Polska premiera sztuki Petera Shaffera odbyła się w 1981 roku, zaledwie dwa lata po premierze światowej, w szczególnych okolicznościach. Największy powojenny aktor, Tadeusz Łomnicki, który ze zrujnowanego kina „Mazowsze” uczynił świetny Teatr na Woli (reżyserowali Wajda, Kutz, Polański, odbywały się głośne premiery), zostaje z niego wyrzucony przez zawistnych kolegów, którzy wiedzieli, że mu nigdy nie dorównają. I części pracowników „Kasprzaka”, którzy postanowili zbojkotować to miejsce, bo nie mogli po godzinach spotykać się tam na herbatkę i piwo, jak w bufecie zakładowego kina. I jednym, i drugim wystarczyła bylejakość, której zaprzeczeniem był Tadeusz Łomnicki.

Przewrotność tamtego spektaklu polegała na tym, że Łomnicki, będący w sytuacji Mozarta, grał w tej opowieści Salieriego. Zimnego, wyrachowanego intryganta, który czuje, że jako kompozytor nie jest w stanie dorównać geniuszowi tytułowego bohatera, więc postanawia go zwalczyć.

Spektakl z Łomnickim w roli Salieriego i Romanem Polańskim w roli Mozarta obrósł legendą i wszystko wskazuje na to, że obecny także przejdzie do historii, w dużej mierze za sprawą odtwórcy roli tytułowej - Marcina Hycnara.

Czytaj więcej

Trzy „Burze” i poezje Szewczenki

Talent Hycnara jeszcze jako studenta AT docenił Jerzy Jarocki, proponując mu między innymi postać Fuksa w Gombrowiczowskim „Kosmosie” i Artura w Mrożkowskim „Tangu”. Potem były kolejne ważne role w Teatrze Narodowym, szalona reżyseria „Zimowej opowieści”, współpraca z innymi teatrami. Hycnar, grając poszczególne role, wysoko zawiesił poprzeczkę i teraz bez trudu przeskoczył ją po raz kolejny. Postać Mozarta to zdecydowanie najlepsza rola tego aktora, zasługująca na miano kreacji. Jego Mozart jest jak rozedrgana struna, figlarny diablik, a jednak niezwykle precyzyjny w ruchu i geście muzyczny geniusz o ogromnej wrażliwości. Ten enfant terrible ówczesnego wiedeńskiego światka jest jak duże, rozkapryszone dziecko, które wyrosło ponad przeciętność. Mocno się dziwi, że ludzie z otoczenia nie są w stanie tego docenić i za każdym razem odrzucają jego reguły gry.

Shaffer, przyznając mu tytuł geniusza, nie stawia Mozarta na piedestale. Wspomina o jego niesfornym charakterze, spontaniczności, daleko odbiegającej od dworskiej etykiety. Przypomina choćby tak często pojawiające się w listach kompozytora opowieści fekalne, które mogą nieco drażnić nozdrza niektórych widzów. Cóż, życie z geniuszem ma swoją cenę.

Peter Shaffer „Amadeusz”. Przekład: Maciej Stroiński, reżyseria: Anna Wieczur, kierownictwo muzyczne: Jacek Laszczkowski, scenografia: Max Mac, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Przeciwstawienie Mozarta i Salieriego to opozycja wielkości i przeciętności, talentu i rzemiosła, ale też naiwności i intrygi. Salieri w ujęciu Adama Ferencego jest człowiekiem ogarniętym demoniczną obsesją nienawiści. A jednocześnie skrywanego podziwu. Nie może pojąć, dlaczego to łamiący wszelkie konwencje błazen, a nie on otrzymał od Boga dar, który czyni go nieśmiertelnym. Salieri Ferencego ma coś z upiora. Pojawia się na scenie jak widmo Złego Pana z kowieńskich „Dziadów”, a przypisując sobie otrucie Mozarta, jak bohater Mickiewicza nie może znaleźć ukojenia.

Konflikt Mozarta z Salierim, czyli muzyka utalentowanego z muzykiem utytułowanym, świetnie zapowiada scena, w której Mozart, nie tylko bez trudu wykonuje z pamięci utwór Salieriego, pisany specjalnie na jego cześć, ale podczas gry znacznie go udoskonala.

Warto tu wspomnieć, że biografowie Mozarta wskazują, że tworzył on swe utwory bez poprawek i skreśleń w takim natchnieniu i z taką energią, że kopista, który chciałby je wszystkie starannie przepisać, musiałby żyć dłużej niż sam Mozart.

Kilka scen tego spektaklu na długo pozostaje w pamięci, na przykład rozpaczy Mozarta po stracie ojca, który choć traktował go jak maskotkę, wierzył w siłę jego talentu, dopingował do dalszej pracy, dużo wymagał, ale też dawał poczucie bezpieczeństwa - śmierć ojca to było takie nagłe pożegnanie dzieciństwa, okresu bezkarności. Hycnar jest także wzruszający, gdy jako Mozart przeżywa boleśnie odejście żony, z którą życie wydawało mu się po prostu oczywistością. I najbardziej poruszająca scena z jego udziałem: gdy po śmierci staje się bezimienny, zsypany do wspólnej mogiły. Oto geniusz zrównany zostaje z pospólstwem, potraktowany na równi z miernotami tego świata. Ich przywódcą mieni się Salieri. Świetna i poruszająca, choć pełna sarkazmu scena monologu Adama Ferencego wygłoszonego na końcu spektaklu.

Przedstawienie Anny Wieczur ma niezwykłe tempo. Talent Hycnara i ujawniona w tym spektaklu niesamowita energia drzemiąca w tym aktorze sprawia, że poza Salierim Ferencego, który jest tej opowieści narratorem, liczy się tylko Mozart. I gdzieś na dalszym tle sytuują się pozostałe postacie - cesarz i jego świta, schowani za perukami, pozostają właściwie anonimowi i wyjątkowo bezbarwni. No, może poza osobą Konstancji w interpretacji Barbary Garstki. Trudno nie zauważyć też dwóch narratorów, Łukasza Lewandowskiego i Sławomira Grzymkowskiego, którzy niczym rozszczekane psy zwiastujące nieszczęście poruszają się w rytmie commedii dell’arte.

Spektakl Anny Wieczur (ostatnia premiera dyrekcji Tadeusza Słobodzianka w Dramatycznym) przygotowany jest z rozmachem, o jakim wielu widzów innych teatrów może tylko marzyć, ale też z wielką precyzją i starannością charakterystyczną dla tej reżyserki. Realizatorzy zdecydowali się na wyłonienie w wyniku castingu muzyków tworzących orkiestrę, zaangażowali śpiewaków, którzy wykonują fragmenty utworów Mozarta, bo przecież muzyka w tej opowieści pełni niezwykle ważną rolę. Świetna i malownicza scenografia Maxa Maca przenosi nas niby w odległe czasy Mozarta, lecz wydźwięk tej opowieści o świecie miernot i lizusów, ale i pogardy dla inności, zaszczuwaniu prowadzącym do zbrodni, jest bardzo uniwersalny i bardzo współczesny.