Czy rosyjska rakieta, która spadła 30 lipca w miejscowości Tarnawa-Kolonia została tak zaprogramowana, aby celowo uderzyć w terytorium Polski? Jeżeli tak, jak powinniśmy odczytywać ten incydent. 

– To pytanie dostałem już tamtej nocy, ok. godz. 5 nad ranem od jednego z członków ścisłego kierownictwa resortu obrony narodowej. Wtedy moja odpowiedź brzmiała 50 na 50 proc. Dzisiaj mogę powiedzieć jednoznacznie, że w 80 proc. jestem przekonany, że było to działanie intencjonalne. Te brakujące 20 proc. wynika z oczekiwania na odpowiedź ze strony służb specjalnych.

Dzisiaj mamy pewność, że była to rakieta bardzo nowoczesna, ze świeżej partii produkcyjnej, z głowicą bojową, z układem naprowadzania bardzo odpornym na zakłócenia. Z analizy trasy tego pocisku manewrującego nad Ukrainą wynika, że raczej nie miała ona żadnego celu alternatywnego na terytorium Ukrainy i zmierzała dokładnie tam, gdzie miała uderzyć. Ten pocisk miał bardzo małą powierzchnię odbicia (pozostawia bardzo słabe echo radarowe – red.), zaprogramowany został tak, aby zostać wykrytym bardzo późno, poruszał się lotem koszącym nad drzewami.

Dlatego my jako lotnicy tak bardzo się upieraliśmy kilka lat temu, żeby modernizować jak najszybciej nasze F-16, bowiem nasze samoloty cały czas mają radary ze skanowaniem mechanicznym. Tymczasem powinniśmy mieć radary ze skanowaniem fazowym, takie, jakie już są w samolotach F-35 albo będą w maszynach FA-50PL. Takie radary znacznie lepiej radzą sobie z wykrywaniem i śledzeniem tego typu obiektów. Nie można przecież odpalić rakiety powietrze-powietrze do czegoś, czego nie ma na radarze, albo do czegoś, czego nie widzi głowica, która śledzi źródło ciepła. Zwracam na to uwagę, bo bardzo ważna jest odpowiednio wcześniej podjęta modernizacja, w sytuacji, gdy tego typu zagrożenia dotyczą Polski.

Powiedział pan, że na 80 procent możemy ten incydent przypisać celowemu działaniu Rosji. Czy możemy się zatem spodziewać dalszej eskalacji wykorzystującej podobny wzór działania z tamtej strony?

– Odczytujemy incydent z 30 lipca jako kolejny krok Federacji Rosyjskiej na drabinie eskalacyjnej. Zademonstrowano cel, który jest supertrudny do zwalczania dla systemu obrony powietrznej nie tylko polskiego, ale też tych najbardziej obecnie zaawansowanych, stworzonych przez Ukrainę, Izrael czy budowanego przez USA.

Jako żołnierz i Dowódca Operacyjny muszę brać pod uwagę najgorsze scenariusze, dlatego zakładam, że kolejnym działaniem może być targetowanie elementu infrastruktury krytycznej lub kompleksu przemysłu zbrojeniowego. Natomiast ze zdarzenia z 30 lipca wypływa też zła wiadomość dla Federacji Rosyjskiej. Pomimo naszych ograniczeń i tego, że znajdujemy się na etapie transformacji, jesteśmy zdolni do wykrycia takiego pocisku manewrującego. Po drugie, byliśmy gotowi do oddziaływania na to zagrożenie, ponieważ nasze myśliwce były w rejonie, gdzie pocisk manewrujący przemieszczał się w polskiej przestrzeni powietrznej. Gdyby jego lot się przedłużał, bylibyśmy w stanie go zneutralizować. W powietrzu znajdował się śmigłowiec, który dysponując danymi z systemu rozpoznania precyzyjnie ustalił miejsce uderzenia rosyjskiego Ch-101. W pogotowiu była naziemna grupa poszukiwawcza Lubelskiej Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej, która bardzo sprawnie dotarła i zabezpieczyła miejsce zdarzenia. Zatem to nie jest tak, że Federacja Rosyjska osiągnęła wszystkie swoje cele.

Czytaj więcej

Czy Rosja może zaatakować NATO w 2027 roku? Generał: Władimir Putin mówił, że już walczymy

Jak szybko jesteśmy w stanie zareagować, gdy po raz kolejny polska przestrzeń powietrzna zostanie naruszona. Od czego zależy czas reakcji?

– Byliśmy bardzo krytykowani za to, że ten pocisk manewrujący przebywał w naszej przestrzeni powietrznej ok. 6 minut i że dopiero wtedy F-16 mógł go zwalczać, co nie jest prawdą, ponieważ działanie systemu rozpoczęło się natychmiast od wykrycia tego zagrożenia. Jednak patrząc na splot zdarzeń i skomplikowane tło taktyczne tej konkretnej nocy, moim zdaniem niewiele można było zrobić, aby go skrócić.

Głównym czynnikiem determinującym czas reakcji jest rodzaj celu. W tym przypadku leciał on na ultraniskiej wysokości o godz. 3.46 w nocy, aby mieć jak najniższą skuteczną powierzchnię odbicia i maksymalnie opóźnić moment detekcji. Pocisk manewrujący CH-101 był słabo widoczny na radarach, a wiele zależy od tego, kiedy taki obiekt zostanie wykryty. Nie możemy swoich radarów wystawić poza terytorium Polski, ale sensory znajdują się na wschodzie kraju przy samej granicy. Zatem aby móc szybko rozpocząć oddziaływanie ogniowe, taki cel wymaga odpowiednio wczesnego czasu wykrycia, a był, jak wspomniałem, późno wykryty. Trzeba być też świadomym, że wydolność sensorów jest ograniczona, obecnie opieramy się głównie na radarach aktywnych z wysuniętych posterunków radiolokacyjnych. Na pewno brakuje nam aerostatu z programu operacyjnego Barbara. Dlatego ubolewam, że budowa tego programu jest opóźniona. Ten system dałby nam znacznie większy komfort działania. Wtedy te sześć minut moglibyśmy skrócić na przykład do dwóch.

Czy tamtej nocy funkcjonowała współpraca ze stroną ukraińską?

– Ten element nie zadziałał perfekcyjnie. Bezpośrednio w pobliżu polskiej granicy, a patrząc z perspektywy pilota polskiego F-16 na linii granicy, pracował ukraiński MiG-29. Kiedy to się działo, czyli o godz. 3.40, nikt z nas – zarówno na poziomie dowodzenia, jak i pilot polskiego F-16 nie miał możliwości zidentyfikowania tego obiektu jako myśliwca. Zatem istniało ryzyko, że mogło dojść do bratobójczego ognia, tym bardziej, że MiG był śledzony nie tylko przez naszego F-16, ale też niektóre z naszych zestawów obrony powietrznej.

Dlatego po 30 lipca wysłaliśmy list do szefa Sztabu Sił Zbrojnych Ukrainy oraz szefa Sił Powietrznych Ukrainy, aby informowano nas o ruchach lotnictwa ukraińskiego w pobliżu granic Polski. Bo jeżeli pilot ukraiński zagapiłby się na 30 sekund, naruszyłby polską przestrzeń powietrzną, to być może musielibyśmy decydować, czy otworzyć do niego ogień. Ten MiG wówczas zaburzył nasze postrzeganie sytuacji. 30 lipca mieliśmy zatem do czynienia z bardzo dynamicznymi działaniami. Drugi samolot F-16 kończył w tym czasie tankowanie w powietrzu. Natychmiast, w ciągu zaledwie dwóch minut znalazł się w pobliżu tego rosyjskiego pocisku manewrującego, przeciął jego tor lotu i gdyby ten lot trwał dalej, był gotowy do interwencji.

Jaki jest efekt wystąpienia do ukraińskiego dowództwa? Czy teraz widzimy ukraińskie samoloty operujące przy granicy z Polską?

– Tak. To się zmieniło. Drożny jest system wymiany danych, który wcześniej pozwalał nam jedynie otrzymywać informacje o zagrożeniach, czyli pociskach balistycznych, manewrujących i o bezpilotowcach Federacji Rosyjskiej, które mogą potencjalnie naruszyć polską przestrzeń powietrzną.

Musimy sobie zdać sprawę z tego, że informacje o działaniach ukraińskiego lotnictwa są wyjątkowo wrażliwe. Ukraińcy nie są zainteresowani tym, żeby się dzielić informacją, kiedy podrywają swoje samoloty, gdzie one lecą, gdzie wyczekują, bo to jest ich sposób na przetrwanie. Dla Rosji te samoloty są łakomym kąskiem, jeśli są na ziemi.

We wschodniej części Polski obowiązuje tymczasowa strefa ograniczonego ruchu lotniczego EP R134, wprowadzona przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej na wniosek wojska. Czy to oznacza, że wzrosło zagrożenie naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej ze strony Rosji?

– Zagrożenie jest cały czas bardzo wysokie, natomiast ustanowienie tej strefy to oczywisty ruch po naszej stronie. Zastrzegam także, że to nie jest ostatnie ograniczenie w przestrzeni powietrznej. Toczą się prace, które wynikają z wniosków związanych z pracą systemu obrony powietrznej w nocy 30 lipca, aby wyłączyć większą część przestrzeni powietrznej. Działania te będą bardziej restrykcyjne. Oczywiście możemy się spodziewać protestów z kręgu lotnictwa cywilnego, ale musimy położyć na szali latanie dla przyjemności, ewentualnie biznesowe i bezpieczeństwo państwa oraz wielu tysięcy ludzi na obszarze województw podkarpackiego i lubelskiego.

Czy przebazowane zostaną zatem wojskowe statki powietrzne na wschód Polski np. na cywilne lotniska w Rzeszowie, Lublinie lub Radomiu? Czy te siły zostaną wzmocnione przez siły powietrzne NATO?  

– Na pewno zostaną wzmocnione siły. Przewidujemy przebazowanie na wschód Polski śmigłowców, które mają zwalczać drony. Nie przewiduję jednak przeniesienia lotnictwa szybkiego. 4 sierpnia została wdrożona nowa dyrektywa związana z planem obrony powietrznej NATO, która umożliwia bardziej elastyczne lokowanie zasobów obrony powietrznej – głównie myśliwców. Już mieliśmy przypadek, że para włoskich Eurofighterów, która operowała z bazy w Szawle na Litwie, miała mandat do operowania w polskiej przestrzeni powietrznej. Wzmocniła tym samym ochronę przestrzeni powietrznej nad województwami podkarpackim i lubelskim. Możemy też korzystać z zasobów sił powietrznych stacjonujących w Amari w Estonii, gdzie są hiszpańskie F/A-18 Hornet oraz tureckie F-16. W polu widzenia mamy też parę dyżurną z Czech, a także z Węgier.

Zatem ma pan do dyspozycji już teraz także samoloty z całego naszego regionu Europy?

– Tak, mogą być do mojej dyspozycji, choć każdorazowo ich dostępność może być ograniczona z powodów niezależnych od nas.

Jaki jest sens inwestowania miliardów złotych w naziemne systemy przeciwlotnicze, przeciwrakietowe, gdy nie można ich użyć w czasie pokoju?

One są bardzo skuteczne. To, że do tej pory były wykorzystywane w sposób ograniczony, wynikało z restrykcji, które na nie nakładano. Po 30 lipca podjęliśmy prace zmierzające do umożliwienia znacznie efektywniejszego wykorzystania naziemnych zestawów przeciwlotniczych, ale, aby one mogły oddziaływać na obcy obiekt musimy im dać przestrzeń, która jest bezpieczna. Muszą one także posiadać sensory, które dadzą im czas na jego wykrycie, musimy to obudować odpowiednimi procedurami, rozwiązaniami prawnymi. Cały czas bolączką są rozwiązania prawne czasu pokoju, a z mojego punktu widzenia my żyjemy już pomiędzy tymi stanami – teraz definiujemy go jako wojnę hybrydową.

Czytaj więcej

Szef Agencji Wywiadu: Rosja postrzega Polskę jako przeszkodę

Pilot samolotu bojowego musi zobaczyć obiekt, który narusza polską przestrzeń powietrzną, aby podjąć decyzję o zestrzeleniu?

– Chcemy odejść od tzw. VID, czyli Visual Identification i przejść do tzw. PID, czyli Positive Identification, czyli stanu, kiedy na podstawie informacji, które mamy ze swoich sensorów i na podstawie świadomości sytuacyjnej, że w przestrzeni pojawił się obcy obiekt, który na pewno nie jest samolotem cywilnym, ukraińskim czy naszym myśliwcem, można na niego oddziaływać

Czy w tym zakresie powinny zostać zmienione procedury? Jakie są rekomendacje Dowództwa Operacyjnego?

– Musimy przede wszystkim określić zestaw pewnych czynności, które pozwolą szybko potwierdzić możliwość naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej, co spowoduje, że obiekt ją naruszający stanie się celem do zwalczania. Kolejnym składnikiem pozytywnej identyfikacji może być to, gdy nasze systemy „swój – obcy”, które wysyłają zapytanie, nie otrzymują żadnej odpowiedzi od tego obiektu. Zatem musimy zestawić procedury i preautoryzować zestawy obrony naziemnej lub pilotów do otwarcia ognia do takich obiektów.

Jak często podnoszone zostały w trybie alarmowym polskie samoloty w tym roku?

– Dzieje się to kilka razy w tygodniu.

Zatem ile razy w tym roku została naruszona polska przestrzeń powietrza? Z danych obejmujących I kwartał roku wynika, że doszło do 308 przypadków naruszenia, oczywiście głównie przez balony nadlatujące z Białorusi – meteorologiczne lub przemytnicze.

– Ta duża liczba wynika z literalnych zapisów prawa, nawet wtedy, gdy granicę narusza, mówiąc kolokwialnie, dron komunijny. Fakty są takie, że część tych przypadków to zgłoszenia fałszywe. Straż Graniczna rozwinęła system radiolokacji pasywnej na białoruskim odcinku granicy, który jest bardzo czuły. Mieliśmy do czynienia z anomaliami pogodowymi czy stadami ptaków, ale też przypadkami naruszenia przestrzeni powietrznej przez balony lub drony przemytnicze, które nadlatywały z Białorusi. Jedynym poważnym naruszeniem było to, z czym mieliśmy do czynienia 30 lipca, ale jego waga jest z kategorii ciężkiej.

Czy budowany przy granicy na wschodzie kraju system SAN obrony przeciwdronowej i przeciwlotniczej krótkiego zasięgu będzie podlegał pod Dowództwo Operacyjne?

– Trwa na ten temat dyskusja. Wynika to z faktu rozproszenia systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi, szczególnie w obszarze obrony powietrznej. Mamy zbyt wielu graczy w tej układance m.in. Sztab Generalny WP, pełnomocnika ds. Budowy Wielowarstwowego Systemu Obrony Powietrznej, który ulokowany jest w Agencji Uzbrojenia, naziemne systemy obrony powietrznej podlegają Inspektoratowi Rodzajów Wojsk w Dowództwie Generalnym, lotnictwo i radary znajdują się w Inspektoracie Sił Powietrznych, a Inspektorat Wsparcia zajmuje się utrzymywaniem cyklu życia systemów uzbrojenia. Zaś Dowództwo Operacyjne ma ten system spajać w sytuacji, gdy realnie pojawia się zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej.

Najbardziej widocznym grzechem reformy wprowadzonej w 2014 r. jest rozdrobnienie obrony powietrznej. Niebawem do tego systemu dołączy SAN i dobrym pytaniem jest to, który inspektorat obejmie nad nim nadzór, kto nim będzie zarządzał, a wcześniej projektował jego finalną strukturę, tworzył doktrynę użycia i prowadził szkolenie, a następnie zasilał żołnierzami. Ciągle w tym zakresie mamy do czynienia z dużą liczbą znaków zapytania. Przypomnę, że elementem tego systemu będzie m.in. pasywna radiolokacja, systemy akustyczne. Warto także pamiętać, że dowodzenie obroną powietrzną oparte jest na przestarzałym systemie DUNAJ, który wymaga tak naprawdę wymiany.

Czytaj więcej

Tego wojsko nie mówi o rosyjskiej rakiecie. W polskich F-16 nie działał ważny system

Czy pana zdaniem konieczna jest reforma Systemu Kierowania i Dowodzenia Siłami Zbrojnymi?

– Korekta jest bardzo potrzebna. Obserwując konflikt ukraińsko-rosyjski widzimy, jak on ewoluuje, jak szybko pojawiają nowe zdolności, dlatego musimy za tym nadążać. A w nadmiernie rozdrobnionym systemie nie jesteśmy w stanie dobrze uchwycić wszystkich problemów.

Jeżeli dzisiaj nie jest dla niej dobry czas, to kiedy on będzie? W czasie wojny? Musimy maksymalnie zunifikować system dowodzenia wojennego i już teraz zbliżyć go do systemu czasu pokoju. Doskonale pokazały to ćwiczenia organizowane kilka lat temu. To już zostało zdiagnozowane. Musimy wejść do potencjalnej wojny z jasnym systemem dowodzenia.

Czy będzie pan naczelnym dowódcą w czasie „W”?

– Dzisiaj nie ma wskazanej takiej osoby. Nasz system jest zmianowy, dlatego zapewne pierwszym będzie szef Sztabu Generalnego WP a dowódca operacyjny po nim.

Czy Polska powinna oddawać Ukrainie rakiety Patriot?

– To jest trudne pytanie, bo ma ładunek polityczny.

Przecież Dowództwo Operacyjne musiało przedstawić w tej sprawie swoją rekomendację.

– Do tej liczby, która została zadeklarowana, a jest to informacja niejawna, to tak.

W pierwszym przypadku mowa była o przekazaniu pięciu pocisków do systemu Patriot.

– Mówimy o liczbie tego rzędu, nikt nie mówi o masowych donacjach. Moim zdaniem moglibyśmy przekazać sprzęt poradziecki, który ciągle jest w naszym użytkowaniu, a który mógłby być bardzo przydatny dla Ukrainy, nawet jeśli wymaga remontu generalnego. Musimy być świadomi, że także taki sprzęt jest wykorzystywany do walki w interesie Polski.

Czy wschodniej granicy z Białorusią powinni nadal pilnować żołnierze? Wydaje się, że to zadanie powinna wreszcie realizować Straż Graniczna?

– Widoczny jest trend, aby redukować liczbę żołnierzy na granicy z Białorusią. Schodzimy kadrowo z rozmiaru dywizji do brygady na tej granicy. Ale to nie jest tak, że w wojsku nic dobrego się nie działo w czasie służby na granicy. Na przykład mamy odcinek o długości 22 km nazwany inteligentną granicą, gdzie są testowane autonomiczne pojazdy, na przykład typu Kuna, do nadzorowania granicy. Oczywiście wszystko odbywa się pod okiem człowieka, ale główną rolę odgrywają sensory.

Chcemy sprawdzić, na ile robotyzacja pozwoli nam na zastąpienie żołnierzy. Jednocześnie formowany jest Komponent Obrony Pogranicza, w oparciu o brygady OT. Niebawem one przejmą zadania na granicy. Relatywnie stabilna sytuacja jest na Bałtyku. Natomiast dzisiaj najwięcej mojej uwagi zaprząta domena powietrzna. Tutaj obserwujemy działania najbardziej dynamiczne i nigdy nie wiadomo, co się stanie kolejnej nocy.

Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie na kierunku pilot samolotów naddźwi

Gen. dyw. pil. dr Ireneusz Nowak, Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych

Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie na kierunku pilot samolotów naddźwiękowych, studiów dowódczo-sztabowych w Akademii Obrony Narodowej oraz podyplomowych studiów polityki obronnej w Akademii Sił Powietrznych USA w Maxwell. W 2023 r. obronił rozprawę doktorską, uzyskując stopień naukowy doktora nauk społecznych w dyscyplinie nauki o zarządzaniu i jakości. Zawodową służbę wojskową pełnił m.in. w 11 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego we Wrocławiu, 3 Korpusie Obrony Powietrznej we Wrocławiu, 10 eskadrze lotnictwa taktycznego i 32 Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku, 2 Skrzydle Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu. 1 marca 2023 roku został wyznaczony na stanowisko Inspektora Sił Powietrznych w Dowództwie Generalnym RSZ. 20 października 2023 roku został Zastępcą Dowódcy Generalnego RSZ. 2 czerwca 2026 roku postanowieniem Prezydenta RP został wyznaczony na stanowisko Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Posiada uprawnienia instruktorskie na samolotach F-16, włącznie z lotami w nocy z użyciem gogli noktowizyjnych. Ukończył kurs praktyczny TLP w Albacete (Hiszpania), wykonując loty w charakterze dowódcy komponentu lotniczego (Mission Commander) w międzynarodowych ugrupowaniach COMAO. Jest pilotem klasy mistrzowskiej i cały czas aktywnie uczestniczy w szkoleniu lotniczym.

Foto: Materiały prasowe