Dwa ruchome dachy – nad kortem centralnym położony w 2009 roku i nad kortem nr 1 skonstruowany dekadę później, nazywane w słoneczne dni najdroższymi parasolami Londynu – uratowały początek tegorocznego turnieju. Z powodu opadów tenisistki i tenisiści nie wyszli o czasie na mokre korty boczne, ale Aryna Sabalenka z Moniką Niculescu oraz Novak Djoković z Jackiem Draperem wedle planu zagrali pierwsze spotkania na największych stadionach Wimbledonu. Potem zaś kolejne pary wyznaczone przez sędziów (także Iga Świątek i Su-wei Hsieh oraz Stefanos Tsitsipas i Frances Tiafoe – w tym spotkaniu sensacyjnie 6:4, 6:4, 6:3 zwyciężył Amerykanin).

Sabalenka, z powodu nieobecności Naomi Osaki i Simony Halep rozstawiona z nr. 2, okazała się całkowicie odporna na podcinane forhendy doświadczonej Rumunki (13. start w turnieju głównym), rozstrzygała szybko wymiany z dość brutalną siłą popartą odrobiną precyzji. Wynik 6:1, 6:4 po godzinie i kwadransie oddawał przewagę Białorusinki.

Mecz lidera rankingu światowego z debiutantem, brytyjskim nastolatkiem (253. ATP), który otrzymał dziką kartę, zaczął się rewelacyjnie dla młodego tenisisty. Po paru chwilach niepewności Draper ruszył śmiało na mistrza. Pewnie serwując i świetnie poruszając się po trawie, wygrał seta 6:4.

Djoković miał przez chwilę trochę niepewną minę, młodzieniec go wyraźnie zaskoczył, w dodatku Serb musiał przypomnieć sobie, jak unikać poślizgów i wywrotek na korcie centralnym (dach był zasłonięty, ale wilgoć w powietrzu robiła swoje). Odzyskał jednak błyskawicznie znaną pewność siebie i kolejne trzy sety okazały się formalnością. W świat poszedł wynik: 4:6, 6:1, 6:2, 6:2, dzielny Jack Draper pozostanie lokalnym bohaterem przynajmniej do wtorkowego ranka.

Poważne brytyjskie ambicje miała spełnić w tym roku Johanna Konta, ale musiała w poniedziałek wycofać się z turnieju z powodu zakażenia koronawirusem osoby z jej grupy szkoleniowej. Reguły w takich przypadkach są twarde: 10 dni kwarantanny.

Pierwsze wrażenie z obserwacji trybun kortu centralnego, na które miała wchodzić w pierwszym tygodniu połowa maksymalnej liczby osób (czyli 7,5 z 15 tys.), było takie, że tej normy nikt nie przestrzegał. Głowa przy głowie, wolnych krzesełek niemal nie dało się dostrzec.

W loży królewskiej, poza ważnymi członkami All England Law Tennis Club z prezesem, Jego Wysokością Edwardem, księciem Kentu w pierwszym rzędzie, zobaczyliśmy sporą grupę osób zasłużonych w narodowej walce z pandemią, zaproszonych w celu podziękowania za wielomiesięczny trud. Od naukowców opracowujących szczepionkę po służby medyczne z pierwszej linii walki z koronawirusem. Z tej okazji wolnych miejsc w loży też być nie mogło.

Kilkugodzinny deszcz pierwszego dnia to dla organizatorów zły scenariusz, gdyż program na wtorek siłą rzeczy musi uwzględnić nie tylko tradycję, ale zaległości. Nie było zatem pewne (w chwili zamykania tego wydania „Rz"), czy Hubert Hurkacz i Magda Linette zagrają drugiego dnia. Turniej ruszył jednak z kopyta na wszystkich dostępnych kortach około 17 czasu polskiego, więc do wieczora sporo meczów ubyło.

Hurkacz, najlepsza rakieta polskiego tenisa męskiego – wedle najnowszego rankingu nr 18 na świecie, w tym roku nie pokazał wiele z singlowych umiejętności w grze na trawie. Przed Wimbledonem miał dwie okazje. W Stuttgarcie przegrał w drugiej rundzie (pierwszą miał wolną) z 18-letnim Szwajcarem Dominikiem Stephanem Strickerem (335. ATP), w Halle na starcie lepszy był wimbledoński partner deblowy Polaka, Kanadyjczyk Felix Auger-Aliassime.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Dobrze zatem, że Hubert zagrał też w deblu i w tej specjalności poszło mu lepiej: jedno zwycięstwo i ćwierćfinał w Stuttgarcie (z Łukaszem Kubotem), cztery zwycięstwa i finał w Halle (z Auger-Aliassime'em). Może tyle wystarczy, by z Włochem Lorenzo Mussettim, wimbledońskim debiutantem, jednak dał sobie radę.