Gdy zakończyły się oficjalne uroczystości i Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu opuścili obaj premierzy, towarzyszące im świty, kompanie reprezentacyjne, wojskowa orkiestra, ochroniarze i tłumy dziennikarzy, nekropolia opustoszała.
Pozostało na niej około 30 osób. Starszych ludzi z biało -czerwonymi opaskami na rękawach. Wolnym krokiem szli wzdłuż muru, do którego przytwierdzono długie rzędy tabliczek upamiętniających zamordowanych oficerów. Szukali swoich ojców. Na każdej tabliczce widnieją różne stopnie wojskowe, różne nazwiska, różne daty i miejsca urodzenia. Na wszystkich ta sama data śmierci – "1940".
– To jest tabliczka poświęcona mojemu ojcu – mówi Anna Bochenek z Czorsztyna. Nazywał się Jan Amerek i był kawalerzystą. W cywilu prawnikiem. Na tabliczce błędnie podano jego stopień jako "podporucznik". W rzeczywistości był kapitanem. Pod tabliczką pani Bochenek zapaliła znicze i położyła kilka róż.
– Który raz odwiedza pani Katyń?
– Pierwszy. To moje pierwsze spotkanie z ojcem.