Koniec roku sprzyja podsumowaniom. W cyklu #najlepRze2022 przypominamy teksty z 12 miesięcy tego roku, które wzbudziły najwięcej zainteresowania, emocji i Państwa reakcji.

Co naprawdę wydarzyło się w pana gabinecie?

Najpierw może wyjaśnię cel wizyty w Ukrainie. Prowadzimy intensywną współpracę na wielu płaszczyznach z policją ukraińską i Państwową Służbą Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, DSNS. To taka państwowa straż pożarna z rozszerzonymi zadaniami o kwestie neutralizacji ładunków wybuchowych czy rozminowywania. Chcemy tę współpracę rozszerzać. Do Ukrainy dotarliśmy 11 grudnia, w niedzielę późnym wieczorem, a 12 grudnia miałem dwa kluczowe spotkania. Pierwsze z komendantem głównym Narodowej Policji Ukrainy Ihorem Kłymenką trwało półtorej godziny. Rozmawialiśmy m.in. o wsparciu sprzętowym. Na koniec tradycyjnie przekazaliśmy sobie prezenty. Ja darowałem panu generałowi skromny policyjny gadżet – portfel, długopis, wizytownik i butelkę polskiego alkoholu. Pan generał wręczył mi tubę po granatniku, która – jak powiedział – jest tubą zużytą, pustą, bezpieczną, przerobioną na głośnik, z którego można korzystać przez Bluetooth. Zresztą zaprezentował mi, jak ten głośnik działa. Na drugie spotkanie udaliśmy się do Państwowej Służby Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, przyjął nas gen. Serhij Kruk. Był też jego zastępca, gen. Dmytro Bondar, który zaprosił nas do sali, gdzie zgromadzono różne elementy zużytej broni z ich codziennej służby. Są to zneutralizowane pociski, granatniki, elementy czołgów i samolotów. Na koniec rozmowy gen. Bondar powiedział, że ma dla nas taką pamiątkę. To była podobna tuba po zużytym granatniku.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Polska, czyli państwo z granatnika

Jaki był model tych granatników?

Na pewno były jednorazowego użytku, a po ich wykorzystaniu pozostaje tylko metalowa tuba. Ta, którą podarował mi gen. Bondar, była zaślepiona dwoma elementami ze styropianu. Bondar powiedział, że mają tego mnóstwo, że strzelają tym do artylerii, do rosyjskich czołgów oraz wykorzystują do szkoleń.

Czy gen. Bondar sam wybrał granatnik spośród sprzętu w magazynie?

Generał Bondar wysłał po ten granatnik jednego ze swoich ludzi, i z tego co zrozumiałem, wysłał go do swojego pokoju. Stamtąd został przyniesiony.

Nie zapaliła się panu czerwona lampka? To w końcu broń.

Pytaliśmy, czy na pewno jest to sprzęt bezpieczny, bo będziemy wracać przez granicę, czy możemy to przewozić. Zapewniono nas, że tak, bo to urządzenie jest bez materiałów wybuchowych, że to złom. Wiem, że tego typu prezenty Ukraińcy przekazują innym przedstawicielom służb, także z Europy. Zresztą podobny, zużyty element otrzymał mój zastępca, będąc niedawno w Ukrainie, ja w czerwcu również dostałem na pamiątkę element rozbrojonych militariów. Jeden z członków naszej delegacji zabrał prezenty do jednego z samochodów, którymi jechaliśmy. Z Kijowa ruszyliśmy prosto do Polski, bez noclegu, były tylko dwie przerwy na tankowanie. Ani razu nie zostawialiśmy aut bez nadzoru.

Czy na granicy powiedział pan, co wieziecie? Pogranicznicy zaglądali do bagażnika? Broń trzeba zgłosić, inaczej to przemyt.

Nie zaglądali, ponieważ przejeżdżałem granicę na paszporcie dyplomatycznym. A nie zgłaszałem prezentu, bo w naszej świadomości to nie było uzbrojenie, tylko dwie zużyte, puste tuby po granatnikach.

Jak trafiły one do pana gabinetu? Jak wyglądał sam moment eksplozji?

W nocy dotarliśmy do Polski, ja pojechałem do siebie, mój kierowca miał te rzeczy wnieść wieczorem do budynku. Kiedy przyjechałem 14 grudnia rano do pracy, leżały na zapleczu, przy gabinecie, płasko na podłodze, utrudniając przejście. Zdjąłem płaszcz i chciałem je przestawić. Złapałem tubę granatnika w dolnej części, lekko się pochyliłem i podniosłem ją do pionu. Kiedy ją postawiłem, to nastąpiła potężna eksplozja. Mnie ogłuszyło, słyszałem jeden wielki pisk i świst w uszach. W podłogę poszedł jeden element, a w górę wystrzelił drugi, dlatego są zniszczone dwie kondygnacje – podłoga i sufit, w jednej linii pionowej.

Czyli pusty granatnik wystrzelił sam?

Tak, o tym, że do niczego nie celowałem, świadczą zniszczenia. Tuba granatnika w chwili eksplozji stała pionowo na podłodze. Biegły balistyk z pewnością podda analizie, gdzie jest dziura w podłodze i gdzie jest dziura w suficie. To dowodzi, że ja z niego nie strzelałem. Bo takim granatnikiem strzela się, kładąc go na ramieniu w pozycji poziomej.

Czytaj więcej

Poseł PiS zasugerował, że komendant główny policji mógł pomylić granatnik ze stylizowaną butelką alkoholu

Kiedy zobaczyłem, że w podłodze jest dziura, kazałem kierowcy szybko sprawdzić, co się stało na dole, czy nikomu nic się nie stało. Poprosiłem, by pilnie zawołał moich zastępców, żeby zawiadomili straż pożarną, pirotechników i prokuraturę, a dla mnie wezwali karetkę.

Wojskowi twierdzą, że naładowany granatnik jest ciężki i nawet laik to rozróżni. Jak to możliwe, że ani gen. Bondar, ani pan tego nie zauważył?

Pierwszy raz w życiu miałem granatnik tego typu w rękach. Nie pasjonuję się bronią, zwłaszcza tą o charakterze stricte militarnym, a jedyna broń, jaką posiadam, to moja broń służbowa. Dla mnie obie tuby różniły się nieznacznie kształtem, ale nie odczułem jakiejś różnicy w wadze. Takiej różnicy nie zauważyły również inne osoby, które trzymały ją w rękach, w tym gen. Bondar. Byliśmy zapewniani przez szefów ukraińskich służb, że to są elementy zużyte, bezpieczne, niestanowiące żadnego zagrożenia, bez zawartości materiałów wybuchowych.

Nie wyobrażam sobie, żeby w tak partnerskiej relacji nie ufać służbom, z którymi współpracujemy

Jarosław Szymczyk

Co działo się po wybuchu?

Przyjechali medycy, opatrzyli mnie wstępnie i zawieźli do szpitala na Wołoską. Straż pożarna przyjechała natychmiast, wezwaliśmy ją, bo w ładunku mogło być np. skażenie radiacyjne, chemiczne, biologiczne. Na moją prośbę mój zastępca zadzwonił po prokuratora, a ja do pana ministra Kamińskiego, o wszystkim go informując. W szpitalu w obecności prokuratora lekarz pobrał mi krew – byłem trzeźwy. Pobrano też inne wymazy z mojego ciała.

MSWiA poinformowało w komunikacie, że resort zażądał wyjaśnień od strony ukraińskiej. Jak to tłumaczą? Ludzkim błędem czy czymś więcej?

Napisaliśmy niezwłocznie do strony ukraińskiej, informując o zdarzeniu. Dotąd nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Czytaj więcej

Komendant i granatnik. "Złamano wszelkie procedury"

Gen. Bondar po tym zdarzeniu nie odezwał się do pana. Czy to nie dziwne? Co pan o tym sądzi?

Dostałem wiadomość od gen. Kłymenki, który bardzo ubolewa nad tym zdarzeniem, zapewniał mnie, że oni zawsze bardzo wnikliwie sprawdzają prezenty, i wykluczył, by mogli przekazać coś, co mogłoby stanowić zagrożenie. Z generałami Bondarem i Krukiem nie mam bezpośredniego kontaktu telefonicznego. Nie chcę w jakikolwiek sposób ich oceniać, choć ich milczenie dziwi, wierzę w to, że nie mieli z tym nic wspólnego.

Jakie jest według pana wyjaśnienie tej niesamowitej historii? Ktoś pusty granatnik nabił prochem, podmienił?

Wierzę, że to wszystko zbada polska prokuratura w ramach prowadzonego postępowania. Ja nie mogę prowadzić działań wyjaśniających, kto komu to przekazywał, kto miał do tego dostęp i czy był moment, że tuby po granatnikach pozostały bez nadzoru.

Czy służby specjalne włączyły się do sprawy?

Wiem, że zajmuje się tym ABW, a strona ukraińska i to na szczeblu rządowym do wyjaśnienia sprawy wyznaczyła SBU, a więc służbę specjalną, co też wiele mówi. Choć życie nauczyło mnie, by opierać się na faktach i dowodach, to w tej sprawie mam duże wątpliwości, czy była to czyjaś pomyłka.

Co pan ma na myśli?

Zaraz po inwazji Rosji na Ukrainę jako szef polskiej policji wystąpiłem do szefa Interpolu o wykluczenie Rosji ze struktur tej organizacji. Na szczycie komendantów policji w ONZ w Nowym Jorku wystąpiłem ze zdecydowaną krytyką Federacji Rosyjskiej, mówiąc o ich ludobójstwie w Ukrainie. Wtedy część delegacji rosyjskiej wyszła z sali. Na zgromadzeniu ogólnym Interpolu w New Delhi poparłem jako jedyny wniosek strony ukraińskiej o zmianę statutu Interpolu tak, by stworzyć możliwość wykluczania państwa członkowskiego. Podałem za przykład Rosję, w efekcie strona rosyjska zażądała wykluczenia mnie z obrad. Bardzo intensywnie jako policja współpracujemy ze służbami ukraińskimi, m.in. w zakresie szkoleniowym i sprzętowym. Jesteśmy członkiem międzynarodowego zespołu śledczego w zakresie zbrodni ludobójstwa dokonywanego przez żołnierzy rosyjskich w Ukrainie, szkolimy policjantów mołdawskich, ochraniamy opozycjonistów białoruskich. Jest wiele powodów, dla których ktoś mógł chcieć albo zdyskredytować mnie, albo zrobić mi krzywdę, lub zniszczyć relacje służb polsko-ukraińskich. Te fakty dużo mówią.

Dlaczego ani pan, ani żadna z osób towarzyszących, jak podpowiadał rozsądek, nie sprawdziła prezentu? Mógł tam być np. kilogram kokainy.

Jeśli mogę sobie coś zarzucać, to to, że zaufałem za bardzo. Ale nie wyobrażam sobie, żeby w tak partnerskiej relacji nie ufać służbom, z którymi współpracujemy. Nie przyjmujemy zapakowanych przesyłek, a gdybyśmy mieli je sprawdzać pirotechnicznie, popadlibyśmy w obłęd. Nie jestem gadżeciarzem, ale w trakcie wyjazdów zagranicznych otrzymuję różne prezenty. Te puste tuby po granatnikach chciałem przekazać dla kontrterrorystów jako pamiątkę. Jestem wezwany na przesłuchanie w charakterze pokrzywdzonego, co chcę podkreślić.

To wstępna kwalifikacja, został pan poszkodowany, ale śledczy będą zapewne badać i to, czy jest pan winny spowodowania zagrożenia.

W pełni oddaję się do dyspozycji prokuratury, poddaję opiniom biegłych, ja tylko mówię paniom, jak było.

Dlaczego wybuch ukrywano i media karmiono wersją o „katastrofie budowlanej”. Policja milczała, MSWiA dobę później wydało komunikat.

Rzeczywiście, zbyt późna informacja do opinii publicznej tylko przyniosła falę spekulacji. Jednak ja po wybuchu trafiłem do szpitala, trwały oględziny, nie chciałem się w tym czasie wypowiadać.

Jakie pan odniósł obrażenia?

Najpoważniejsze dotyczy słuchu, wczoraj byłem poddany rekonstrukcji błony w lewym uchu, ponieważ jest mocno pęknięta i zdeformowana. W prawym mam osłabiony słuch. Z prawego oka usunięto mi ciała obce, mam rany na podudziach. Lekko ranny na skutek przebicia dziury w podłodze został pracownik cywilny, w pokoju poniżej, na którego spadła lampa z sufitu i uderzyła go w głowę. Nie ma innych osób poszkodowanych.

Czy ma pan sobie coś do zarzucenia w tej sprawie?

Dziękuję Opatrzności, że żyję i nikomu nic poważnego się nie stało. Dziś, z perspektywy czasu, znając efekt finalny, myślę, że można było coś więcej zrobić. Bez względu na efekty postępowania prokuratorskiego, musimy zweryfikować nasze policyjne procedury i na bazie tego zdarzenia wyciągnąć wnioski.

Jednak powszechne są opinie, że szef policji nieświadomie przywiózł prawdziwą broń, co jest kompromitacją. Prestiż policji ucierpiał.

Podkreślę, to była tuba zużytego granatnika, zasłonięte końcówki, nie jest do rozpoznania, czy jest to broń uzbrojona, czy nie. Ja nie byłem w stanie tego rozpoznać, oparłem się na zapewnieniach i deklaracjach szefów najważniejszych służb odpowiadających za bezpieczeństwo wewnętrzne w Ukrainie. Czuję się ofiarą, a nie sprawcą.

Czy złoży pan dymisję?

Na dziś nie widzę powodu, żeby taki wniosek składać. Aczkolwiek mam świadomość, że to decyzja pana ministra spraw wewnętrznych i administracji, a docelowo decyzja pana premiera, i ja się jej podporządkuję.