"Rzeczpospolita" ma 100 lat

Gazeta postawiła na ambitną drogę do sukcesu: wiarygodne treści, umieszczone w kontekście, wszechstronnie zanalizowane. Informacje oddzielane od komentarzy, unikalne porady finansowe i prawne. Ale nie byłoby możliwe utrzymywanie wysokich standardów, gdyby nie niesamowici ludzie, którzy tu przez te lata realizowali i nadal realizują pasje zawodowe.

Mocni w trudnych chwilach

1990 rok – dopiero co odrodzona „Rzeczpospolita” staje na skraju bankructwa. Hiperinflacja zżera zyski z prenumeraty. Dariusz Fikus, redaktor naczelny, wzywa w telewizji czytelników do ratowania pisma. Dziennikarze rozwożą po mieście paczki z poradnikami prawnymi. Sami sprzedają je na dworcach, w urzędach. I ratują gazetę.  

Mija prawie dekada. 11 września 2001 roku w sali na trzecim piętrze ówczesnej siedziby przy placu Starynkiewicza w Warszawie zespół ogląda relację z Nowego Jorku. Na gorąco zaczyna się rozmowa, zszokowani dziennikarze próbują zrozumieć, co się stało. Zastanawiają się, jak o tym napisać, by oddać ogrom tragedii. 

Wydanie z 12 września 2001 roku nie robiłoby tak porażającego wrażenia, gdyby nie ówczesny duży format „Rzeczpospolitej”. Manhattan spowity w dymie na całą szerokość strony – na taką okładkę trudno było patrzeć bez emocji.

Mija dziesięć lat. Jest 10 kwietnia 2010 r. Choć to sobota, zaraz po godzinie 10. nowa siedziba redakcji „Rzeczpospolitej” przy ul. Prostej 51 w Warszawie zaczyna się szybko zapełniać ludźmi. Katastrofa w Smoleńsku - nikt do nikogo nie musi dzwonić. Każdy wie, że skoro dzieje się coś nadzwyczajnego, jego miejsce jest w firmie. Jeszcze tego samego dnia po południu specjalny numer „Rzeczpospolitej” jest rozdawany przez harcerzy i samych dziennikarzy m.in. pod Pałacem Prezydenckim i katedrą polową Wojska Polskiego, gdzie gromadzą się ludzie, by wspólnie przeżywać narodową tragedię. Kolejne wydanie nadzwyczajne wychodzi w niedzielę.

Po następnych dziesięciu latach w siedzibie „Rzeczpospolitej” dzień jak co dzień, lecz jest inaczej. Puste korytarze, puste biurka. Kolejne wydanie przygotowuje na miejscu tylko kilka osób. Cała redakcja internetowa, prawie cały sekretariat, fotoedycja, korekta, wszyscy dziennikarze i redaktorzy pracują zdalnie. Na wypadek, gdyby z powodu epidemii biurowiec przy ul. Prostej został zamknięty, pod Warszawą czeka rezerwowa, w pełni wyposażona siedziba.

Różne lata, przełomowe wydarzenia, inni redaktorzy naczelni, częściowo inni dziennikarze. Jedno jest wspólne – w nadzwyczajnych sytuacjach zespół zawsze pokazywał siłę.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Jest środek pandemii. – Magda, co ty robisz w redakcji? Przecież nie musisz tu być - w części korytarza, który zajmuje telewizja rp.pl, przed komputerem samotna dziewczyna w masce. – Już nie mogłam wytrzymać w domu – mówi przepraszająco.

Poranny odgłos redakcyjnego megafonu słusznie wielu osobom kojarzy się z dworcem PKP. A jednak, gdy wybrzmi głos sekretarza redakcji zapraszającego na planowanie, z końca korytarza dobiega radosne: - Uaaaa!

Magda Pernet: - Tak mi tego w czasie pracy zdalnej brakowało. 

Dawno temu w Warszawie

Największa i najnowocześniejsza gazeta w Polsce, odpowiednik londyńskiego „The Times”. 100 tys. nakładu, biura w pięciu miastach Polski, kilkudziesięciu dziennikarzy, korespondenci krajowi i zagraniczni, własna drukarnia. Tak miało być.

Rok 1920. Były premier Ignacy Jan Paderewski (ur. w 1860 r.) po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej wraca ze Szwajcarii, gdzie przez kilka miesięcy odpoczywał po upadku swojego rządu. 

Stanisław Stroński (ur. 1882) jest już znanym publicystą, romanistą z UJ. Jego przyjaciel Edward Dubanowicz (ur. 1881) w Sejmie przewodzi grupie posłów zwanej Narodowym Zjednoczeniem Ludowym. Duży wpływ ma na nich arcybiskup Józef Teofil Teodorowicz, poseł, mąż stanu, polityczne zwierzę. Przed laty marzyli we Lwowie, by kiedyś mieć własną gazetę a dzięki niej wpływ na otaczający ich świat, który chcieli zmieniać.

Ambicje, interesy i możliwości finansowe kilku osób spotkały się w dobrym momencie. Każdy włożył do nowego przedsięwzięcia prasowego coś od siebie. Paderewski - kontakty, nazwisko, żal do krajowej polityki za niedocenienie go, twórczą złość, pragnienie, by odwrócić kartę i pieniądze. Stroński - talent redakcyjny, uporządkowany własny świat idei, pasję by coś zmienić. Dubanowicz - chrześcijańsko-demokratyczne wartości, marzenia i znajomych z pieniędzmi. Były premier pokrył 60 procent kosztów założenia pisma, Dubanowicz z przyjaciółmi dołożyli 40 procent, Stroński został redaktorem naczelnym. I tak się zaczęło.

Siedzibę redakcji ulokowano w centrum Warszawy – przy ul. Boduena 2, a administrację wydawnictwa przy ul. Szpitalnej 12. Arcybiskup Teodorowicz dzień przed premierą poświęcił redakcję, a w słowie do zespołu wezwał dziennikarzy: „Idźcie, ażeby plewić ziarno złe, a wsiewać zdrowe!”.

Na pierwszej stronie pierwszego numeru „Rzeczpospolitej” z 15 czerwca 1920 roku nie było tradycyjnej czołówki ani wstępniaka. Strona była podzielona na pół: z lewej „Telegramy własne”, czyli krótkie wiadomości ze świata, z prawej niewiele dłuższe teksty o wydarzeniach na wschodzie oraz w Gdańsku. 

Początkowo gazecie wszystko sprzyja, walor nowości, spiętrzenie działań wojennych z Rosją, co zwiększa popyt na informacje i tworzy ogólnie korzystny klimat dla upowszechniania wartości patriotycznych i chrześcijańsko-narodowych.

Szybki koniec karnawału

Nasycenie rynku czytelniczego przez konkurencyjne pisma narodowe, wysokie ceny papieru, gwałtowny spadek wartości pieniądza, który uderzał w przychody ze sprzedaży – bardzo szybko się okazało, że łatwo nie będzie. Po roku długi pisma wynosiły 13 tys. dolarów. Po dwóch latach gazeta, która na starcie kosztowała 1,5 marki, kosztuje marek 100. 

Ale jest też inny problem: nawet tak znani autorzy jak gen. Józef Dowbor-Muśnicki, Ignacy Chrzanowski, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont czy Stefan Żeromski nie równoważą nadmiernego zaangażowania politycznego pisma. Bezkompromisowy w swoich narodowo-chrześcijańskich poglądach redaktor naczelny nie umie się pohamować. 

W dodatku się okazało, że władza nie będzie tolerowała powtarzających się ataków na naczelnika państwa. Pojawiły się nakazy zamknięcia pisma, od czego gazeta ucieka, wydając jednodniówki pod innymi nazwami: m.in. „Rzecz Powszechna”, „Rzecz Całości”, czy „Rzecz Ojczysta”.

Najgłośniejsza publicystyczna wojna Strońskiego dotyczyła wyboru Gabriela Narutowicza na prezydenta. Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” nie pogodził się z tym i napastliwie zaatakował prezydenta we wstępniakach („Ich prezydent”, „Zawada”). Gdy tuż po tych publikacjach Narutowicz zginął w zamachu, Stroński zareagował felietonem, w którym wzywał: „Ciszej nad tą trumną!”. W wywiadzie przed śmiercią uznał te felietony za swój największy błąd w życiu.

Po zabójstwie Narutowicza polska polityka ostatecznie zniechęciła Paderewskiego, który wyjechał do USA, w dodatku topnieją mu finanse. Wprowadzono oszczędności, pianista próbował ratować gazetę, w 1923 roku wykupił udziały Dubanowicza, ale sytuacja była coraz gorsza. Nakład spadł do 20 tys. egzemplarzy. Chłodna kalkulacja wykazała, że pismo trzeba sprzedać.

Zaczyna się 1924 rok, Wojciech Korfanty ma 51 lat. Po nieudanej – z powodu sprzeciwu Piłsudskiego - próbie zostania premierem i krótkim wicepremierowaniu w rządzie Wincentego Witosa, wraca na Śląsk. 27 września 1924 roku wydaje tam pierwszy numer swojego dziennika „Polonia”.  Paderewski ma wielu chętnych na kupno „Rzeczpospolitej”, ale wybiera ofertę właśnie Korfantego. Transakcja, zdaniem Andrzeja Paczkowskiego, który w latach 70. badał dzieje przedwojennej „Rzeczpospolitej”, opiewała na ponad 100 tys. dolarów. 

23 października 1924 roku gazeta ukazała się pierwszy raz jako pismo Korfantego. Ale chadek ze Śląska nie spodobał się zespołowi. Doszło do buntu dziennikarzy, ponad dwudziestu porzuciło pracę. Po sporze, którym karmiła się konkurencja, Korfanty poszedł w końcu na ugodę. Ale ta sytuacja zaszkodziła pismu. 

Stanisław Stroński zrezygnował i założył z Dubanowiczem „Warszawiankę”. „Rzeczpospolita” straciła ostre pióro, nie brzmiała już tak wyraziście jak dotąd, była gorzej redagowana. 

W pismo uderzyła też zmasowana kampania przeciw Korfantemu po zamachu majowym. Po kryzysie gospodarczym w 1929 roku gazeta już się nie podniosła. W końcu trafiła do kurii jako własność Domu Prasy Katolickiej, a w 1931 roku upadła.

 „Rzeczpospolita” Strońskiego miała przewrócić stolik prasowy II Rzeczypospolitej i ustawić go od nowa. Cel nie do końca został zrealizowany. Na rynku prasy odegrała jednak ważną rolę. 

Kancelaria Rzeszy zdobyta

Jeszcze w trakcie II wojny światowej „Rzeczpospolitą” reaktywował w Lublinie w lipcu 1944 roku Jerzy Borejsza. Był to wtedy organ wprowadzającego nową władzę komunistycznego Polskiego Komitetu Odrodzenia Narodowego. Choć ideowo gazeta była daleka od tej przedwojennej, to wyglądem do niej nawiązywała. 

Do historii przeszła relacja, napisana na papierze listowym wyciągniętym – według zapewnień przyjaciela autora - z biurka Hitlera: „Korespondent wojenny »Rzeczpospolitej«: Zdobycie Kancelarii Rzeszy. Berlin, 2 maja 1945. Kancelaria Rzeszy. Biurko Hitlera”. Jej autorem był Edmund Jan Osmańczyk, żołnierz 1 Armii Wojska Polskiego. 

36 lat później, wiosną 1981 r., poseł ziemi opolskiej Edmund Jan Osmańczyk zgłosił z trybuny sejmowej pomysł wznowienia „Rzeczpospolitej”, jako gazety rządowej. Decyzję na tak podjął premier Wojciech Jaruzelski. 

Gazeta rządowa

Siedzibą redakcji stał się gmach przy ul. Mysiej 2, tuż obok cenzury. Pierwszy numer kierowanej przez Józefa Bareckiego „Rzeczpospolitej” ukazał się 14 stycznia 1982 roku. I to przesądziło o tym, jaka to była gazeta. Drukowała dekrety Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, a na pierwszej stronie pojawiały się stenogramy z konferencji prasowych rzecznika Jerzego Urbana. Rozporządzenia publikowały tu potem rządy Zbigniewa Messnera i Mieczysława F. Rakowskiego. Ze względu na to, pismo prenumerowała administracja i przedsiębiorstwa państwowe. Winietę podkreślała czerwona linia. 

Na zesłaniu w „Rzeczpospolitej"

14 października 1989 roku na spotkaniu z Tadeuszem Mazowieckim Dariusz Fikus dostał propozycję, którą przyjął od razu. Potem nieraz mawiał żartem: „Pan Mazowiecki zesłał mnie na szefa organu rządowego »Rzeczpospolita«”.

Fikus miał w tym momencie 57 lat. Przez 20 lat był sekretarzem redakcji w „Polityce”. Zasłynął w 1968 roku polemiką z peerelowskim propagandzistą Tadeuszem Kurem, którą zatytułował „Kur wie lepiej”. Tekst wstrzymała cenzura, co przysporzyło mu mołojeckiej sławy w środowisku. W 1980 roku został sekretarzem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W stanie wojennym krótko się ukrywał, resztę czasu spędził w „Niewidomym Spółdzielcy”. W 1988 roku zatrudnił się w „Gazecie Bankowej”, tam poznał Piotra Aleksandrowicza, którego ściągnie wkrótce do „Rzeczpospolitej”. Ten człowiek drugiego planu, cień Mieczysława F. Rakowskiego w „Polityce”, potem Stefana Bratkowskiego w SDP, był wreszcie na swoim. Czekało go wyzwane, ale miał warunki, by mu sprostać. 

W gazecie z 16 października w stopce, jako redaktor figuruje już Dariusz Fikus. Zachowały się zdjęcia z pierwszego spotkania z zespołem w nowej siedzibie gazety przy ulicy Kruczej w Warszawie. Odchodzący redaktor naczelny Janusz Durmała i nowy, Dariusz Fikus. W jasnej marynarce, pod krawatem, mówi, gestykuluje. – Było dużo niepewności – wspomina Jerzy Paciorkowski, ówczesny i późniejszy sekretarz redakcji.
Fikus powiedział wtedy, że odejdą tylko ci, którzy nadgorliwie wysługiwali się władzy. Zapowiedział, że gazeta przestanie być rządowa. Ale dodał, że bez samodzielności finansowej nie będzie niezależnego dziennikarstwa. – Uwierzyliśmy Fikusowi, że możemy zrobić najlepszą gazetę w Polsce. I zaczęliśmy ją robić – wspomina Paciorkowski.  

Starzy i nowi

Fikus wprowadził swoich ludzi, zastępcami zostali Jacek Moskwa, z którym był zaprzyjaźniony z czasów SDP i Maciej Łukasiewicz, przyjaciel z podziemia, były dziennikarz „Kuriera Polskiego”. Wkrótce dołączy do nich Piotr Aleksandrowicz („Itd.”, „Bankowa”), a potem Bożena Wawrzewska. 

Fikus wymienił większość kierowników działów. Przyszedł m.in. Krzysztof Gottesman (kraj), Katarzyna Kołodziejczyk (świat), Elżbieta Sawicka (kultura). Szefową działu prawa pozostała, słynąca z fenomenalnej pamięci, Krystyna Chrupkowa, szefem sekretariatu redakcji Jerzy Paciorkowski, a Jacek Lutomski pokierował dodatkiem telewizyjnym. W sekretariacie był m.in. nieżyjący już Krzysztof Ziewiec, legenda redakcji. Codziennie przychodził do pracy na piechotę z Bemowa. Wesoły i otwarty, sypiący anegdotami, niezawodny w pracy. – Potrafił wychwycić literówkę patrząc z daleka na wydruk strony – wspomina jeden z ówczesnych dziennikarzy. 

W miejsce zwalnianych przychodzą wkrótce dziennikarze z prasy podziemnej – m.in. Tomasz Roguski, i osoby zaraz po studiach. Między „starymi” i „nowymi” ułożyły się relacje oparte nieraz na dowcipkowaniu i docinaniu sobie, ale nie na podgryzaniu czy zawiści. Powoli, z doświadczenia i młodości, skrajnie różnych życiorysów, tworzył się zespół ludzi utożsamiających się z gazetą i gotowych ciężko dla niej pracować. Zespół odniesie jeden z największych sukcesów w polskiej prasie. Wytworzy się snobizm na pracę w tej gazecie i bycie jej czytelnikiem. I to się nie zmieniło. Do „Rzeczpospolitej” ludzie przychodzą z różnych miejsc, ale zazwyczaj ta gazeta staje się dla nich najważniejszym dziennikarskim doświadczeniem życia. 

Jednak najpierw pismo czekało trudne zadanie: zdobyć zaufanie czytelników, po tym jak było gazetą ostatnich rządów PRL. „Rzeczpospolita” wchodzi w starcia z „Trybuną Ludu”, w kontrze do niej buduje swoją nową tożsamość. Dowodem zmian jest tekst na czołówce: „Obradowała Rada Ministrów. Monopolom – wojna!”. To jednoznaczny sygnał – opowiedzenie się po stronie wolnego rynku, nawet wbrew interesom prenumeratorów. Po wojnie przeciw monopolom przyszły następne, wydane symbolom komunistycznej gospodarki. Pojawiają się też pierwsze teksty śledcze. 

We wstępniaku „Jaka będzie »Rzeczpospolita«” miesiąc po objęciu funkcji naczelnego Fikus wyłożył swoje kredo: gazeta będzie towarzyszyć dokonującym się w Polsce przemianom i „bardziej wyraźnie niż to jest zazwyczaj w polskiej prasie” będzie oddzielała informację od komentarza. A jednocześnie Fikus nie byłby sobą, gdyby nie nawiązał do spraw praktycznych – przypomniał, że wkrótce minie termin prenumeraty na pierwszy kwartał 1990 roku. Prenumeratę odnowiło 200 tys. osób. Przyszła ulga, bo oznaczało to, że po zmianie kierownictwa czytelnicy zostali. 

 

Orzeł przed odlotem

Numer z 15 stycznia 1990 roku wyglądał tak, jak jeszcze nigdy nie wyglądała „Rzeczpospolita”. Na czołówce pojawiło się zdjęcie o niebywałych dotąd rozmiarach. Graficy Tomasz Kuczborski i Marek Zalejski ze Studia Q podzielili stronę na siedem szpalt. Na rozciągniętym na całą szerokość strony logo, już bez czerwonego koloru, posadzili orła. Ptak sprawia wrażenie, jakby za chwilę miał odlecieć. Według przekazywanych w tamtych latach opowieści, brak orła we wcześniejszej winiecie „Rzeczpospolitej” zdenerwował Zbigniewa Romaszewskiego, opozycjonistę, po 1989 roku senatora. I to on przyniósł do redakcji wizerunek orła, który ostatecznie usiadł na winiecie. 

Z 250 tys. nakładu tylko 29 tys. rozchodziło się w kioskach, a 88 procent w prenumeracie. W normalnych warunkach byłaby to komfortowa sytuacja, ale w warunkach hiperinflacji oznaczało to dotkliwe kłopoty finansowe. W redakcji gorączkowo szukano pomysłów jak uratować gazetę przed bankructwem. Otworzono łamy na ogłoszenia, początkowo drobne.

W obliczu kłopotów strzałem w dziesiątkę okazało się postawienie na dział prawny. Pomysł Krystyny Chrupkowej na wypromowanie swojego działu, a jednocześnie ratowanie gazety był prosty. Zmiana ustrojowa oznaczała masową produkcję przez Sejm i rząd aktów prawnych i nowelizacje dotychczasowych. Do sklepiku, który sprzedawał nowe numery Monitora Rządowego i Dziennika Ustaw stały kolejki, ale kto chciał wiedzieć, jakie właściwie obowiązuje w Polsce prawo, musiał dotrzeć do ustawy-matki i mozolnie porównywać ją punkt po punkcie z nowelizacją.

Tu właśnie zobaczyła szansę Chrupkowa. Zaczęła drukować na łamach „Rzeczpospolitej” ujednolicone teksty ustaw. Wpadła też na pomysł, by dział prawny przygotowywał poradniki. To był wielki sukces. Do gazety zaczęły wpływać dodatkowe pieniądze. Energia, pomysłowość i pracowitość Krystyny Chrupkowej przyczyniły się do stworzenia unikalnej w skali Europy pozycji stron prawnych w gazecie codziennej. Wykształcił się też charakter „Rzeczpospolitej” jako gazety gospodarczo – prawnej. 

Widmo bankructwa, jakie stanęło nad gazetą, było nauczką, która została w pamięci na długo. Od tego czasu zaczęła się trwająca wiele lat walka o dwa kanały sprzedaży: utrzymanie prenumeraty, lecz jednocześnie zbudowanie sprzedaży kioskowej. Aby usprawnić niemrawy kolportaż Ruchu, 20 redakcyjnych samochodów każdej nocy rozwoziło gazetę po Warszawie i Polsce. Transport rozkręcił kierowca Roman Makowski. Paczki z gazetami wozili m.in. Andrzej Sknadaj „Cygan” i Wiesław Władek „Wrona”. Na kiepskich ówczesnych drogach przy złej pogodzie narażali zdrowie, by zdążyć z gazetą na czas. Kierowcy redakcyjni, m.in. Jarek Mika „Mały”, Bogdan Kiersnowski, Jarek Jachowicz „Śpiochu”, Bogdan Gimbarowski, Jurek „Krawat” wozili folie do drukarni, gazety po Warszawie, a w nocy odstawiali dziennikarzy do domu.

Cześć, Darek jestem

Fikus był typem człowieka: serce na dłoni. Pewnego razu Jacek Maziarski, polityk Porozumienia Centrum, bombardował redakcję pretensjami – nieuzasadnionymi – o jeden z tekstów Pawła Reszki. Młody dziennikarz zauważył na korytarzu, że naprzeciwko niego idą Bożena Wawrzewska i Fikus. „Darek, to on, to on!” – usłyszał głos wicenaczelnej. Było za późno, by gdzieś odbić w bok. Wyrok wydawał się przesądzony. Naraz Fikus się roześmiał i wyciągnął dłoń: „Cześć, Darek jestem. Niezłe jaja z tym Maziarskim, co?”.

– Zawsze miałem takie przeczucie, że tu ktoś za mną stoi i w razie czego mnie wybroni – wspomina Paweł Reszka, 17 lat w „Rzeczpospolitej”, publicysta, reporter, korespondent wojenny, dziennikarz śledczy, dziś szef działu krajowego „Polityki”.

– Fikus był jedynym z moich przełożonych, o którym mówię „Szef” – wspomina Aleksandra Fandrejewska, była dziennikarka działu krajowego.

Żegnaj czerwona linio, witaj inwestorze

Fikus wielokrotnie wracał do wspomnianej rozmowy z premierem Mazowieckim. Także wtedy, gdy po kolejnym tekście premier obrażał się na gazetę, że niezbyt wspiera nowy rząd.

Jednym z najważniejszych wyzwań było zlikwidowanie antydaty. Gazeta była bowiem aktualna tylko w Warszawie, a w całej Polsce spóźniona o jeden dzień. Bez tej zmiany, nie miała szansy by rywalizować o sprzedaż kioskową. Do tego potrzebny był inwestor.
Do czasu, gdy gazeta była formalnie rządowa, Fikus miał rangę podsekretarza stanu. Mógł uczestniczyć w posiedzeniach rządu a na jego biurku stały dwa telefony: czarny i czerwony  - rządowy. W końcu linia rządowa została wyłączona.

Ostatecznie gazeta oderwała się od rządu za premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego. W umowie redakcja zostawiła rządowi prawo do dysponowania jedną stroną w gazecie. Ten rząd z niej nie skorzystał, ale już następny się o nią upominał.

Mazowiecki, mimo oporów, zgodził się, by Fikus sfinalizował rozmowy z francuskim inwestorem. W utworzonej w lutym 1991 r. spółce „Presspublica” kierowane przez Macieja Cegłowskiego Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita objęło 51 procent udziałów, a Socpresse, francuska grupa Roberta Hersanta, właściciela „Le Figaro” 49 procent.

W okresie premierowania Jana Olszewskiego pojawiły się próby odzyskania przez rząd kontroli nad „Rzeczpospolitą”. Aby ostatecznie przeciąć próby wpływania na gazetę przez kolejne rządy, Fikus w połowie lat 90. odsprzedał Francuzom kluczowe 2 procent.

 

Zielone strony na zawsze

Zastępcą naczelnego odpowiedzialnym za sprawy gospodarcze był Piotr Aleksandrowicz. To właśnie on postawił na nogi strony ekonomiczne „Rzeczpospolitej”. Z czasem doprowadził do wydzielenia ekonomii i prawa w osobne sekcje. Później podpatrzył w jakiejś zachodniej gazecie pomysł na wyodrębnienie kolorystyczne działów. I tak ekonomia została „zielonymi stronami”, a prawo „żółtymi”. Zasługą Krzysztofa Bienia, jako szefa działu (później do 2006 roku był zastępcą naczelnego) jest stworzenie cyklicznej „Listy 500 największych firm polskiej gospodarki” oraz wielu rankingów.

Na zielonych stronach pisali m.in. Paweł Jabłoński, Halina Bińczak, Krystyna Sielanko, Edmund Szot, Zofia Krajewska, Danuta Walewska, Antoni Kowalik (dwoje ostatnich jest w redakcji do dzisiaj). Potem doszli m.in. Katarzyna Ostrowska, Ola Biały, Ignacy Morawski, Tomasz Świderek, Kuba Kurasz. Głośny tekst z tamtego czasu to „Trójkąt Buchacza”. Aleksandra Biały opisała jak Skarb Państwa stracił w połowie lat 90. kontrolę nad majątkiem wartym kilkaset milionów złotych. Dziennikarze zielonych stron opisywali też m.in. mechanizmy upadku Agrobanku (1995), nieudaną fuzję BRE Banku z Bankiem Handlowym (1999), czy problemy związane z prywatyzacją PZU i udziałem w niej BIG Banku Gdańskiego (1999).

Duże zmiany były związane z kupnem we wrześniu 2005 roku „Parkietu”. Z czasem dziennikarze obu pism znaleźli się w jednym, połączonym dziale ekonomicznym. Dziś piszą do obu pism.

27 lat pracował w dziale ekonomicznym Paweł Jabłoński. Odchodził w 2018 r. ze stanowiska zastępcy redaktora naczelnego. – Praca w tej gazecie była dla mnie wszystkim. To było coś nieprawdopodobnego. Zwłaszcza że miałem przyjemność pracować w latach największej chwały tego dziennika – mówi Jabłoński, dziś w „Forbesie”.

ZSRR, genom i trotyl

Fikus nie był szefem, który zmieniał układ gazety tuż przed jej wysłaniem do drukarni. Stawiał na „miękkie” zarządzanie - dawał współpracownikom samodzielność, a rozliczanie następowało na porannym planowaniu. 

Nieraz padały grube słowa. Ale potem wszystko się rozchodziło. Tak jak pod koniec 1991 roku, gdy w numerze poświątecznym gazeta nie zauważyła rozpadu Związku Radzieckiego. Później była też inna duża wpadka: w numerze z początku kwietnia 2000 roku przegapiliśmy odkrycie pełnego genomu człowieka. 

Choć i tak największe zamieszanie w dziejach gazety było po tekście „Trotyl na wraku Tupolewa” Cezarego Gmyza z 30 października 2012 roku. 

W 1993 roku maszyny do pisania dziennikarzy poszły do szaf, a ich miejsce zajęły na nowych biurkach lśniące nowością Macintoshe Classic. „Rzeczpospolita” została pierwszym w Polsce przedsiębiorstwem wyposażonym w całości w nowy kupiony legalnie sprzęt firmy Apple. Może można było narzekać na zbyt małą pamięć RAM i brak możliwości podłączenia zewnętrznego dysku, ale do pracy dziennikarskiej komputery Macintosh Classic były idealne. 

Uruchomiona za pieniądze inwestora drukarnia pozwala na częściowe zlikwidowanie zmory, jaką były nieaktualne wydania krajowe. Pojawiające się w tamtym czasie nowinki technologiczne jako pierwsze były w „Rzeczpospolitej”: pagery, telefon przenośny centertel, telefony komórkowe. Dzięki nowej drukarni gazeta w 1999 roku przechodzi na druk w kolorze. 

Tam nigdy nie wchodź

W któreś wakacje w połowie lat 90. po korytarzach w gmachu na Starynkiewicza kręci się 12-letni chłopak. Pomaga tacie rozwozić paczki z gazetami po hotelach, biurach, na lotnisko, do PAP. Bywa, że przez noc robią 300 kilometrów. 

– Za pierwszym razem tato pokazał mi okrągłą salę i powiedział: „Tam nigdy nie wchodź, to bardzo ważne miejsce w gazecie, tu jest sala łamania”. Głowiłem się: „Co się tam łamie?”. To było dla mnie tajemnicze, magiczne, niedostępne miejsce – mówi Kamil Sknadaj. „Cygan” zabierał też często do redakcji brata ciotecznego Kamila, Piotrka Tomkiewicza. Gdy chłopcy dorośli, pierwszej pracy poszukali w „Rzeczpospolitej”. Szybko nauczyli się łamania i dziś potrafią wszystko.

– Kamil, zrealizowałeś tu swoje marzenia?

– Prawie wszystkie. Zostało mi ostatnie, mam je od dziecka. Chciałbym kiedyś sam, od początku do końca, zaprojektować gazetę – mówi 35- letni dziś Kamil Sknadaj.

Dobrze się wiedzie

Każdym kolejnym numerem „Rzeczpospolita” buduje sobie pozycję najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Powstają ważne teksty, nakład przekracza 300 tysięcy egzemplarzy.

Gazecie dobrze się teraz wiedzie, pracownicy świetnia zarabiają, dostają tanie kredyty. Rozbudowane działy liczą po kilkudziesięciu pracowników, jest liczne grono korespondentów zagranicznych i krajowych. 5 maja 2000 roku Andrzej Kaczyński opublikował tekst „Całopalenie” – jeden z najgłośniejszych w historii „Rzeczpospolitej”. Jako pierwszy opisał zbrodnię w Jedwabnym 10 lipca 1941 roku.

Wieczory wyborcze organizowane przez redakcję i inne imprezy są atrakcją dla ważnych polityków, którzy chcą tu się pokazać.

Redakcja zaoferowała też wtedy czytelnikom drukowany na dobrym papierze i świetnie ilustrowany „Magazyn” z reportażami, wywiadami i felietonami. Zaprojektował go Marek Knap, dziś wykładowca na ASP. Magazyn nie był zresztą jego ostatnim słowem w „Rzeczpospolitej”…

Jednym z najbardziej pamiętnych dni w historii gazety postanie na zawsze 2 marca 1996. To była sobota, mieliśmy wolne, ale na Plac Starynkiewicza przyjechali wszyscy. Ludzie nie wstydzili się łez. Zmarł nagle Dariusz Fikus. Wiele osób, które tam wtedy były, zadawało sobie później pytanie, jaka byłaby „Rzeczpospolita”, gdyby żył dłużej. Jego następcami zostali wcześniejsi wicenaczelni, najpierw Piotr Aleksandrowicz, a po nim Maciej Łukasiewicz. 

List od Herlinga

„Plus” odziedziczony jeszcze po rządowej „Rzeczpospolitej”, wtedy w łososiowym kolorze, z czasem zmienił się w „Plusa Minusa”. Tygodnik był oczkiem w głowie Macieja Łukasiewicza. Ale nie byłoby wielkich nazwisk na łamach, autorów, którymi szczycimy się do dziś, gdyby nie Elżbieta Sawicka. 

– To był chyba 1996 rok, pan Gustaw napisał do mnie list – opowiada Elżbieta Sawicka, „dobry łowca głów” – jak nazwał ją kiedyś Czesław Miłosz. Wcześniej wielokrotnie namawiała Herlinga-Grudzińskiego do publikacji w „Plusie Minusie” – bezskutecznie, chciał być wierny „Kulturze”. Aż tu nagle przychodzi list. „Jeśli była Pani w Maisons-Laffitte, to wie Pani zapewne o moim rozstaniu z Giedroyciem. Muszę mieć łamy w Polsce dla mojej twórczości. Wybieram „Plus Minus” – zawiadomił Herling-Grudziński.   

Elżbiecie Sawickiej udało się też namówić Czesława Miłosza do stałego publikowania w „Plusie Minusie”. Noblista tak bardzo się związał z tym pismem, że gdy pojawiła się, niepotwierdzona, informacja, że „Plus Minus” może być zamknięty, przyjechał spotkać się z zespołem by swoją obecnością wesprzeć zespół i pismo. Dzięki Sawickiej swoje rysunki publikował na łamach Sławomir Mrożek, a Jan Lebenstein ilustrował opowiadania Herlinga. Łukasiewicz, Sawicka, Janusz Drzewucki stworzyli pismo, które stało dla wielkich nazwisk pierwszym wyborem po paryskiej „Kulturze”. W redakcji przesiadywał, wzbogacając zespół anegdotami, Marek Nowakowski. 

Od października 2014 roku sobotnio-niedzielne wydanie „Rzeczpospolitej” zostało przekształcone w całości w magazyn „Plus Minus”. Obecnie tygodnik ukazuje się w sprzedaży kioskowej w sobotę, a dla prenumeratorów w piątek. 

Już od 1996/1997 roku „Rzeczpospolita” publikowała teksty online. Zaczęło się od odwiedzin na stronie 300 osób dziennie. Dopracowana wersja rp.pl. zadebiutowała w maju 1999 roku – jedna z pierwszych stron w Polsce. Zrobiła na rynku na tyle duże wrażenie, że w 2000 roku zespół dziennikarski „Rzeczpospolitej OnLine” dostał od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Nagrodę im. Marka Cara – „za profesjonalny serwis informacyjny złożony z materiałów gazety i tekstów pisanych specjalnie dla wydania internetowego”. Szefem online był wtedy Marek Kopyt.

Tu się człowiek uczy cały czas

Początek 1999 roku, na telefonie Mirka Żukowskiego, szefa działu sportowego, wyświetlił się nieznany numer.

– Dzień dobry, nazywam się Stefan Szczepłek, czy pan by nie zatrudnił u siebie faceta po pięćdziesiątce, który jednego dnia napisze o piłce z Turoszowa a drugiego dnia z Suwałk?

– I tego skurczybykowi do dzisiaj nie zapomniałem – wspomina po ponad dwudziestu latach Szczepłek. – Bo on się zaczął ze mną droczyć.

 – A kogo? – odparł bowiem Mirek Żukowski.

 – Mnie – usłyszał.

Cisza w słuchawce. I w końcu:

– Pana zatrudnię od razu. Tylko nie mogę dać panu od zaraz etatu. Idzie pan na to?

– Idę.

– To jest redakcja mojego życia, pod każdym względem, poza krótkim okresem, gdy byliśmy biuletynem PiS. Szczycę się, że tu pracuję. Długo mnie Mirek z Andrzejem Łozowskim uczyli, żebym w felietonach nie pisał o przebiegu meczu, tylko pokazał moje spojrzenie na ten mecz. Tu się człowiek uczy cały czas   – mówi dziś Stefan Szczepłek.

Towarzysze redaktorzy, będzie dobrze

Były to czasy afery z wąglikiem i co bardziej wtajemniczeni wiedzieli, że to poważne zagrożenie. Redaktor naczelny Piotr Aleksandrowicz zdecydował, że sprawę trzeba do gruntu zbadać u źródeł. Mieli się tego podjąć dwaj redaktorzy działu nauka, kierowanego wtedy przez Tadeusza Belerskiego: Piotr Kościelniak i Krzysztof Kowalski. Zostali wysłani do laboratorium wojskowego w Puławach. Od głównego wojskowego szefa laboratorium mieli się dowiedzieć, jak polskie wojsko przygotowuje się do rozpracowania wąglika.

- Przez trzy godziny byliśmy przebierani w specjalne kombinezony. Tak przygotowani i zabezpieczeni w końcu stanęliśmy przed dowódcą. Spojrzał na nas i powiedział: „Towarzysze redaktorzy, będzie dobrze”. Po czym się pożegnał – opowiada Krzysztof Kowalski.

Wizyta dziennikarzy w wojskowym laboratorium dobiegła końca. Ale trzeba było coś napisać.

– Krzysiek, i co my teraz zrobimy? – zapytał starszego kolegę, Piotr Kościelniak.

– Towarzyszu redaktorze, będzie dobrze – usłyszał od niego.

Tekst powstał i nikt nie miał uwag.

Podobnie jak bez uwag przeszedł tytuł „Wielki zderzacz andronów”, jaki dział nauki nadał opublikowanej 15 maja 2009 roku rozmowie z naukowcem ze Świerku po uruchomieniu Wielkiego Zderzacza Hadronów.

Dla tej pani pstrąg gratis

Częścią społeczności „Rzeczpospolitej” był barek pana Jarka, zwłaszcza z czasów, gdy panowała w nim pani Henia.   

- Klientów za długo przesiadujących w barku pani Henia określała mianem Carringtonów – wspomina Michał Kosiarski, piszący o resorcie sprawiedliwości za czasów ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

- Tak, to było fajne miejsce. Nie zapomnę jak pan Jarek, w czasie którejś z papieskich pielgrzymek, gdy wpadłam do redakcji i do barku coś szybko zjeść, postawił mi, tak od siebie, wspaniałego pstrąga – wspomina Ewa Czaczkowska, wtedy dziennikarka pisząca o Kościele i ludowcach, dzisiaj wykładowca na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, autorka wielu książek.

 

I nie ma lepszych

Początek lat 2000 to fantastyczna passa dziennikarzy „Rzeczpospolitej”. W 2000 roku Jacek Lutomski, Krzysztof Gottesman i Luiza Zalewska dostali Nagrodę Główną Wolności Słowa SDP za „Raport o telewizji. Tydzień z pilotem”. Nagrodę Watergate w tym samym roku otrzymała Anna Marszałek i Leszek Kraskowski za tekst „Tajemniczy lobbysta” o głośnych kontaktach ZUS - Prokom. W 2001 roku Nagrodę Wolności Słowa otrzymali Michał Majewski i Paweł Reszka za cykl artykułów o problemie dostaw gazu do Polski „Skandal gazowy”, a wyróżnienie Kazimierz Groblewski za tekst o lobbingu w Sejmie wokół ustawy antyalkoholowej: „Piwo to sport, a sport to zdrowie”. 

Po dwóch latach, w 2003 roku znowu główna nagroda SDP powędrowała do redakcji, tym razem dostali ją Małgorzata Solecka i Andrzej Stankiewicz za cykl publikacji rozpoczętej artykułem „Leki za miliony dolarów”, opisujących korupcyjne powiązania współpracowników Ministerstwa Zdrowia. Rok później znowu sukces: laureatem Nagrody Wolności Słowa jest Bertold Kittel za tekst „Towarzystwo wzajemnych inwestycji”, w którym ujawnił podejrzane związki biznesowo-towarzyskie w tzw. układzie warszawskim. 

W 2005 roku laur SDP zdobył Dział Zagraniczny „Rzeczpospolitej” „za rozpoczęcie i konsekwentne kontynuowanie na forum krajowym i międzynarodowym walki z kłamstwami o »polskich obozach śmierci«”. A w następnym roku Maciej Duda, Bertold Kittel i Barbara Sierszuła za cykl artykułów „Czeski układ Orlenu” - „za ujawnienie międzynarodowego skandalu, który spowodował rządowe dymisje i dyplomatyczne interwencje”.

To była magia

- Kolegia przy tym okrągłym pięknym stole w narożnym pokoju, starszyzna planuje gazetę – te sceny zostały we mnie na zawsze, były magiczne, jak z filmu – mówi wspomniany już Marek Knap.

Jako dyrektor artystyczny dostał wolną rękę i miał odmienić wygląd „Rzeczpospolitej”. W wydzielonym, świeżo wyremontowanym pomieszczeniu, dysponując dużym budżetem, ogromnym stołem i zaufaniem ówczesnego redaktora naczelnego Grzegorza Gaudena, Knap stworzył dział graficzny. W duecie m.in. z Markiem Trojanowskim i z Andrzejem Jacyszynem, Małgosią Malinowską, Pawłem Moszczyńskim (szefem infografików) dokonali w „Rzeczpospolitej” zmian na taką skalę, która poruszyła specjalistów od projektowania. 

Po kilku miesiącach prac, 18 kwietnia 2005 roku zadebiutował nowy projekt. Utrzymywany w tajemnicy layout okazał się na wskroś nowoczesny, ale jednak zakorzeniony w tradycji. Po dyskusjach graficy zdecydowali się zachować orła w logo gazety, ale zdjęli go z literki „O” i po specjalnym zabiegu (nowy orzełek z logo był wpisany w obrys starego) umieścili z lewej strony przed logo. Winieta zaczęła wyglądać lżej, a orzeł nowe miejsce polubił i zajmuje je do dzisiaj.

Ten ruch był kluczową zmianą. – Chodziło o podniesienie treści głównego artykułu na pierwszej stronie. Dzięki temu tytuł zaczął być widoczny w kioskach – mówi Knap. 

Studio z Kopenhagi zaprojektowało dla „Rzeczpospolitej” nowe fonty w 48 odmianach. Pismo stało się jedyną gazetą w Europie Środkowo-Wschodniej która miała specjalnie zaprojektowane dla siebie fonty. Czcionki te gazeta wykorzystuje do dzisiaj. Wielkie wrażenie robiły duże kontekstowe infografiki, unikalne w prasie polskiej, zespołu Pawła Moszczyńskiego. Do dzisiaj kreski wyróżniają naszą gazetę na rynku.

Po pierwsze: templaty!

Byłaby to ogromna, ale jednak po prostu kolejna zmiana w layoucie gazety. Marek Knap jednak jednym słowem wywrócił cały znany i oswojony świat pracowników „Rzeczpospolitej” do góry nogami. To słowo, długo znienawidzone, zanim polubiane, brzmiało: „template”. Od teraz każdy dział dostał kilka gotowych wzorów złamania strony i musiał swoją zawartość merytoryczną dostosować do gotowych wymogów graficznych. Zmiana graficzna wymusiła zmianę w organizacji pracy. Skończyło się planowanie numeru po południu, od teraz numer był zaprojektowany od rana. Nowe zasady prowadziły nieraz do zażartych dyskusji między zespołem merytorycznym a graficznym gazety.

Uderzeniowe wrażenie robiła przeprojektowana Druga strona – z komentarzem „Rzeczpospolitej”, felietonem „Jestem, więc piszę” Macieja Rybińskiego, rysunkiem Andrzeja Krauzego.

Od początku fotografia była mocną stroną „Rzeczpospolitej”. Anna Brzezińska, Andrzej Iwańczuk, Jacek Domiński, Michał Sadowski, Piotr Janowski tworzyli niezapomniane obrazy, które wygrywały konkursy fotografii prasowej, a projekt Knapa i Trojanowskiego pozwalał na godną ekspozycję zdjęć.

Society for News Design przyznał „Rzeczpospolitej” za 2005 roku, razem z „The Times” tytuł „Najlepiej zaprojektowanej gazety świata”. Nigdy później żadna polska gazeta nie dostała tej prestiżowej nagrody, a wcześniej zdarzyło się to tylko raz.

Daliśmy radę

Gdy wieloletnia szefowa korekty pani Gabrysia Brzózka, odeszła na emeryturę, w lipcu 2006 roku na jej miejsce przyszła z „Gazety Wyborczej” Grażyna Nawrocka. Trzy panie pracują tu od początku lat 90.: Jola Tyczyńska, Renata Wrzecion i Ewa Dmowska. Niestety nie żyje już Małgorzata Gazda, bez reszty oddana gazecie.

– Zasady pracy korekty dostosowujemy do zasad pracy redakcji – mówi Grażyna Nawrocka. - Z mojego punktu widzenia „Rzeczpospolita” zrobiła się dobrą gazetą. Na tyle, na ile może być dobra w dobie tak potwornych oszczędności. Uważam, że my, jako gazeta, daliśmy radę - mówi.

Wrzesień 2006 to był kolejny ważny moment w historii „Rzeczpospolitej”. Orkla Press Polska sprzedała swoich 51 procent udziałów Brytyjczykom z Mecom Group (Orkla nabyła je od francuskiego Socpresse już w 1996 roku, wkrótce po śmierci Dariusza Fikusa). 

Poza grupą wtajemniczonych nikt nie mógł się jednak spodziewać, że zmiany własnościowe tak szybko wpłyną na personalia w kierownictwie redakcji.

13 września 2006 roku w środku dnia z redakcyjnych megafonów padło zaproszenie do dużej sali na drugim piętrze na spotkanie. Po wejściu na salę wszystko stało się jasne, wiele się zmieni.

Paweł Lisicki zaczynał na początku lat 90. jako sekretarz w dziale zagranicznym, odchodził z gazety na początku 2005 roku jako zastępca naczelnego. Teraz, ponad półtora roku później, stał obok prezesa Orkli i redaktora naczelnego Grzegorza Gaudena. Z krótkiego przemówienia prezesa wszyscy się dowiedzieli, że Gauden przestał być naczelnym, a jego następcą będzie Lisicki. Zmieniają się też wicenaczelni.

Lisicki wprowadził do „Rzeczpospolitej” publicystów i dziennikarzy, do których miał zaufanie: Piotra Semkę, Piotra Gabryela, Marka Magierowskiego. Wrócili po przerwie Dominik Zdort i Bronisław Wildstein – który został zwolniony przy proteście zespołu na początku 2005 roku, gdy skopiował z komputera IPN i upowszechnił wśród znajomych listę około 240 tysięcy nazwisk tajnych współpracowników SB i osób pokrzywdzonych. 

– Generalnie uroczo wspominam lata w „Rzeczpospolitej”, mam tylko jedno gorzkie doświadczenie – czystkę z lat 2006 – 2007 – mówi bez ogródek Jan Ordyński, dziennikarz stron prawnych i politycznych, obecnie wiceprezes Towarzystwa Dziennikarskiego. Stracił pracę pierwszego dnia - po kilkunastu latach w redakcji. Nowy naczelny zwolnił też m.in. Sławomira Popowskiego z działu Opinie i Elżbietę Sawicką z „Plusa Minusa”. Zwolnienia były bolesne, bo zwalniał kolega z rzepowych korytarzy.

Sentymentalne pożegnanie z dużym formatem

Zgodnie z oczekiwaniami nowego naczelnego, powiększona została sekcja opinii i komentatorska, powstała strona „Stylu Życia”, więcej miejsca dostał na poniedziałek sport. Gazeta miała teraz z jednej strony dostarczać dużo komentarzy i opinii, z drugiej - rozrywki.

Redakcja przeprowadziła się z siedziby przy placu Starynkiewicza do biurowca przy ul. Prostej 51.

Trend światowy był jednoznaczny: w ostatnim czasie formaty na mniejsze zmieniły: „The Wall Street Journal”, „The Guardian”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Die Welt”. 15 października 2007 roku „Rzeczpospolita” ukazała się pierwszy raz w nowym, tabloidowym formacie. Tym samym gazeta opuszczała wygodne miejsce, w którym, poprzez większy format, była „ponad” konkurencją na rynku. Domy mediowe chwaliły, ale dziennikarze gazety i wielu czytelników, rozumiejąc nieuchronność zmian, łykało łezkę.

Zmieniły się nawyki sprzedażowe wydawnictw prasowych. Gazety podnoszą nakłady dodając czytelnikom płyty, wydając dodatki. „Rzeczpospolita” najwyższy merytoryczny poziom tych dodatków zawdzięcza wiedzy i zdolnościom redaktorskim Macieja Rosalaka, drugiego sekretarza redakcji. Wydaje wielkie serie dodatków, które czytelnicy kompletują w specjalnych segregatorach, m.in.: „Zwycięstwa Oręża Polskiego”, „Chwała Oręża Polskiego” i „Księga Kresów Wschodnich”. 

Wiosną 2011 r. ukazał się tygodnik „Uważam Rze”. Pismo, przygotowywane na Prostej 51 w dużej mierze przez zespół „Rzeczpospolitej”, miało przedrukowywać najlepsze teksty z gazety. Niespodziewanie odniosło duży sukces i w ciągu kilku tygodni przekształciło się w 100-stronicowy konserwatywny tygodnik ze sprzedażą ponad 100 tys. egzemplarzy.

Jeden właściciel

W październiku 2011 roku, po uzyskaniu zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, spółka Gremi Media sfinalizowała zakup zarówno udziałów od Brytyjczyków jak i tych należących do Skarbu Państwa. Tym samym zmiany własnościowe zatoczyły koło i „Rzeczpospolita” ponownie, podobnie jak wtedy gdy powstawała w 1920 roku, znalazła się w pełni w rękach prywatnych. Transakcja obejmowała też kupno dziennika „Parkiet” i tygodnika „Uważam Rze”.

„Stworzymy najnowocześniejszy w tej części Europy koncern medialny notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych” – zapowiedział Grzegorz Hajdarowicz, nowy właściciel. To przedsiębiorca z Krakowa, wydawca, politolog, w przeszłości działacz Konfederacji Polski Niepodległej.

Po transakcji, redaktora naczelnego Pawła Lisickiego zastąpił Tomasz Wróblewski. Lisicki przestał też być naczelnym „Uważam Rze”. Wraz z nim odeszli też ludzie, których przyprowadził do „Rzeczpospolitej”.

Po sławnym tekście Cezarego Gmyza o trotylu na wraku tupolewa Wróblewski musiał odejść i redaktorem naczelnym został Bogusław Chrabota, publicysta, wcześniej dyrektor programowy Polsatu. Dziś wspomina: - Wchodziłem do tej redakcji w wigilię 2012 roku jako człowiek, który ponad dwadzieścia lat spędził w telewizji. Redakcja miała prawo sądzić, że z gazetą sobie nie poradzę. Trafiłem jednak na świetny, profesjonalny zespół, który odrobinę mi zaufał. Ominęliśmy rafy, unowocześniliśmy gazetę i rozwinęliśmy cyfrowe multimedia.

Czas zmian

Na całym świecie firmy wydawnicze szukały nowego modelu prowadzenia biznesu. Rozwój internetu zmieniał przyzwyczajenia czytelników i oczekiwania wobec dostawców informacji. Stawało się jasne, że trzeba inaczej sprzedawać treści. Nie było do końca jasne, jak. Były okresy, kiedy duża część członków redakcji straciła pracę. Pożegnania z wieloletnimi przyjaciółmi, którzy przez lata dawali z siebie wszystko dla gazety, były bolesne. Redakcja musiała się szybko przeorganizowywać, by ci, którzy zostali, zdołali utrzymać proces produkcji gazety i jej wysoki poziom.

Zamknięcie własnych drukarń w Raszynie i Koninku pod Poznaniem oraz zmiana drukarni na Agorę w 2012 r. oznaczała, że gazetę trzeba wysyłać do drukarni wcześniej. Pod koniec września 2012 r. zniknęło krajowe wydanie, 2 maja 2013 r. ukazał się ostatni regularny numer wydania warszawskiego. Oznaczało to też koniec papierowej historii „Życia Warszawy". Presspublica kupiła tę gazetę w sierpniu 2007 r., wydawała ją do 11 grudnia 2011 r.

Od listopada 2012 r. wydania na tablet i smartfon jest dostępne już o godzinie 21 poprzedniego dnia. Aplikację przygotował Sebastian Krause z zespołem. Tym samym „Rzeczpospolita" stała się jedną z pierwszych gazet, która sprzedaje wydanie cyfrowe. Aplikacja pozwala na czytanie „Rzeczpospolitej” zarówno w formie pdf-ów jak i tekstów uporządkowanych w oparciu o strukturę wydania gazetowego. 

Rozwija się też strona rp.pl. Od 2016 r. pod adresem tv.rp.pl działa Telewizja „Rzeczpospolitej" ze stałą ramówką. Dziennikarze prowadzą programy: „RZECZoPOLITYCE", „RZECZoBIZNESIE" i „RZECZoPRAWIE".

W 2018 roku redakcja wprowadza system pracy zwany potocznie „digital first”. – Dziennikarz pisze dla „Rzeczpospolitej”, a jest rzeczą wtórną, gdzie ten tekst zostanie opublikowany, w gazecie, w sieci czy w tablecie – mówi Cezary Szymanek, szef rp.pl. 

Aby to było technicznie możliwe, trzeba było ujednolicić strukturę artykułów i zmienić ich wygląd. Odświeżenie layoutu przygotował w 2018 roku Maciej Ślusarczyk z działu Nowe Media, w „Rzeczpospolitej” od końca 2011 roku. – Po tej zmianie mamy komfort publikowania naszych treści bez względu na to, gdzie odbiorca będzie chciał nas czytać: w wydaniu papierowym, tabletowym, on line czy na stronie naszego elektronicznego archiwum. Wprowadzone przy tej okazji zmiany graficzne odświeżyły wygląd gazety i nadały jej lekkość.

Grand Front za Benedykta XVI

- Najważniejsze dla mnie w „Rzeczpospolitej” było zetknięcie się z grupą bardzo profesjonalnych dziennikarzy o bardzo różnym sposobie patrzenia na świat – wspomina Bartosz Węglarczyk, były wicenaczelny „Rzeczpospolitej”, obecnie szef Onetu.

Okładka „Rzeczpospolitej” z 12 lutego 2013 roku, przedstawiająca przez całą szerokość ostatniej i pierwszej strony gazety Benedykta XVI na czarnym tle, rezygnującego z funkcji papieża, z nietypowo postawioną winietą w pionie (autorstwa Bartosza Krzyżaniaka-Gumowskiego), dostała nagrodę Grand Front Izby Wydawców Prasy dla najlepiej zaprojektowanej polskiej okładki roku.

-  Zrobiliśmy wtedy tę niesamowitą okładkę. Dyskutowaliśmy, jak to wydarzenie pokazać, jak zareagować. Tamten dzień w „Rzeczpospolitej” to było jedno z moich najważniejszych przeżyć dziennikarskich w życiu – mówi Węglarczyk.

Rankingi i tygodniki

Gazeta wydaje cykliczne dodatki: „Życie Regionów” w poniedziałki, „Rzeczpospolitą Cyfrową” we wtorki,  „Moje Pieniądze” w czwartki, „Nieruchomości” i „Rzecz o Historii” w piątki.

Wymyślone przez Krystynę Chrupkową 30 lat temu poradniki to nadal specjalność działu prawnego. Dodatkowo ukazują się tygodniki: „Rzecz o Prawie”, „Dobra Administracja”, „Rachunkowość” i dwutygodniki: „Sądy i prokuratura”, „Orzecznictwo”.

Rozwijane są nadal listy i rankingi: „Lista 500 największych polskich firm” – już teraz bez konkurencji, Ranking Doradców Podatkowych. W najbliższej, już XVIII edycji Rankingu Kancelarii Prawnych wystartuje zapewne rekordowa liczba 350 kancelarii. 

W roku 2014 roku „Rzeczpospolita” została uznana za najbardziej opiniotwórcze medium dekady. Zazwyczaj wygrywa rankingi cytowalności.

Najdłuższy stażem redaktor naczelny

Historyczną gazetę na piątek, 12 czerwca, ostatni codzienny numer „Rzeczpospolitej” przed stuleciem, prowadzi Zuzanna Dąbrowska. W gabinecie redaktora naczelnego właśnie relacjonuje, jakie materiały zaplanowała do rp.pl.

Bogusławowi Chrabocie zleciało już siedem i pół roku w „Rzeczpospolitej”. Został najdłużej w historii dziennika sprawującym swoją funkcję redaktorem naczelnym. – „Rzeczpospolita” w tym czasie przeżyła metamorfozę i znów jest medium mocnym i wpływowym. Niemniej najważniejsze dopiero przed nami, przetrwać w otoczeniu cyfrowym. Przejść konwersję w coś zupełnie nowego. Nie stracić odbiorcy i zyskać nowego – mówi. – Mam plan, jak to zrobić.

Tylko balu żal

Dziś w „Rzeczpospolitej” nie pracuje już prawie nikt, kto pamiętałby czasy Janusza Durmały, naczelnego rządowej „Rzeczpospolitej”. Ale wciąż jest kilkanaście osób, które pracowały w pierwszych latach po 1989 roku, m. in.: Jerzy Haszczyński, szef działu zagranicznego, Tomasz Sobiecki, sekretarz redakcji, Mirek Żukowski, szef sportu, Marek Domagalski z prawa, Antoni Kowalik i Danuta Walewska i Zbigniew Lentowicz z ekonomii, Kazimierz Groblewski z sekretariatu, Robert Lutomski, wieloletni sekretarz redakcji, obecnie zajmujący się dodatkami specjalnymi.

Wiele się zmieniło w „Rzeczpospolitej”, ale nie wszystko. Na szczęście. Przy biurku w dziale prawnym, tak jak przez ostatnie 30 lat, kolejny tekst pisze pani Danuta Frey. No chyba że jest akurat pandemia, wtedy pisze z domu. Kiedy nie pisze, jest w NSA, gdzie zbiera materiały.

– Do „Rzeczpospolitej” ściągnęła mnie w 1989 roku Krystyna Chrupkowa – wspomina pani Danuta, której kłaniają się prezesi sądów. Podobnymi ikonami działu prawnego byli przez lata m.in. Iza Lewandowska, Jolanta Kroner i Jurek Pilczyński.

W stanie wojennym Pani Danuta została wezwana do Komitetu Centralnego. Tam dowiedziała się, że przestanie pracować w „Tygodniku Demokratycznym”. Dostała całkowity zakaz pisania.

– W niektórych latach rozwój „Rzeczpospolitej” był imponujący – mówi pani Danuta, która wspomina, jak pojawiły się komputery: – Były takie malutkie, czarno-białe, ale pierwsze w Warszawie. Zaczęła się wtedy nowa era, która trwa do dziś, gdy doszliśmy do pracy zdalnej – mówi. - „Rzeczpospolita” przeżyła swoje życie razem z czasami, które nastały od jej założenia. Odzwierciedla przemiany, które mają miejsce. I tak już chyba pozostanie – dodaje.

– Czy czegoś jest Pani żal?

– Może tylko tych balów, które były za Fikusa – dopowiada sentymentalnie.