Według „Słownika języka polskiego" PWN są to wyrazy pochodne oznaczające przedmiot mniejszy od przedmiotu, którego nazwa jest jego podstawą, np. domek, okienko, lub wyrażające pozytywne nastawienie mówiącego do przedmiotu wypowiedzi, np. synek. Zastanawiać może ostatnia część definicji – czy zawsze jest to nastawienie pozytywne? Często zdrobnień używa się, aby wyrazić pogardliwy, negatywny, nieraz ironiczny stosunek do danego obiektu, np. warszawka, przyjaciółeczka, prezesik, dyrektorek czy komendancik. Zdrobnienie (łac. deminutivum) wyraża formy pieszczotliwe, które określają pozytywny stosunek do kogoś/czegoś, gdy tego kogoś / to coś nazywamy, lub pozytywny stosunek do osoby, do której mówiący się zwraca. Na przykład, gdy mama mówi do dziecka, często używa zdrobnień, opisując świat, aby wyrazić swoje uczucia.

Deminiutivum może pełnić ważną funkcję w języku, pod warunkiem że się nim nie szafuje. Istotny, jak we wszystkim, jest umiar. Nadużywanie zdrobnień, zwłaszcza w sytuacjach związanych z pracą, daje efekt braku profesjonalizmu. Często osobę posługującą się takimi formami można uznać za infantylną. A na pewno nikomu nie zależy na tym, aby być źle postrzeganym. Jest różnica między zaproponowaniem na spotkaniu służbowym kawy z mlekiem czy herbaty z ciastkiem zamiast kawki z mleczkiem lub herbatki z ciasteczkiem. Kultura i miły ton wystarczą. Zdrobnienia nie dodają grzeczności, jak być może niektórzy uważają. Niestosowne jest także mówienie o fakturkach, vacikach, rozliczonkach. A także pieniążkach – to określenie niektórych szczególnie irytuje. Być może jego nadużywanie wynika z chęci nadania pieniądzom bardziej przyjaznych cech, niezwiązanych z towarem, handlem? Być może z chęci wywarcia wrażenia, że rachunek nie jest wcale taki duży, bo to tylko małe pieniążki, a nie pieniądze? Posługiwanie się nim, oraz podobnymi określeniami, przez osoby związane z handlem jest niepotrzebną serdecznością. Często źle odbieraną.

W sferze prywatnej każdy sam dobiera sobie sposób mówienia, tego, jak chce być postrzegany przez otoczenie. Natomiast dobrze by było, aby osoby związane ze sferą publiczną przemyślały swój sposób komunikowania się. Z dużą korzyścią nie tylko dla siebie.

Temat zdrobnień podejmuje bardzo ciekawa i zabawna książka pt. „Wszystko zależy od przyimka", w której Jerzy Sosnowski rozmawia z profesorami: Bralczykiem, Miodkiem i Markowskiem. Profesor Miodek opisuje w niej sytuację ilustrującą brak umiaru w używaniu zdrobnień:

„Miodek: Mnóstwo jest tego. Szaleństwo zdrobnień trwa. Myślałem, że nie do przebicia jest to, co przeżył wspomniany profesor Mańczak w Krakowie: »Paczusia w okieneczku szesnastym do odebrania«! Ale rok temu miałem badania okresowe, na szczęście ostatnie w życiu, do emerytury zostały mi cztery lata, więc mam spokój. Przyszedłem. Nasza sytuacja jest jakoś tam sympatyczna, gęby trochę rozpoznawalne, więc te panieneczki roześmiane, przemiłe.

Bralczyk i Markowski: Panieneczki!

Miodek: One się w uprzejmości zagalopowały do tego stopnia, że powiedziały: »Panie profesorze, moczyk proszę na półeczkę, a wyniczki będą o wpół do drugiej«. I były!".