O zdarzenia, do którego doszło na lotnisku w Berlinie poinformowała w czwartek Fundacja Olgi Tokarczuk. 

"Swietłana Aleksijewicz miała przylecieć do Wrocławia wczoraj przed północą. Późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, że została zatrzymana na lotnisku w Berlinie, podobno dlatego, że miała przy sobie bombę. Pozwolono jej odejść dopiero, kiedy samolot odleciał. Bomby nie znaleziono" - czytamy.

Jak poinformowała Aleksijewicz, do interwencji służb doszło, gdy pisarka nadawała swój główny bagaż do kontroli bezpieczeństwa. 

"Pan z obsługi lotniska bierze ponownie moją torbę, patrzy na nią podejrzliwie i sprawdza raz jeszcze za pomocą jakiegoś narzędzia. A potem pokazuje mi, że będzie ją otwierał. Mówię: proszę bardzo. Chciałam mu pomóc, ale on sam otworzył. I jak otworzył, to nagle tak gwałtownie odrzucił tę torbę" - relacjonuje.

Na miejsce wezwano policję, która również przeszukała bagaż Aleksijewicz. "Sprawdzili to wszystko, nie było bomby, i mówią do mnie, że już mogę iść. Nie przeprosili, nie skomentowali. W tym momencie zostało 5 minut do odlotu. Nie miałam szansy zdążyć" wspomina.

- Ci ludzie czują bezgraniczną władzę, i mają świadomość, że nie poniosą za to żadnych konsekwencji. Niemniej nigdy się z czymś takim nie spotkałam jeszcze - podsumowuje noblistka.

Pracownicy Fundacji Olgi Tokarczuk wysłali do Berlina samochód, którym pisarka dojechała do Wrocławia na wydarzenie „Aleksijewicz i Tokarczuk Protest/Pratest”