Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie okoliczności uniemożliwiły dyżurującym myśliwcom F-16 skuteczne przechwycenie rosyjskiego pocisku.
  • Z jakimi problemami technicznymi w kluczowym systemie wymiany danych Link-16 musieli zmierzyć się polscy piloci.
  • Czym oficjalna narracja na temat incydentu różni się od jego faktycznego przebiegu.

Oficjalnie wszystko było w porządku. Na stronach rządowych w notatce zatytułowanej „Wojsko w każdej chwili było gotowe do zestrzelenia pocisku” możemy przeczytać wypowiedź premiera Donalda Tuska, który kilka godzin po tym, gdy rosyjski pocisk Ch-101 spadł na wschodzie Polski stwierdził, iż „pierwsze informacje jednoznacznie wskazują, że odpowiednie służby, przede wszystkim wojsko i nasi piloci, zadziałały bardzo szybko i sprawnie. Nie było bezpośredniego zagrożenia w związku z tym, że rakieta spadła w terenie niezabudowanym”. – Od godzin późnowieczornych generał Ireneusz Nowak postawił w stan gotowości wszystkie systemy obrony powietrznej, uruchamiając krajowe i sojusznicze służby związane z ochroną przestrzeni lotniczej – mówił prezes Rady Ministrów.

Pocisk Ch-101

Pocisk Ch-101

Foto: PAP

Później Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, wspominany wyżej gen. Nowak, wyjaśniał, że „jeden z samolotów F-16 otrzymał polecenie przechwycenia obiektu, który naruszył polską przestrzeń powietrzną; znalazł się tam dokładnie wtedy, kiedy pocisk uderzył w ziemię; gdyby rakieta kontynuowała lot, podjąłbym decyzję, by ją zestrzelić”.

Gdy rosyjski pocisk pojawił się nad Polską jeden z dyżurnych myśliwców tankował, drugi sprawdzał obiekt, który okazał się ukraińskim myśliwcem

Z kolei w oficjalnym komunikacie Dowództwa Operacyjnego można przeczytać, że „O godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt poruszający się w kierunku zachodnim. W celu jego rozpoznania i przechwycenia w rejon skierowano dyżurny myśliwiec F-16. O godz. 3.46, przed dokonaniem jednoznacznej identyfikacji, obiekt zanikł ze wskazań systemów radiolokacyjnych”.

Jak udało się dowiedzieć „Rzeczpospolitej”, gdy pocisk naruszył naszą przestrzeń powietrzną, faktycznie w powietrzu była już wcześniej poderwana dyżurna para samolotów F-16. Jednak akurat w tym czasie jeden z nich tankował w powietrzu, korzystając z sojuszniczej cysterny powietrznej. Z kolei drugi nasz samolot F-16, najpierw sprawdzał inny obiekt tuż przy naszej granicy – okazało się, że był to ukraiński MiG-29, który prawdopodobnie próbował zestrzelić rosyjski pocisk, ale najpewniej nie zdążył tego zrobić przed polską granicą. Czy faktycznie byliśmy tak blisko przechwycenia i zestrzelenia pocisku Ch-101, jak sugerują to oficjele? Można mieć poważne wątpliwości.

W polskich F-16 nie działał system wymiany danych Link-16

Jeszcze bardziej niż komunikaty o tym, że byliśmy bardzo blisko zestrzelenia tego pocisku, zdumiewać może to, że w parze samolotów F-16, która była w powietrzu, nie działał system Link-16. Jest to standardowy system wymiany danych używany w Sojuszu Północnoatlantyckim w różnych typach uzbrojenia. Dzięki niemu działające w stosunkowo małej (jak na samoloty) przestrzeni, statki powietrzne mogłyby dokładnie wiedzieć, gdzie się znajdują. Jednak tamtej nocy Link-16 nie działał, więc piloci o swoich pozycjach mieli informować przez radiostacje. To mogło mieć wpływ na mniej sprawne przeprowadzenie działań. Co więcej, wydaje się, że w Siłach Powietrznych wcześniej była świadomość tego problemu, ale nie zdążono go rozwiązać.

Czytaj więcej

Tarcza za 200 mld zł ma chronić Polskę. Nie oznacza, że każda rakieta zostanie zestrzelona

Kolejną kwestią, która utrudniała sprawne działanie podczas tego incydentu, jest to, iż system Dunaj, który „przeznaczony jest do rozpoznania radiolokacyjnego, identyfikacji obiektów powietrznych oraz tworzenia obrazu sytuacji powietrznej” i system przeciwrakietowy Patriot nie stanowią spójnej całości, co oznaczało, że operator systemu Patriot miał przed sobą dwa monitory i musiał działać w pewnym sensie na „oko”. Feralnej nocy systemu Patriot nie użyto, najpewniej obiekty nie znajdowały się w zasięgu baterii, ale nie wydaje się, by był to optymalny sposób działania.

Dowództwo Operacyjne pytane o ustalenia „Rzeczpospolitej” nie potwierdza, ani nie zaprzecza. Zasłania się tajemnicą

O te kwestie spytaliśmy Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.

Miejsce, w którym na Polskę spadła rakieta Ch-101

Miejsce, w którym na Polskę spadła rakieta Ch-101

Foto: PAP

– Obecnie prowadzona jest szczegółowa analiza incydentu, której celem jest ustalenie wszystkich jego okoliczności, w tym dotyczących funkcjonowania poszczególnych elementów systemu obrony powietrznej oraz zaangażowanych sił i środków – odpowiedział nam rzecznik prasowy ppłk Jacek Goryszewski. – Zakres przedstawionych pytań odnosi się w znacznej części do informacji dotyczących zdolności, procedur oraz sposobu działania systemu obrony powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej. Informacje tego rodzaju podlegają ochronie na zasadach określonych w przepisach o ochronie informacji niejawnych, dlatego nie jest możliwe przekazanie szczegółowych danych w tym zakresie. Jednocześnie zaznaczam, że brak odniesienia się do poszczególnych informacji, założeń lub tez zawartych w przesłanych pytaniach nie stanowi ani ich potwierdzenia, ani zaprzeczenia – odpowiedział wojskowy i dodał, że ograniczenie zakresu udzielanej odpowiedzi wynika z obowiązujących przepisów oraz konieczności ochrony informacji mających znaczenie dla bezpieczeństwa Państwa i skuteczności systemu obrony powietrznej RP.