Marcin Makowski: Jedna lista. To symetryści mieli jednak rację

Wynik wyborów pokazuje, że jedna lista byłaby bez sensu.

Publikacja: 18.10.2023 03:00

Czy zwolennicy jednej listy, którzy niemal do końca twierdzili, że tylko ich wariant przyniesie zwyc

Czy zwolennicy jednej listy, którzy niemal do końca twierdzili, że tylko ich wariant przyniesie zwycięstwo, posypali głowy popiołem?

Foto: PAP/Wojtek Jargiło

Pisali o tym politolodzy, pisało wielu dziennikarzy i publicystów, dzisiaj liczby przyznają im rację – demokratyczna opozycja startująca z trzech list nie tylko wygrała wybory, ale przez sam fakt pluralizacji głosowania udało jej się zmarginalizować Konfederację, tym samym odbierając PiS-owi hipotetycznego koalicjanta. Czy zwolennicy jednej listy, którzy niemal do końca twierdzili, że tylko ich wariant przyniesie zwycięstwo, posypali głowy popiołem?

Nie mówcie tylko, żeście nie wiedzieli

„Opozycja, startując oddzielnie, nie będzie w stanie pokonać Prawa i Sprawiedliwości (z Konfederacją, która od tygodni zyskuje). Tylko jedna, wielka czteropartyjna koalicja wyborcza, której zresztą oczekuje większość zwolenników tej czwórki, daje demokratycznej opozycji szansę na odsunięcie Jarosława Kaczyńskiego od władzy” – pisała „Gazeta Wyborcza” w marcu, publikując pierwszy „sondaż obywatelski”, który rozpoczął sezon na szantaż moralny nazywany „jedną listą”. Sympatyzujący ze środowiskiem „GW” dziennikarze oraz politolodzy miesiącami prześcigali się w żonglowaniu liczbami oraz felietonami, których bliźniaczo podobne konkluzje zawsze kończyły się tą samą fałszywą alternatywą – albo jedność, albo porażka.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Konfederacja – wzlot i upadek

Oczywiście jedność definiowana była bardzo specyficznie. Rozumiano ją jako porzucenie partykularnych ambicji mniejszych partii, naiwnych marzeń o pluralizmie oraz sporów programowych, które w obliczu zagrożenia autorytarną władzą były jak troska o równo przystrzyżony trawnik, gdy za płotem płonął las. Tylko pod skrzydłami lidera – Donalda Tuska – istniała nadzieja na normalną, uśmiechniętą Polskę.

„Wątpiących zapewniamy, że wyniki były dla nas wielką niewiadomą, a dzisiaj są dramatycznym zaskoczeniem. Kto wie, czy to nie ostatni dzwonek alarmowy dla demokratów“, „Nie mówcie tylko, żeście nie wiedzieli” – pisał Jarosław Kurski, wicenaczelny „Wyborczej”, kreśląc manichejską linię podziału polskiej polityki, na mapie której nie było miejsca dla wahających się.

Niestety opozycja, poza koalicją PSL i Polski 2050, jednoczyć się nie chciała. Przeważały argumenty zdroworozsądkowe, politologiczne, doświadczenia przeszłości (słaby wynik Koalicji Europejskiej w wyborach do Europarlamentu w 2019 r.) oraz – co w polityce dziwić nie powinno – ambicje poszczególnych liderów, którzy hamletyzowali, gdy Tusk zapraszał ich na Marsz 4 Czerwca.

Dlaczego nie chcecie iść razem?

Widząc, że szantaż nie działa – zwolennicy jednej listy, z liderem KO oraz partyjnymi jastrzębiami w mediach społecznościowych na czele – uznali postawę Lewicy, a zwłaszcza Trzeciej Drogi, jako zdradę. „Tylko jedna, wspólna lista to szansa na zwykłą większość” – pisano, gdy w połowie czerwca Forum Długiego Stołu za pieniądze czytelników „GW” zamówiło w pracowni Kantar Public kolejny „sondaż obywatelski”. Był to moment, w którym Silni Razem, czyli frakcja najbardziej zagorzałych zwolenników Platformy, częściej krytykowała na platformie X (dawniej Twitter) Hołownię i Kosiniaka-Kamysza niż Kaczyńskiego.

Eksperci uparcie twierdzili, że parcie ku jednej liście to scenariusz, który zmobilizuje wyborców Konfederacji

Efekt tych zabiegów był odwrotny od zamierzonego. Opozycja zamiast się jednoczyć – jako całość słabła. Trzecia Droga balansowała niebezpiecznie blisko progu, Konfederacja do pewnego momentu rosła, a Lewica nie mogła być niczego pewna. Pewni siebie sztabowcy PiS, czując, że ataki PO na resztę opozycji dają im wiatr w żagle, rozpuszczali w mediach spin o „wewnętrznych sondażach”, które spychają PSL oraz Polskę 2050 poza parlament, dając trzecią kadencję Zjednoczonej Prawicy. Otrzeźwienie po stronie liberalnej nie przychodziło jednak nawet do Marszu Miliona Serc, czyli do dwóch tygodni przed wyborami.

Tymczasem eksperci uparcie twierdzili, że parcie ku jednej liście to scenariusz, który zmobilizuje wyborców Konfederacji, a opozycję jako jeden blok osłabi. I nie odwoływali się przy tym do emocji, tylko socjologii i statystyki. – Ze wszystkich badań, które widzimy, wynika, że elektoraty Trzeciej Drogi, Lewicy i Koalicji Obywatelskiej na tyle się różnią, że próba łączenia ich w jedną listę jest tylko i wyłącznie promowaniem Konfederacji – przekonywał w „Rzeczpospolitej” prof. Jarosław Flis.

Popiołu na mojej głowie nie ma

Otrzeźwienie, gdy zrobiło się naprawdę groźnie i jasnym wydawało się, że żadnego zjednoczenia nie będzie, przyszło w ostatniej chwili. Niechętnie i bez autorefleksji. „Popiołu na mojej głowie nie ma, ale mam takie wtórne przemyślenia. Jeszcze rok temu byłem bardzo za jedną listą. Teraz nabrałem wątpliwości. Wydaje mi się, że w sumie te trzy byty nie są złym rozwiązaniem” – stwierdził po marszu prof. Radosław Markowski, który wcześniej zwolenników podobnego rozwiązania przeklinał od symetrystów. Mądrość etapu kazała mu jednak skapitulować oraz zachęcić wyborców Platformy do „taktycznego głosowania na Trzecią Drogę”. Taktykę zmieniły także media liberalne oraz sam Donald Tusk, na ostatniej prostej uznając, że zamiast podcinać skrzydła, warto uznać samodzielność innych ugrupowań. Bo bez nich marzenia o przejęciu władzy można pogrzebać.

Czy faktycznie opozycja szła na szafot?

Gdy widzimy już, jak zakończyły się te wybory, jak wielką intelektualną klęską okazało się zaklinanie rzeczywistości, w której jedna lista miała być gwarantem zwycięstwa, a trzy listy zwiastować pewną klęskę – czy przyszedł czas na otrzeźwienie? Czy 14,4 proc. dla Trzeciej Drogi, które można tłumaczyć również jako bunt wobec postawy Koalicji Obywatelskiej, kogokolwiek poruszy? Nic z tego.

Czytaj więcej

Zuzanna Dąbrowska: Więcej lewicy w lewicy. Rozpoczął się długi marsz

„Symetryści głoszą, że mieli rację, protestując przeciwko jednej liście lub trójkoalicji z osobnym startem Lewicy. Ta opinia ma taką samą wartość jak teza, że przy wspólnej liście z taką determinacją anty-PiS opozycja mogłaby przełamywać weto PAD. Obie hipotezy są nieweryfikowalne” – napisała na platformie X Dominika Wielowieyska. Problem polega na tym, że jedna hipoteza właśnie się zweryfikowała. Opozycja demokratyczna w trzech blokach wygrała. Będzie w stanie utworzyć rząd, jednocześnie marginalizując znaczenie Konfederacji. Wygrała, choć – co miały udowodnić dwa sondaże obywatelskie – szła pod wyborczy szafot. I tak, symetryści mieli rację. Tylko przyznanie tego faktu oznaczałoby, że zmarnowaliście pół roku na parapolityczne zaklinanie rzeczywistości. Trudno żyć z czymś takim, prawda? Ale żyć trzeba.

Autor jest dziennikarzem i publicystą „Wprost”.

Pisali o tym politolodzy, pisało wielu dziennikarzy i publicystów, dzisiaj liczby przyznają im rację – demokratyczna opozycja startująca z trzech list nie tylko wygrała wybory, ale przez sam fakt pluralizacji głosowania udało jej się zmarginalizować Konfederację, tym samym odbierając PiS-owi hipotetycznego koalicjanta. Czy zwolennicy jednej listy, którzy niemal do końca twierdzili, że tylko ich wariant przyniesie zwycięstwo, posypali głowy popiołem?

Nie mówcie tylko, żeście nie wiedzieli

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wybory
Wybory samorządowe 2024: Oficjalnie: Jacek Sutryk musi walczyć w II turze
Wybory
Wybory samorządowe 2024: PiS w siedzibie partii świętuje sukces. Na scenie pojawił się Jacek Kurski
Wybory
Wybory samorządowe 2024: PiS wygrywa w kraju, ale traci władzę w województwach
Wybory
Wybory samorządowe 2024. Jarosław Kaczyński: Nasze zwycięstwo to zachęta do pracy, a chcieli nas już chować
Wybory
Wybory samorządowe 2024: Frekwencja do godziny 17 niższa niż pięć lat temu