W wywiadzie udzielonym rosyjskim i gruzińskim mediom przed trzecią rocznicą wojny pięciodniowej (8 – 12 sierpnia 2008 roku) Dmitrij Miedwiediew podkreślił, że odpowiedzialność za nią spada na prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, który powinien za to stanąć przed sądem międzynarodowym. Uprzedził, że z obecnym gruzińskim przywódcą żadnych rozmów nie będzie.
Miedwiediew sugeruje też odpowiedzialność Amerykanów. Mówi, że w ciągu paru miesięcy przed wybuchem wojny Saakaszwili wydawał się gotowy do kompromisu. Zmieniło się to, gdy Tbilisi odwiedziła ówczesna sekretarz stanu USA Condoleezza Rice. Prezydent zastrzega, że nie oskarża Stanów Zjednoczonych o świadome popychanie Gruzji do wojny. – Jednak określone akcenty, niuanse, słowa typu „pora przywrócić konstytucyjny porządek" albo „pora działać zdecydowanie", mogły wzbudzić nadzieje, że w razie konfliktu „Amerykanie nas nie opuszczą, jeśli będzie trzeba, to zdecydują się na wojnę z Rosją" – mówi prezydent. – Tuż przed atakiem na Osetię Południową zakończyły się manewry amerykańsko-gruzińskie, w czasie których ćwiczono mobilizację wojsk do wojny zaczepnej – stawia za prezydenta kropkę nad „i" w rozmowie z „Rz" były funkcjonariusz administracji Władimira Putina, obecnie szef agencji informacyjnej Regnum Modest Kolerow.
Teoria prowokacji
– Rosja długo prowokowała Gruzję, a Saakaszwili dał się sprowokować – uważa ekspert z Centrum Carnegie Aleksiej Małaszenko. – I wcale nie chodziło o Osetię, tylko o uniemożliwienie Gruzji wejścia do NATO.
Według Miedwiediewa celem Rosjan nigdy nie było zajęcie Tbilisi, choć było to realne i wtedy „zapewne dziś prezydentem Gruzji byłby ktoś inny". – Saakaszwili powinien być mi osobiście wdzięczny za to, że zatrzymałem czołgi – powiedział rosyjski prezydent.
– To wszystko już słyszeliśmy. Czysta propaganda. Miedwiediew zachował się jak bojar, macho i łaskawca, który pstryknął palcami i stwierdził, że rosyjskie wojska bez trudu mogłyby zdobyć Tbilisi. To w stylu Kremla – mówi „Rz" gruziński politolog Aleksander Rondeli.