Kiedyś Polacy emigrowali za ocean, uciekając przed biedą i beznadzieją. Byli to najczęściej ludzie słabo wykształceni, szukający jakiejkolwiek pracy fizycznej, by utrzymać rodziny w kraju. Dziś przybywa tu zupełnie nowa fala imigrantów: świetnie wykształceni, pewni swego inżynierowie, menedżerowie i przedsiębiorcy. W Dolinie Krzemowej, która jest ich głównym celem, szukają globalnej kariery, wielkich pieniędzy i udziału w rewolucji, która zmienia świat.
Dolina Krzemowa, rozciągająca się wzdłuż Zatoki San Francisco, to serce boomu technologicznego napędzanego sztuczną inteligencją. Od czasu XIX-wiecznej gorączki złota nie obserwowano na świecie tak szybkiego przyrostu prywatnego bogactwa. Przybywają tu kolejni chętni, by coś z tego uszczknąć dla siebie, a wśród nich coraz głośniej słychać język polski. Młodzi Polacy trafiają do Doliny w momencie, gdy wyceny spółek technologicznych osiągają historyczne maksima, a wielu ekspertów mówi już wprost o narastającej „bańce AI”.
Od krupiera do założyciela startupu AI
Michał Majerczak, mistrz Polski w kajakarstwie górskim, do USA przybył już w 2002 roku, mając zaledwie 300 dolarów w kieszeni. Przeszedł klasyczną, ciężką szkołę emigracji – pracował jako kelner i krupier. Nie zamierzał jednak poprzestać na prostych pracach fizycznych. Dzięki uporowi i nauce ostatecznie założył Actaware – platformę informacyjną zasilaną sztuczną inteligencją, która pomaga użytkownikom podejmować świadome decyzje konsumenckie, czyli zgodne z ich wartościami. Teraz jest wzorem dla rzeszy młodych, pozbawionych kompleksów przybyszy znad Wisły. „Tu wszystko opiera się na relacjach i rekomendacjach. Pomagasz komuś, zarabiasz, potem pomagasz dalej” – zauważa.
Czytaj więcej
Dolina Krzemowa to serce boomu na sztuczną inteligencję. Od czasu gorączki złota nie obserwowano na świecie tak szybkiego przyrostu prywatnego boga...
„Czego brakuje Polakom? Relacji i pewności siebie” – diagnozuje Majerczak. Ale przyznaje, że to się zmienia. Współorganizuje od tego roku regularne, prestiżowe „Vistula Valley Nights”, na które zapraszani są najlepsi amerykańscy inwestorzy z funduszy takich jak Sequoia czy Sequoia Capital. Polacy wreszcie zbudowali swój własny, silny „dom narodowy”, Vistula Valley Club, nie czekając na wsparcie Warszawy, którego, według nich, brakuje.
Ilu jest tu Polaków? W całym San Francisco Bay Area mieszka dziś ponad 20 tys. osób polskiego pochodzenia (150–200 tys. w całej Kalifornii), z czego około 3 tys. inżynierów, naukowców i przedsiębiorców to grupa przybyła w ostatnich latach z Polski. Nie dorównują, co prawda, liczebnie i wpływami Hindusom czy Chińczykom, ale jak przekonują, rośnie ich znaczenie, zaczyna wręcz funkcjonować określenie „Polish Tech Mafia” na wzór słynnej PayPal Mafii, z której wywodzili się Elon Musk czy Peter Thiel.
Przedstawicielem najmłodszej fali „poszukiwaczy cyfrowego złota”, która przybywa już z zupełnie innych pozycji niż dawna Polonia, jest 28-letni Łukasz Bartoszcze. Wcześniej pracował w znanej, zajmującej się bezpieczeństwem, spółce Palantir, ale postanowił pójść na swoje. Stworzył Wisent – innowacyjne narzędzie walczące z halucynacjami sztucznej inteligencji, na które zdołał pozyskać 3 mln dol. w ubiegłorocznej rundzie inwestycyjnej.
20. największych firm technologicznych na świecie
Ale polskim fenomenem dobrze znanym w Dolinie Krzemowej jest ElevenLabs, założony przez Piotra Dąbkowskiego i Mateusza Staniszewskiego system syntezy mowy AI. Firma zyskała już status globalnego jednorożca, a miliardowe finansowanie zapewniają jej najpotężniejsze amerykańskie fundusze z Andreessen Horowitz na czele. Obok takich tuzów jak OpenAI czy Anthropic to obecnie jeden z liderów rewolucji AI.
Polskich innowacyjnych firm, które zakorzeniły się nad Zatoką San Francisco, jest zresztą znacznie więcej: Vidoc, Wordware, Zeta Labs, Zowie. Wordware, założona przez Roberta Luksa i Filipa Kozera platforma do budowania aplikacji AI bez kodowania, odniosła wielki sukces, oferując jedno z najbardziej popularnych narzędzi dla programistów w San Francisco.
Z kolei Zeta Labs, kierowana przez Fryderyka Wiatrowskiego, w tym roku została uznana za jednego z najlepszych twórców tzw. AI Agents (autonomicznych agentów, którzy potrafią sami obsługiwać przeglądarkę i wykonywać zadania za człowieka). Jej model JACE odnosi sukcesy w Dolinie Krzemowej i przyciągnął miliony dolarów od amerykańskich funduszy.
Polaków można spotkać m.in. w prestiżowym coworkowym centrum Shack15 przy nabrzeżu, gdzie kręcą się młodzi startupowcy, na których polują potężne anioły biznesu. Polacy założyli Vistula Valley Club – grupę wzajemnego wsparcia, budowania kontaktów w samym sercu Doliny Krzemowej.
Polacy rządzą projektami w Google i SpaceX
Obok młodych, drapieżnych startupów, drugą, równie wpływową nogą polskiej obecności w Kalifornii są menedżerowie, naukowcy i inżynierowie kierujący kluczowymi projektami wewnątrz technologicznych korporacji. Polacy zajmują wysokie stanowiska w globalnych strukturach, zarządzając inżynieriami, rozwojem produktów czy badaniami nad AI.
Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów jest Jack Krawczyk, który w Google kierował ważnym projektem koncernu – modelem Bard (będącym bezpośrednią odpowiedzią na ChatGPT). Dla Krawczyka, który jako dziecko wyemigrował z Polski do USA, a potem rzucił rękawicę OpenAI, obecny rozwój technologii to epokowy moment: „To ogromna szansa na ulepszenie świata, w którym możemy pozwolić ludziom rozkwitnąć i tworzyć rzeczy wcześniej nieosiągalne”.
Czytaj więcej
Badacze nie mają wątpliwości: nadchodzi era samodzielnych agentów medycznych. Boty potrafią prowadzić wywiady z pacjentami, diagnozować, zlecać bad...
Z kolei w laboratoriach badawczych Google Research nad przełomowymi modelami AI w medycynie pracuje dr inż. Marcin Sieniek. Jego zespół wytrenował model AI do interpretacji obrazów mammograficznych, a wyniki tych prac – wykazujące, że sztuczna inteligencja była skuteczniejsza od pojedynczego radiologa – opublikowano w prestiżowym czasopiśmie „Nature”. Rozwiązanie przeszło już próby kliniczne w Chicago i trafia do szpitali, także w Polsce.
„Polscy inżynierowie, specjaliści od badań i rozwoju w dziedzinie sztucznej inteligencji, a także menedżerowie i liderzy biznesowi odgrywają kluczową rolę w wielu globalnych projektach Google'a” – tłumaczy Sieniek, który do Kalifornii trafił z krakowskiego biura firmy. „Mamy w Polsce bardzo dobrą edukację ścisłą. Kilka uczelni, zwłaszcza Uniwersytet Warszawski, osiąga genialne wyniki w topowych zawodach programistycznych, jak Top Coder czy ACM. Polacy za granicą cieszą się też opinią niezwykle ciężko pracujących. Dlatego są rozchwytywani”.
Wpływy rodaków sięgają jednak głębiej. Spore grono polskich inżynierów rozwija silniki OpenAI, a słynny programista Tomasz Czajka dba o oprogramowanie rakietowe w SpaceX Elona Muska.
Doświadczony programista zarabia w Dolinie Krzemowej od 4 do 6 razy więcej niż w Polsce
Zanim jednak trafi się na szczyty korporacyjnych struktur lub pozyska miliony od funduszy, tutejsza rzeczywistość wymaga ogromnych wyrzeczeń. Swoje miejsce wydziera tu pochodzący spod Kalisza 38-letni Adrian Pietrzak, były menedżer sprzedaży w branży IT. Do San Francisco przyjechał z żoną Julią i roczną córką. Wynajęli mieszkanie na 38. piętrze w dzielnicy finansowej, z widokiem na Zatokę i zaczęli pracę nad sterowaną AI aplikacją EVA (Emotion Validation Assistant) oraz urządzeniem w formie bransoletki, która ma mierzyć emocje i pomagać w walce ze stresem oraz wypaleniem zawodowym.
„Chcemy rozwiązać problem wart 5 bln dolarów rocznie, bo tyle globalna gospodarka traci na absencjach i spadku produktywności wynikającym z negatywnych emocji” – tłumaczy Pietrzak. Sam pod wpływem stresu rzucił etat, a oszczędności ulokował w startupie. „Dolina żyje w bańce. Płacimy za wynajem pięć razy więcej niż w Poznaniu. Ale to ma być najpiękniejsza przygoda w naszym życiu” – zaznacza.
Raj na ziemi, ale drogo
Polacy, którzy przyjeżdżają do Doliny Krzemowej, chcą żyć w tutejszym „raju”. I na pierwszy rzut oka Bay Area rzeczywiście go przypomina. To kalifornijskie dolce vita: bliskość oceanu, parki narodowe z gigantycznymi sekwojami, słynna dolina Napa Valley przypominająca krajobrazem włoską Toskanię, a w zaledwie cztery godziny można stąd dojechać samochodem do dzikiego parku Yosemite. Do tego dochodzi znakomita pogoda – poza styczniem i lutym w tej części Kalifornii praktycznie nie pada.
Najważniejszym miastem jest tętniące życiem San Francisco – kultowe miasto Ameryki, znane z hollywoodzkich produkcji, takich jak seria „Dirty Harry” z Clintem Eastwoodem czy „Ucieczka z Alcatraz”. Wszędzie widać tu flagi Kalifornii z niedźwiedziem grizzly i napisem „California Republic”, co świadczy o ogromnym poczuciu odrębności tutejszych mieszkańców. Po ulicach bezszelestnie poruszają się białe, autonomiczne taksówki Waymo, wzbudzając cichą frustrację wśród ludzkich kierowców, ponieważ jeżdżą bezwzględnie i precyzyjnie zgodnie z przepisami.
San Francisco to jednak miasto skrajności. Z jednej strony niewyobrażalne bogactwo generowane przez AI (rejon zatoki ma już więcej miliarderów niż Nowy Jork – 82 wobec 66), z drugiej – kryzys humanitarny, przestępczość i bezdomność. Według oficjalnych danych, niemal 11 proc. populacji Doliny Krzemowej żyje w skrajnym ubóstwie.
W istocie wyzwaniem są koszty, które drenują kieszenie nawet najlepiej zarabiających korporacyjnych dyrektorów. Nawet wynajem skromnego jednopokojowego mieszkania w San Francisco, San Jose czy Palo Alto to koszt rzędu 2,5–3,5 tys. dol., a zakup małego domu to 1,2–1,5 mln dol. Do tego trzeba dodać wysokie podatki dochodowe (federalne i stanowe) czy wysokie koszty prywatnej opieki medycznej i edukacji dzieci. Dlatego duża część młodych programistów decyduje się na drastyczne oszczędności, mieszkając na start w przyczepach kempingowych pod biurowcami gigantów i pracując po nocach.
Różnica w zarobkach między Polską a Doliną Krzemową jest ogromna. Doświadczony programista zarabia tu od 4 do nawet 6 razy więcej niż programista na analogicznym stanowisku w Polsce. Zwłaszcza startupowcy, dla których ważny jest cały ekosystem i dostęp do finansowania, którego brakuje w Polsce, mogą się radykalnie wzbogacić. Jak potwierdza Marcin Sieniek, który oprócz pracy w Google jest też aniołem biznesu, w niektórych startupach pracuje się bardzo ciężko. Przy inwestowaniu w młode firmy ryzyko jest ogromne, ale jedna trafiona spółka na dziesięć może przynieść dwudziestokrotny zwrot. A pracownik, który dołączył jako piąty czy dziesiąty, może zostać multimilionerem, jeżeli tej firmie uda się wejść na giełdę albo zostanie korzystnie sprzedana. A wtedy można na miejscu rozwijać kolejne biznesy albo wrócić z workiem pieniędzy do coraz lepiej radzącej sobie i zdecydowanie tańszej Polski.