Idealizowanie komunizmu bywa najczęściej podszyte niewiedzą, naiwnością lub demagogią, jednak przedstawienie "Piękno Berlina Wschodniego" grane w berlińskim Kammerspiele, podczas wyjazdowej odsłony Kontrapunktu, nie jest propagandową agitką. Kolaż tekstów Rolanda Schernikaua w reżyserii Bastiana Krafta układa się w złożoną, wielowarstwową historię matki i syna, których berliński mur oddzielił od męża i ojca. Wizualną stronę przedstawienia tworzą makieta mieszkania z bloku na obrotówce, enerdowskie gadżety oraz plakaty i gazety eksponowane na telebimie. Wspomnienie matki napędza niemal sensacyjna historia ucieczki na zachodnią stronę miasta w bagażniku samochodu. Trudno jednak spodziewać się happy endu. Dzieciństwo spędzone w NRD owocuje wyobcowaniem chłopca w nowej szkole, które przypieczętowuje fakt jego homoseksualizmu.
W tak skonstruowanym scenariuszu można się spodziewać politycznie poprawnej narracji powielającej na przykład schemat „Aniołów w Ameryce". Oglądamy jednak moralitet, którego tematem jest każdy rodzaj odrzucenia wynikający ze stereotypów. Przypominających te o pogardzanym powszechnie NRD.
O oryginalności banalnie rozpoczynającej się historii świadczy zaskakujący finał. Tajemnicą matki na zawsze pozostało, że zerwała ze swoimi byłym mężem nie tylko dlatego, że ją zdradzał i założył nową rodzinę. On do końca pozostał nazistą. Matka wolała mniejsze zło. Ale jest też aspekt tej historii absolutnie wyabstrahowany z polityki. W NRD był dom głównych bohaterów. Kapitalizm nie przypadł im do gustu i tęsknili za swoim miejscem na ziemi. Tak bardzo, że syn w 1989 r przyjął obywatelstwo NRD, gdy setki tysięcy jego rodaków uciekało do RFN. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Każdy z nas jest inny i ma prawo do własnej biografii.
Równie zaskakującą historię opowiada Zbigniew Brzoza w spektaklu „Obwód głowy" z Teatru Nowego z Poznania, opartej na książce Włodzimierza Nowaka. Bohaterami są polskie dzieci odebrane podczas wojny rodzicom przez Niemców - z myślą o naturalizacji. Najmniejsze nie zdążyły się jeszcze zakorzenić w polskiej rzeczywistości i nauczyć języka. Po koszmarze obozów przejściowych - pobyt w nowych niemieckich rodzinach stał się dla nich wybawieniem.
Brzoza pokazuje w dokumentalnej formie opartej na dziennikarskim śledztwie jeden z największych paradoksów II wojny światowej - jej koniec oznaczał dla naturalizowanych Niemców o polskich korzeniach piekło: nie chciany powrót do ojczyzny, gdzie przez lata czuli się wyobcowani. Oglądamy dziecięcy świat rozdarty pomiędzy ukochaną niemiecką mutti i obcą polską mamę, jak to często bywało, dodatkowo obciążoną traumą obozów, wdowieństwa i powojennej biedy. Trudno sobie wyobrazić dramat, jaki przeżywały polskie kobiety: odrzucone przez własne dzieci, które tęskniły do niemieckich przybranych rodziców i niemieckiego standardu życia.
Życie maluchów komplikował fakt, że były również ofiarami niemieckiego wzorca wychowania, którego część stanowiły rasistowskie stereotypy na temat Polaków. Jednocześnie ich asymilacji w polskim środowisku nie ułatwiała nieznajomość języka, niemiecki akcent i prześladowania rówieśników.
Czas zimnej wojny nie wszystkim dał szansę na zagojenie ran. Najgorzej miały sieroty. PRL prowadziła politykę przyrostu naturalnego i decydenci woleli zafundować małym ofiarom wojny koszmar domu dziecka - niż zgodzić się na pozostanie w Niemczech.
Jeszcze inny przypadek stanowiły półsieroty z pokiereszowanych przez wojnę niemieckich i polskich rodzin. Matki i ojcowie, prawdziwi i przyszywani, którzy mieli okazję spotkać się po latach - z bólem stwierdzali, że nie tylko z powodu dzieci, mogli stworzyć nowe, kochające się, jakbyśmy dziś powiedzieli, patchworkowe rodziny. Podzielona murem Europa nie dała im jednak takiej szansy. Teraz łatwiej być sobą, nie zagrażając innym.