Haiti wciąż nie podźwignęło się po styczniowym trzęsieniu ziemi, w którym zginęło ćwierć miliona ludzi, a milion straciło dach nad głową. Od połowy października cholera zabiła ponad półtora tysiąca osób i zapełniła szpitale prawie 28 tysiącami chorych. Zaraza dotarła już do Port-au-Prince i w zastraszającym tempie szerzy się w stolicy, gdzie żyje jedna czwarta z 9 mln Haitańczyków.
ONZ alarmuje, że ten kraj Ameryki Środkowej potrzebuje natychmiast 1000 pielęgniarek, 100 lekarzy i wielu ton leków. Bank Światowy w trybie pilnym przyzna Haiti 10 mln dolarów pomocy na służbę zdrowia, ale nikt nie łudzi się, że to cokolwiek zmieni. Z powodów złego zarządzania i korupcji zagraniczne pieniądze zawsze gdzieś tajemniczo przepadają, a Haitańczycy nadal żyją w nędzy.
Nie wierzą, że cokolwiek zmieni się po niedzielnych wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Tym bardziej że panuje powszechne przekonanie, iż nie będą one uczciwe.
[srodtytul]Głodni i źli[/srodtytul]
Wyborcy są wściekli na polityków, którzy zostawili ich na łasce zagranicznych organizacji humanitarnych po trzęsieniu ziemi, schowali głowy w piasek po wybuchu epidemii cholery, a teraz proszą, by im zaufać. W środę wyborcy palili w stolicy sztandary partii rządzącej Inité (Jedność) prezydenta René Prévala i jej kandydata, 48-letniego Jude’a Célestina.