Rz: We wtorek, 11 września, Katalończycy obchodzili Diadę – święto niepodległości regionu. O jakim wydarzeniu ma przypominać ten dzień?

Dr hab. Cezary Taracha: Na początku XVIII w. w Hiszpanii trwała wojna o sukcesję. Większość mieszkańców monarchii hiszpańskiej opowiedziała się wtedy po stronie Burbonów, ale Katalonia, Walencja i Baleary faworyzowały Habsburgów, którzy gwarantowali tym regionom większe swobody. Wojna trwała kilkanaście lat, a jej ostatnim akordem, tragicznym dla Katalończyków, było krwawe zdobycie Barcelony. I to właśnie miało miejsce 11 września 1714 roku. Diada jest dziś traktowana jako najważniejsza manifestacja tożsamości narodowej i niepodległości.

Rok 1714 ma swoje znaczenie także na piłkarskim stadionie FC Barcelony.

Barcelona ma wielu kibiców na całym świecie, ale nie wszyscy wiedzą, o co chodzi, kiedy zegar boiskowy pokazuje 17. minutę i 14. sekundę, a na stadionie rozlegają się okrzyki. To powtarza się na każdym meczu i jest odniesieniem właśnie do tych wydarzeń. Katalońscy kibice wstają, wyciągają flagi, a w kilkudziesięciotysięcznym tłumie słychać: Independencia! Niepodległość! Stadiony FC Barcelony czy Athleticu Bilbao za rządów gen. Francisco Franco stawały się azylem, gdzie Katalończycy czy Baskowie mogli swobodnie rozmawiać we własnym języku – zakazanym wtedy publicznie. Dlatego to manifestowanie odrębności do dziś jest silne właśnie na stadionach.

A jak na to poczucie odrębności wpłynęło zeszłoroczne referendum niepodległościowe?

Bolesny paradoks całej tej sytuacji związanej z dążeniami do niepodległości Katalonii polega na tym, że tak naprawdę za oddzieleniem się od Hiszpanii opowiada się nie więcej niż połowa mieszkańców regionu. Druga połowa czuje się jednocześnie Katalończykami i Hiszpanami, a są i tacy, dla których poczucie hiszpańskości jest nawet ważniejsze. ©?