Reklama

Modlitwa za ojca

Rosyjski premier był tu po raz pierwszy. Dzieci zamordowanych polskich oficerów przyjeżdżają co roku. Piotr Zychowicz pisze z Katynia

Publikacja: 07.04.2010 21:14

Modlitwa za ojca

Foto: ROL

Gdy zakończyły się oficjalne uroczystości i Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu opuścili obaj premierzy, towarzyszące im świty, kompanie reprezentacyjne, wojskowa orkiestra, ochroniarze i tłumy dziennikarzy, nekropolia opustoszała.

Pozostało na niej około 30 osób. Starszych ludzi z biało -czerwonymi opaskami na rękawach. Wolnym krokiem szli wzdłuż muru, do którego przytwierdzono długie rzędy tabliczek upamiętniających zamordowanych oficerów. Szukali swoich ojców. Na każdej tabliczce widnieją różne stopnie wojskowe, różne nazwiska, różne daty i miejsca urodzenia. Na wszystkich ta sama data śmierci – "1940".

– To jest tabliczka poświęcona mojemu ojcu – mówi Anna Bochenek z Czorsztyna. Nazywał się Jan Amerek i był kawalerzystą. W cywilu prawnikiem. Na tabliczce błędnie podano jego stopień jako "podporucznik". W rzeczywistości był kapitanem. Pod tabliczką pani Bochenek zapaliła znicze i położyła kilka róż.

– Który raz odwiedza pani Katyń?

– Pierwszy. To moje pierwsze spotkanie z ojcem.

Reklama
Reklama

– Pierwsze od czasu wojny?

– Nie, pierwsze w ogóle. Urodziłam się w listopadzie 1939 roku, gdy on był już w sowieckiej niewoli. Tata na krótko przed śmiercią wysłał do mamy list z obozu w Kozielsku. Napisał w nim, że wie, że jest ojcem, że ma córeczkę, ale nigdy jej nie widział. I nigdy nie zobaczył.

–...

– Wie pan, że mama nigdy drugi raz nie wyszła za mąż? Pozostałam jedynaczką.

– Dlaczego?

– Do końca miała nadzieję, że on jednak żyje. Choć już w 1943 roku po odkryciu mogił katyńskich Niemcy wydrukowali jego nazwisko w gazetach, ona nie mogła w to uwierzyć. A nuż w ostatniej chwili on jeden uciekł, a nuż siedzi gdzieś w łagrze na Syberii i któregoś dnia wróci, po prostu pojawi się w progu.

Reklama
Reklama

– Jakie wrażenie robi na pani Katyń?

– Groza. Nigdy nie spodziewałam się, że się tu tak rozkleję. Wrażenia, jakie robi to miejsce, nie da się wyrazić w słowach.

Członkowie Rodzin Katyńskich długo modlili się przy tabliczkach upamiętniających zamordowanych ojców. Czyścili je za pomocą kluczy – w wypukłe litery dostało się nieco brudu – przecierali szmatkami chropowatą powierzchnię.

W szpary pomiędzy tablicami wkładali kwiaty i miniaturowe biało -czerwone chorągiewki. Robili pamiątkowe zdjęcia. Nad opustoszałym cmentarzem powiewały leniwie dwie flagi przykryte kirem. Polska i rosyjska.

– Czy czuję nienawiść do Rosjan? Nie, skądże. Raczej jest mi ich żal. To naprawdę nieszczęsny naród. Sowieci wymordowali ich miliony. A mimo to do dziś nie potrafią sobie poradzić z własną historią – mówi pan Bogdan Taczak z Torunia.

Jego ojciec major Marian Taczak był zawodowym oficerem 8. Pułku Artylerii Ciężkiej. Wcześniej służył w pruskiej armii, ale jako "Polak z krwi i kości" opuścił szeregi i bił Niemca w powstaniu wielkopolskim. Nie wiadomo, jak dostał się do sowieckiej niewoli. Osadzono go w obozie w Starobielsku. W kwietniu 1940 roku został zamordowany przez sowieckich oprawców strzałem w tył głowy w podziemiach budynku NKWD w Charkowie.

Reklama
Reklama

– Dlaczego co roku przyjeżdżamy do Katynia? By pokazać naszym ojcom, że o nich pamiętamy – mówi pan Taczak.

– Nas, dzieci zamordowanych oficerów, ta zbrodnia dotknęła przecież najbardziej. Dla kolejnych pokoleń, pokoleń ich wnuków i prawnuków, to już nie ma takiego znaczenia. Dla nich nie była to taka tragedia. Niestety, jesteśmy już starymi ludźmi. Niedługo nas zabraknie. Mamy nadzieję, że inni będą kontynuowali naszą tradycję. Że Polacy o naszych ojcach nie zapomną.

Ojcem Danuty Kuźmickiej z Bydgoszczy był podporucznik Władysław Nieć. W Katyniu jest poświęcona mu tabliczka. – Przez wiele lat nie mogliśmy tu przyjeżdżać. Komuniści odmawiali nam prawa zmówienia modlitwy nad szczątkami ojców. Mało tego, nie wolno było głośno mówić o tej zbrodni – mówi pani Kuźmicka.

– Dziś, gdy granica jest otwarta, gdy komunizm upadł, nadrabiamy te stracone lata. Wreszcie możemy się z nimi spotkać. Z ojcami, których wielu z nas nigdy nie widziało.

[ramka] [srodtytul]Opinie dla „Rz”[/srodtytul]

Reklama
Reklama

[b]Sawa

prawosławny metropolita warszawski i całej Polski[/b]

Gdy odmawiałem modlitwę za dusze naszych pomordowanych polskich oficerów, patrzyłem na stojącego naprzeciwko mnie Putina. Widziałem, że był bardzo wzruszony. Gest, który uczynił wobec Polski, nie był wystudiowany. Mam poczucie, że moment, w którym premier Rosji skłonił głowę przed pomnikiem polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, był momentem historycznym. Wiem, że wielu ludzi uważa, że Putin jako były oficer sowieckich służb, były oficer KGB, oddając hołd ofiarom Stalina, jest mało wiarygodny. Przypominam jednak, że święty Paweł także przeszedł nawrócenie, a przedtem bestialsko prześladował chrześcijan. Ale mówiąc poważnie: wykażmy więcej optymizmu! To przecież Rosjanie byli głównymi ofiarami Sowietów. Komuniści wymordowali ich miliony, także w Katyniu. Miejmy nadzieję, że te fakty wreszcie przebiją się do świadomości narodu rosyjskiego. Wspólnota losów, dwóch narodów uciemiężonych przez ateistyczny, nieludzki totalitaryzm, może się stać platformą do pojednania. Dla nas, polskich wyznawców prawosławia, te obchody mają szczególny wymiar. Ofiarą zbrodni katyńskiej padło bowiem wielu naszych współwyznawców. Między innymi naczelny kapelan Wojska Polskiego wyznania prawosławnego ks. Szymon Fedorońko. Wiele innych nazwisk prawosławnych oficerów można znaleźć tu, na tabliczkach w Lesie Katyńskim. Wierzę głęboko, że ich ofiara, podobnie jak ofiara ich katolickich kolegów, a także pomordowanych tu wcześniej przez NKWD Rosjan, nie poszła na darmo. Dziś bowiem oba nasze kraje – Polska i Rosja – są wreszcie wolne.

[b]Michał Szudrich

naczelny rabin Rzeczypospolitej[/b]

Reklama
Reklama

Podczas uroczystości katyńskich czułem to samo, co inni Polacy zgromadzeni tego dnia w tym miejscu kaźni. Czułem wielkie wzruszenie. Udział w uroczystościach był dla mnie dużym przeżyciem. To przecież także nasi oficerowie! Przedwojenna Polska była krajem wielonarodowym, zamieszkanym przez ludzi, którzy mówili wieloma językami i wyznawali różne religie. I przedstawiciele tych wszystkich grup zostali z zimną krwią zamordowani w Katyniu przez Sowietów. W katyńskich dołach zakopano obok siebie Polaków, Białorusinów, Ukraińców, ale także Żydów. Dlatego na cmentarzu obok krzyża katolickiego jest dziś krzyż prawosławny, półksiężyc, a także gwiazda Dawida. Wszyscy ci ludzie, wyznawcy wielu religii, nosili mundury Wojska Polskiego i byli patriotami Rzeczypospolitej. Mało kto o tym wie, ale około 10 procent ofiar zbrodni katyńskiej było żydowskiego pochodzenia. Gdy jednak dziś przed premierami Polski i Rosji odśpiewałem po hebrajsku psalmy, modliłem się nie tylko za dusze Żydów, ale za dusze wszystkich zamordowanych tu oficerów. Naprawdę, trudno oddać to, co czułem w tym momencie. Byłem głęboko poruszony, ale zarazem zakłopotany, że to właśnie ja miałem zaszczyt reprezentować polskich Żydów w Katyniu. Jestem w końcu tylko skromnym rabinem, który przed laty przybył do Warszawy z Nowego Jorku. Uważam jednak, że był to powrót do korzeni. Moi przodkowie – podobnie jak przodkowie milionów Żydów mieszkających na całym świecie – wywodzą się bowiem z Polski. Czułem to z całą mocą w Katyniu. Katyń był także naszą tragedią. [/ramka]

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama