Od ponad roku indyjscy rolnicy protestują w całym kraju przeciwko rządowej reformie systemu skupu produktów rolnych. Jest to jedna z najdłuższych akcji protestacyjnych w historii niepodległych Indii i nic nie wskazuje, aby miała się wkrótce zakończyć.

Samo Delhi broni się przed najazdem rolników zasiekami z drutu kolczastego na głównych trasach dojazdowych z północy kraju. Tam, w stanach Pendżab, Harijana i Uttar Pradeś protestujący są najlepiej zorganizowani. Ma to zapobiec powtórce wydarzeń z początku tego roku, gdy demonstranci opanowali słynny Czerwony Fort w stolicy i doszło do regularnej bitwy z policją.

Czytaj więcej

Indie: Rekordowy wzrost gospodarczy

Jednak to wydarzenie sprzed kilku dni w dystrykcie Lakhimpur w stanie Uttar Pradeś na północy kraju ma charakter przełomowy. W jednym incydencie zginęło dziewięć osób. W sumie w całym kraju w czasie akcji protestacyjnych straciło już życie co najmniej 400 uczestników protestów, ale ofiar nigdy nie było tyle naraz.

Minister przeżył

Do zgromadzonych tam rolników udał się minister stanu w federalnym MSW Indii Ajay Mishra. Jeden z samochodów kolumny ministra prowadzony przez jego syna zjechał z drogi i najechał na tłum. Podobno został obrzucony kamieniami.

Pod kołami pojazdu zginąć miało czterech demonstrantów. Z zatrzymanego innego samochodu ministerialnej kolumny rozwścieczeni rolnicy wyciągnęli trzech aktywistów rządzącej krajem prawicowo-nacjonalistycznej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) i dokonali linczu. Podobny los spotkał kierowcę. Po zajściach okazało się, że zginął też obecny na miejscu dziennikarz. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach, ale rolnicy od dawna oskarżają dziennikarzy o tendencyjne przedstawianie ich protestów. Na miejsce wydarzenia udała się natychmiast Priyanka Gandhi, liderka opozycyjnej Partii Kongresowej, ale została na krótko aresztowana, co miało zapobiec eskalacji napięcia w regionie.

– Zdarzenie to pogarsza zdecydowanie wszelkie szanse na zbliżenie stanowisk w obecnym sporze – komentował dziennik „The Hindu", zwracając uwagę, że doświadczenia wszystkich wielkich reform ekonomicznych w Indiach od otwarcia gospodarki w 1991 roku wskazują, że zmiany – nawet uzasadnione – nie mogą ignorować żądań społeczeństwa. Innymi słowy nie mogą być bezwzględnie narzucane odgórnie. W taki jednak sposób rząd Narendry Modiego zamierzał uporządkować system obrotu produktami rolnymi.

Rząd nie ustąpi

Autopromocja
PRENUMERATA 2022

Znacznie więcej o biznesie, finansach oraz prawie

Zaprenumeruj

Ustawa liberalizująca handel płodami rolnymi przez setki milionów rolników zakłada w zasadzie likwidację systemu zwanego mandi, czyli państwowych odbiorców 23 najważniejszych produktów po gwarantowanych i hojnie dotowanych cenach. Po reformie rolnicy mieliby sprzedawać swe produkty bezpośrednio pośrednikom, sieciom handlowym czy przemysłowi przetwórczemu. – Walczymy o utrzymanie systemu mandi także po komercjalizacji systemu – twierdzą organizacje rolnicze skupiające większym farmerów.

– Protesty rolników w Uttar Pradeś mają także wyraźny kontekst polityczny. Rzecz w tym, że w najludniejszym stanie Indii w przyszłym roku odbędą się lokalne wybory. Zwycięskie ugrupowanie ma największe szanse na zdobycie władzy w Delhi. W tych warunkach gabinet Modiego nie jest gotów ustąpić wobec żądań rolników, gdyż byłaby to oznaka słabości i sygnał dla innych grup społecznych, że z rządem można wygrać – mówi „Rz" Pranay Sharma, z anglojęzycznego magazynu „Outlook".

Reforma dla biedaków

Z rolnictwa żyje bezpośrednio połowa ludności liczącego 1,4 mld mieszkańców subkontynentu, z których dwie trzecie mieszka na wsi. Połowa rolników ma mniej niż jeden hektar ziemi. W tych warunkach udział rolnictwa w PKB nie przekracza 6 proc. Przy tym mimo ogromnych sukcesów w zwalczaniu głodu – zwłaszcza w ostatnich kilkunastu latach – Indie znajdowały się w ubiegłym roku na 102. miejscu na 117 krajów w statystyce Global Hunger Index. Sytuację pogorszyła pandemia koronawirusa i załamanie gospodarcze w postaci zmniejszenia się PKB o jedną czwartą.

– Reforma indyjskiego rolnictwa jest bez wątpienia konieczna. Pytanie jedynie, czy w takiej postaci, jaką proponuje rząd. Jedno nie ulega wątpliwości, że spośród całego szeregu reform jest ona najtrudniejsza do przeprowadzenia, gdyż dotyczy bezpośrednio połowy ludności kraju – tłumaczy „Rz" Christian Wagner z berlińskiego think tanku Wissenschaft und Politik.