Średnio 700 dziennie – dotychczas tyle naruszeń zasad wprowadzonych przez rząd ujawniała w ostatnim czasie policja w całej Polsce. Kończyły się one wystawieniem mandatów lub skierowaniem wniosków do sądu. Od 1 kwietnia po zaostrzeniu przepisów niesubordynacja stała się bardziej kosztowna.
Na wniosek policji powiatowy inspektor sanitarny może wydać decyzję o nałożeniu kary w wysokości od 5 do 30 tys. zł. Wcześniej policja mogła nakazać zaledwie 500-złotowe grzywny za łamanie kwarantanny (traktowano to jako wykroczenie) lub kierowała wnioski do sądów (także np. za biesiadowanie pod chmurką) – wtedy już sąd oceniał wagę sprawy, a maksymalna grzywna wynosiła 5 tys. zł.
Kilka takich postanowień już zapadło – m.in. wobec dwóch kobiet z Gniezna, które, lekceważąc kwarantannę, dwukrotnie wyszły z domu (w tym raz z psem do weterynarza).
We wtorek zdecydował o większych restrykcjach i to wobec wszystkich. – Teraz, od 1 kwietnia, powiatowy inspektor sanitarny wydaje decyzję z klauzulą natychmiastowej wykonalności. Osoba, na którą ją nałożono, musi zapłacić karę w ciągu siedmiu dni – podkreśla Mariusz Ciarka, rzecznik Komendy Głównej Policji.
Sypią się mandaty
Od 15 marca do 1 kwietnia śląska policja nałożyła w regionie 257 mandatów i wniosków o ukaranie do sądu. Ze względu na powiększającą się liczbę osób objętych kwarantanną i większe obostrzenia dla wszystkich obywateli, jest ich coraz więcej. W ostatni wtorek śląscy funkcjonariusze ukarali mandatami 69 osób, a wobec 45 skierowali sprawy do sądu.
Zgodnie z obowiązującymi od środy (1 kwietnia) coraz ostrzejszymi przepisami do 11 kwietnia włącznie nie można swobodnie przemieszczać się. Obostrzenie nie dotyczy dojazdu do pracy, wolontariatu i załatwiania spraw niezbędnych do życia codziennego, jak wyjście do sklepu czy np. wyjazd do weterynarza.
Obowiązuje też całkowity zakaz zgromadzeń, spotkań, imprez czy zebrań. Z wyjątkiem rodzin po ulicach można przemieszczać się jedynie w grupie do dwóch osób. Policja nieoficjalnie przyznaje, że nowe prawo, zaostrzane co kilka dni będzie nastręczać ogromne problemy.
– Przepisy nie są do końca jasne, żeby nie powiedzieć czasami uznaniowe. Czy np. wyjście na działkę rodziny, która nie jest miejscem publicznym, podlega pod te restrykcje? Nie wiemy – tłumaczą mundurowi.
– Przygotowujemy się na zmasowane kontrole, w sklepach, na ulicach. Uruchamiamy do tego także funkcjonariuszy po cywilnemu, pomagać ma nam straż miejska i drony – mówi nam policjant z garnizonu wojewódzkiego.
Policja zapewnia, że nie będzie robić problemu, jeżeli ktoś np. drogą przez park uda się na przystanek albo pojedzie rowerem do najbliższej apteki. – Podchodzimy bardzo zdroworozsądkowo, logicznie – zapewnia Andrzej Borowiak, rzecznik małopolskiej policji. – Wysokie kary, które będzie nakładał od środy sanepid, dotyczyć będą rażących naruszeń, niebezpiecznych, i osób będących w grupie ryzyka – czyli np. tych, które są w kwarantannie i jej nie przestrzegają. Tym grożą kary do 30 tys. zł – zaznaczają policjanci.
I wnioski do sądu
Kary dla niestosujących się do nowych ograniczeń były już wystawiane od pierwszego dnia obowiązywania nowych restrykcji.
– W Poznaniu pięciu panów stało w grupie, blisko siebie. Na zwrócenie uwagi zareagowali stwierdzeniem, że ich ograniczenia „nie interesują". Odmówili przyjęcia mandatów, więc skierowaliśmy sprawę do sądu – mówi Borowiak.
Podobnych zachowań, dotyczących np. poruszania się obok siebie bez zachowania dwumetrowej odległości było więcej. – W środę do godziny siódmej rano już 20 osób zostało ukaranych mandatami, z tego 13 je przyjęło – każdy po 500 zł – a siedem osób odmówiło, i sprawy skierujemy do sądu – podaje Borowiak. W ciągu dnia takich mandatów za łamanie ograniczeń poznańscy policjanci wymierzyli kilkadziesiąt.
To nie wszystko. Poza finansowym uderzeniem po kieszeni można narazić się nawet na więzienie. Prokuratorzy w całej Polsce prowadzą już postępowania z art. 165 kodeksu karnego wobec osób, które złamały sanitarne zakazy i mogły narazić innych na niebezpieczeństwo – za co grozi do ośmiu lat więzienia. Np. w Warszawie są trzy takie postępowania, na Śląsku – aż cztery. Dotyczą m.in. 61-latka, nosiciela koronawirusa, który uciekł ze szpitala zakaźnego w Warszawie przy ul. Wołoskiej, by kupić alkohol.
