Tym razem czołgi otworzyły ogień w mieście Deir al Zor, 400 km na północny wschód od Damaszku. Dokładnie tydzień po tym, gdy krwawo rozprawiły się z demonstrantami w Hamie, zabijając prawie 100 osób. I kilka godzin po tym, gdy do prezydenta Baszara Asada osobiście zadzwonił sekretarz generalny ONZ, apelując o natychmiastowe zaprzestanie brutalnych represji wobec ludności cywilnej.
– Ban Ki Mun wyraził niepokój swój, a także społeczności międzynarodowej rosnącą przemocą i liczbą ofiar – informował jego rzecznik. Wczoraj do Asada apelowała też Liga Arabska. Jej sekretarz generalny Nabil el Araby wydał specjalne oświadczenie, w którym pisze o rosnącym niepokoju z powodu sytuacji w Syrii. Sąsiadująca z Syrią Turcja, która też ostro potępia ataki na demonstrantów, we wtorek ma posłać do Damaszku wysłannika.
– Niech Turcja nie ingeruje w nasze wewnętrzne sprawy – odpowiedział jeden z doradców prezydenta. Dodał, że jeśli szef tureckiego MSZ przyjedzie do Damaszku, spotka się z zimnym przyjęciem.
Sam Asad podczas spotkania z szefem libańskiego MSZ mówił, że jego obowiązkiem jest bronić kraju przed bezprawiem, a do takiego dochodzi w wielu miastach Syrii – blokowane są drogi i miasta, a ludność jest terroryzowana.
Od początku roku w antyprezydenckich demonstracjach zginęło już w Syrii około dwóch tysięcy osób. Stany Zjednoczone zaapelowały do swoich obywateli przebywających w tym kraju o natychmiastowe jego opuszczenie.