Wojna to modny temat, ale niekoniecznie dla teatru

Warszawska inscenizacja „Wojny i pokoju" Tołstoja nie mówi o Rosji i Rosjanach nic ponad to, co serwują dziś nam publicyści.

Aktualizacja: 17.12.2014 07:28 Publikacja: 17.12.2014 01:00

Wojna to modny temat, ale niekoniecznie dla teatru

Foto: Teatr Powszechny

Pierwsza scena, w której w stołecznym Teatrze Powszechnym prezentują się bohaterowie „Wojny i pokoju", dowodzi reżyserskiego wyczucia Marcina Libera. Jest ładna kompozycja obrazu osiągnięta prostymi środkami, umiejętna ekspozycja postaci z powieści Lwa Tołstoja oraz wydobycie zasadniczego tematu.

Jesteśmy świadkami uroczystości na cześć hrabiego Ilii Rostowa, którego car uhonorował odręcznie napisanym listem. W rozmowach coraz częściej przewija się jednak temat wojny, bo Napoleon chce podporządkować sobie Europę, a potem zapewne ruszyć na Rosję.

Jaki ten tekst jest aktualny, a „Wojna i pokój" diagnozuje uniwersalne mechanizmy historii! Ta myśl musi się pojawić, gdy padają słowa o Europie, która nie ufa Rosji, i o Rosji, która nie ufa Europie. Stopniowo podziw dla Lwa Tołstoja i dla Marcina Libera jednak zanika, a powód jest prosty.

Nie oglądamy bowiem adaptacji jednej z najwspanialszych powieści w historii literatury. To nawet nie jest fantazja na jej temat, jak głosi podtytuł spektaklu. Reżyser oraz dramaturg Paweł Sztarbowski posłużyli się atrakcyjnym tytułem, by stworzyć plakatowe przedstawienie o sprawach bieżącej polityki. „Modny temat: wojna" – mówi jedna z postaci i to jest motto twórców premiery.

Bohaterowie Tołstoja zachwycają się geniuszem cara Mikołaja I, a ojciec narodu wie, co jest dobre dla jego poddanych. Tym słowom towarzyszy puszczanie oka do widza, bo przecież wiemy, o kogo naprawdę tu chodzi. A fakt, że bitwę pod Austerlitz Rosjanie propagandowo sprzedają jako własne zwycięstwo, a nie klęskę, czy też ci czegoś, drogi widzu, nie przypomina?

Z każdą minutą spektakl oddala się od powieści, stając się bieżącą publicystyką. Ci, co nie znają prawdziwej „Wojny i pokoju", a tych na widowni chyba jest dziś większość, mogą być zdziwieni, że obcują z arcydziełem literackim.

Najbardziej ucierpieli bohaterowie Tołstoja, przedstawieni jednowymiarowo, nakreśleni grubą kreską. Drętwego Andrzeja Bołkońskiego nawet Dobromir Dymecki, aktor z talentem, nie potrafi ożywić. Wobec Pierre'a Bezuchowa inne postaci używają jednego słowa: pierdoła, i Piotr Ligienza bardzo się stara, by pokazać o nim więcej prawdy.

Wszyscy zresztą aktorzy nie bardzo wiedzą, co mają robić, skoro głównie wygłaszają kwestie wzięte z gazet. Ludzki wymiar ma jedynie postać dopisana, nazwana Mięso Armatnie (Grzegorz Falkowski). Dzięki niemu spektakl choć na chwilę zyskuje trochę metafory, niedopowiedzenia.

Część druga – w pełni współczesna – miała być obrazem Rosji 2021 roku będącej w stanie wojny z Europą. To przepowiednia czy przestroga? Miałkość scenicznej wizji nie skłania do poszukiwania odpowiedzi na to pytanie.

Pierwsza scena, w której w stołecznym Teatrze Powszechnym prezentują się bohaterowie „Wojny i pokoju", dowodzi reżyserskiego wyczucia Marcina Libera. Jest ładna kompozycja obrazu osiągnięta prostymi środkami, umiejętna ekspozycja postaci z powieści Lwa Tołstoja oraz wydobycie zasadniczego tematu.

Jesteśmy świadkami uroczystości na cześć hrabiego Ilii Rostowa, którego car uhonorował odręcznie napisanym listem. W rozmowach coraz częściej przewija się jednak temat wojny, bo Napoleon chce podporządkować sobie Europę, a potem zapewne ruszyć na Rosję.

Pozostało 81% artykułu
Teatr
Łódzki festiwal nagradza i rozpoczyna serię prestiżowych festiwali teatralnych
Teatr
Siedmioro chętnych na fotel dyrektorski po Monice Strzępce
Teatr
Premiera spektaklu "Wypiór", czyli Mickiewicz-wampir grasuje po Warszawie
Teatr
„Równi i równiejsi” wracają. „Folwark zwierzęcy” Orwella reżyseruje Jan Klata
Teatr
„Elisabeth Costello” w Nowym Teatrze. Andrzej Chyra gra diabła i małpę