą liczbę regulacji w UE, lecz przede wszystkim o ich malejącą skuteczność i skutki uboczne. Debata publiczna często skupia się na rozwiązaniach fiskalnych i sektorowych, bez pełnej analizy konsekwencji gospodarczych. Dobrym przykładem jest rynek wyrobów tytoniowych: z najnowszego raportu KPMG wynika, że nielegalna konsumpcja papierosów w Unii Europejskiej po raz pierwszy od dekady przekroczyła próg 10 proc. rynku. Z kolei w przypadku e-papierosów, jak podaje raport niemieckiego Fraunhofer Institute for Integrated Circuits IIS, szara strefa w Polsce sięga już niemal 60 proc. rynku. Powód? W obydwu przypadkach ten sam: nieprzemyślana polityka fiskalna i przeszacowanie podwyżek akcyzowych.

Nikt nie kwestionuje zdrowotnych celów polityki antynikotynowej. Problem pojawia się jednak wówczas, gdy dotychczasowe narzędzia przestają realizować założone cele. Wysoka i stale rosnąca akcyza na wyroby tytoniowe miała ograniczać ich konsumpcję i zwiększać dochody budżetowe państw UE. Niestety, w praktyce doprowadziła do tego, że lwia część konsumentów przechodzi do szarej strefy. Budżet państwa traci wpływy. Tracą też legalne biznesy – takie jak nasz, który nad Wisłą działa i inwestuje od 30 lat. Zyskują zaś zorganizowane grupy przestępcze. Ten przykład jasno dowodzi, że politykę publiczną należy oceniać przede wszystkim przez pryzmat rezultatów, nie zaś wyłącznie intencji.

W tym kontekście „lekcje z Ameryki” są dziś dla Europy szczególnie interesujące. Przez dekady USA koncentrowały się na wzmacnianiu konkurencyjności. Europa zaś coraz częściej musi odpowiadać na pytanie: czy część obciążeń fiskalnych i regulacyjnych nie zaczyna działać przeciwko nam? Bo Unia Europejska nie zmaga się dziś z brakiem nowych regulacji, które mają w cudowny sposób uzdrowić unijną gospodarkę. Mierzy się raczej z fragmentacją wewnętrznego rynku, wysokimi kosztami energii oraz luką w produktywności wobec Stanów Zjednoczonych i Chin. Inwestuje też znacznie mniej niż jej globalni konkurenci.

Na te problemy wskazują zarówno raporty Enrica Letty, jak i Mario Draghiego. Komisja Europejska odpowiada strategią „One Europe, One Market”. Diagnoza wydaje się trafna. Kluczowe – jak zawsze – będzie jej wdrożenie. I wpływ na produktywność, która nabiera dziś coraz większego znaczenia. To ona decyduje o poziomie wynagrodzeń, konkurencyjności przedsiębiorstw i możliwościach finansowania usług publicznych.

Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my?

Polska jest jednym z największych sukcesów gospodarczych ostatnich trzech dekad. Transformacja, integracja z gospodarką światową i członkostwo w UE pozwoliły nam zbudować jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek Europy. Dotychczasowy model wzrostu nie będzie jednak trwać wiecznie. Maleją nasze przewagi kosztowe. Polskie społeczeństwo się starzeje. Rynek pracy staje się coraz bardziej napięty. Przyszły wzrost będzie zależał zatem przede wszystkim od naszej produktywności. Dziś jeszcze cieszymy się z tego, że rozwijamy się szybciej niż większość państw zjednoczonej Europy. Nadal jednak pozostajemy za najbardziej produktywnymi gospodarkami Starego Kontynentu.

Dlatego warto postawić pytanie o efekty gospodarcze regulacji planowanych przez Unię dla Polski. Dobrym przykładem są rewizje unijnych dyrektyw tytoniowych: akcyzowej (TED) i produktowej (TPD). Ich znaczenia dla zdrowia publicznego nikt nie kwestionuje. Trudno jednak uznać je za odpowiedź na najważniejsze wyzwania stojące dzisiaj przed europejską gospodarką. Nie zwiększą produktywności. Nie obniżą kosztów energii. Nie przyspieszą integracji rynku usług. Nie stworzą europejskich liderów technologicznych. Nie rozwiążą problemów rynku kapitałowego. Uderzą natomiast w sektor, w którym Polska jest jednym z liderów: jesteśmy jednym z największych producentów i eksporterów wyrobów tytoniowych w UE i głównym producentem tytoniu w Europie.

Tymczasem Europa równocześnie mierzy się z wolniejszym wzrostem, słabszym poziomem inwestycji i rosnącą konkurencją ze strony USA oraz Chin. W takich warunkach równie cenne jak pieniądze – stają się czas i uwaga regulatorów. Automatyzacja, cyfryzacja i nowe technologie stają się kluczowe. Minister finansów, Pan Andrzej Domański, wskazał niedawno energetykę i rynek kapitałowy jako obszary, w których Polska nadal odstaje od najbardziej rozwiniętych państw Europy. Rzadko w debacie publicznej pada jednak odwołanie do naszego sektora, który tylko w Polsce generuje około 40 mld złotych przychodów fiskalnych rocznie, zapewnia dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z głównych źródeł nadwyżki eksportowej polskiego rolnictwa.

Historia Stanów Zjednoczonych pokazuje szczególnie wyraźnie jedną rzecz. To, że trwały dobrobyt nie powstaje dzięki pojedynczym regulacjom. Powstaje tam, gdzie państwo konsekwentnie tworzy warunki dla inwestycji, innowacji i przedsiębiorczości. Dla Polski i Europy najważniejsza lekcja z Ameryki brzmi więc dziś następująco: czy potrafimy skupić się na sprawach, które faktycznie zdecydują o konkurencyjności Europy w kolejnych dekadach?